Listy ze Słowenii: „Mój” Tito

Początek
7 min. czytania

Dzień zaczynam od czynności, którą ludzie powtarzają tu od tysięcy lat. Otwieram okiennice.

Cały świat wpada nagle do sypialni wraz ze światłem, temperaturą i zapachami. Te ostatnie w obszarze śródziemnomorskim potrafią być naprawdę intensywne: jaśmin kwitnący za rogiem domu wypełnia aromatem cały pokój. Jeszcze w kwietniu czuć było zioła i sosny.

Rolety są z pewnością wygodniejsze w użyciu, ale to otwarcie okiennic jest równoznaczne z otwarciem się szeroko na świat. Być może nawet istnieje jakaś teoria typu NLP, która to mgliście tłumaczy. Ja w każdym razie mam wrażenie, że tak jest. Przynajmniej wiosną i latem. Zimą, kiedy wieje zimny wiatr i zacina deszcz, klnę w duchu na tę tradycję sprzed wieków i marzę o wygodnej rolecie, którą mógłbym podnosić bez otwierania okna. Ale nawet wówczas lubię patrzeć, jak zmienia się krajobraz za oknem i jak bardzo się różni od miejsca, w którym się wychowałem. Zimą zieleń jest stłumiona, nawet zimozielone rośliny wyglądają na śpiące. Okazała palma w sąsiednim ogrodzie staje się trochę inna, jakby mniej egzotyczna. Ale jest w tym krajobrazie jeden punkt, który pozostaje niezmienny niezależnie od pory roku.

Na zboczu płaskowyżu Kras góruje nad doliną napis ułożony z białych kamieni: TITO.

Mimo, że w maju od śmierci marszałka Josipa Broz Tito minęło 40 lat, wciąż ma on w Słowenii wielu sympatyków. Napis, który obserwuję codziennie z okna, nie jest jedynym w Przymorzu (sł. Primorje), nadmorskim regionie Słowenii. W sumie jest ich pięć, jednak pierwszym był ten utworzony nad Nową Gorycją w 1978 roku, a więc jeszcze za życia marszałka. Serwilistyczny napis głosił „NAŠ TITO” – „nasz Tito”. Nadgorliwi aktywiści ułożyli go na górze Sabotin, na zboczu skierowanym na włoską stronę granicy. Gorycja, podobnie jak Triest, po wojnie przypadła Włochom, co do dziś jest cierniem wbitym w narodową duszę Słoweńców.

Tito nakazał tuż przy granicy zbudować Nową Gorycję. Po wejściu Słowenii do Unii, a zwłaszcza do strefy Schengen, bliźniacze miasta zaczęły się scalać w jeden urbanistyczny organizm. W euforii zjednoczenia padły ostatnie tabu. Pod osłoną nocy ktoś poprzestawiał kamienie, tworząc napis „SLO” i choć szybko przywrócono układ sławiący marszałka, mleko się już rozlało. Ośmieleni przeciwnicy Tity przystąpili do akcji. Dziś jest ich znacznie więcej niż za jego życia. To nie dziwi – Josip Broz Tito zazdrośnie strzegł swojej władzy. Bezwzględnie likwidował każdą konkurencję. Zaraz po wojnie wymordowano tysiące jeńców innych jugosłowiańskich formacji wojskowych i działaczy opozycyjnych. Ofiar powojennego terroru do dziś nie mogą doliczyć się historycy, a ludobójstwo stało się główną osią konfliktu prawica-lewica w niepodległej Słowenii. Jego echo dosięgło napisu na górze Sabotin.

Mieszkańcy słoweńskiej jak i włoskiej Gorycji pewnego ranka ujrzeli na górze: „NAŠ FIDO”. Plotki obwiniały za ten występek włoskich neofaszystów. Już następnego dnia wolontariusze w czynie społecznym przestawili kamienie na swoje miejsce. Na tym się jednak nie skończyło.

W następnym roku, znów po nocnej akcji nieznanych sprawców, patrząc na stok góry można było przeczytać: „NAŠ TIGR” – „nasz tygrys”.

Wolontariusze znów musieli wkroczyć do akcji. Jednak front przeciwników napisu się umacniał. Aby się pozbyć kamieni, Ivo Hvalica – prawicowy polityk słoweński – wykupił nawet parcelę, na której je ustawiono. Pech chciał, że w jej granicach znalazło się jedynie słowo „NAŠ”. Hvalica usunął kamienie na swojej ziemi, ale pozostał napis „TITO”.

To jednak nie zakończyło wojny podjazdowej, a napis wciąż wzburzał Słoweńców i Włochów. Być może z powodu tego wzburzenia, ktoś w dobrej wierze znów poprzestawiał kamienie i rankiem mieszkańcom miast ukazał się napis „THC”. Tego już dla wielbicieli marszałka było za wiele. Kamienie przywrócono na poprzednie miejsce i zabetonowano, aby nikt już więcej nie bezcześcił pamięci Josipa Broza. Od tego czasu dywersja ustała, a Tito w niezmienionej formie patronuje Gorycji. Zupełnie jak „mój” Tito na zboczu Krasu, którego widzę codziennie, gdy zaczynam i kończę dzień otwierając lub zamykając okiennice.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu "Czas Wina". Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

4 Comments

  1. Ciekawe. Śródziemnomorskie zapachy są jednymi z najtrwalszych katalizatorów moich wspomnień. Wspomnień nagłych, intensywnych, w których jednak niewiele, poza samymi zapachami i ciepłą błogością, się skrywa. Niezmiernie rzadko ale potrafi buchnąć nimi we mnie rozpalony słońcem iglasty krzew na polskiej ulicy. Z tego samego okresu pamiętam też okiennice. Ilekroć mam z nimi do czynienia, a zdarza się to również rzadko, pojawia się wspomnienie tamtych okiennic – cień, światło, chłód i gorąco, którymi władają. Jeśli to za mało to jest tam również Tito, jak żywy. 4 miesiące po swojej śmierci panoszył się beszczelnie w sercach i umysłach tambylców, obwateli państwa, które już nie istnieje, teraz mieszkańców południowej siostry Słowenii. Krąg wspomnień domyka, nie wiadomo dlaczego, cover Albatrosa grupy Fleetwood Mac zagrany wieczorem przez lokalny zespół.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.