wybrzeże adriatyku

Listy ze Słowenii. Znikający tłum

7 min. czytania

„Karnawał się skończył, wirus powrócił” – pisze w korespondencji ze Słowenii Damian Buraczewski

W przeciwieństwie do Polski, gdzie epidemia właściwie w ogóle nie wygasła, w Słowenii mieliśmy kilka tygodni spokoju. Od początku sierpnia jednak wirus o sobie przypomniał.

Prawicowy rząd pod przewodnictwem Janeza Janšy szybko znalazł winnych – za ponowne rozprzestrzenianie się choroby mają odpowiadać ekonomiczni migranci z byłych republik jugosłowiańskich. Akurat na koniec lipca przypadło muzułmańskie święto Bajram, mnóstwo ludzi odwiedzało rodziny w Bośni, a tam sytuacja epidemiologiczna wciąż była nieciekawa. W prawicowych mediach szambo nienawiści wybiło. Rząd szybko umieścił kilka byłych republik Jugosławii na tzw. „czerwonej liście”.  To oznaczało praktycznie zamknięcie granic przed przyjezdnymi z tych krajów. Mimo to epidemia znów przybierała na sile. Szybko okazało się, że jej największym ogniskiem w regionie jest Chorwacja. W tym pięciomilionowym kraju odnotowywano 300-400 nowych zakażeń dziennie. Tym razem jednak słoweński rząd nieco zwlekał z podjęciem decyzji.

Nawet koronawirus nie jest w stanie zmienić pokoleniowych przyzwyczajeń Słoweńców odnośnie urlopu. Większość jeździ co roku do Chorwacji, nad morze. Wyrażenie „nad morze” jest używane częściej niż „urlop”, a pytania o wakacje zaczynające się od „kiedy” dawno już wyparły „czy” i „dokąd”.

Urlop na chorwackim wybrzeżu traktowany jest przez wielu na równi z podstawowymi prawami człowieka. W rozmowach o stanie państwa wskaźnikiem upadku niepodległej Słowenii jest fakt, że są w kraju rodziny, których nie stać na letni wyjazd „nad morze” do Chorwacji i zimowy „na narty”, czyli do Austrii.

Wpisanie Chorwacji na „czerwoną listę” oznaczałoby, że każdy wracający z tego kraju musi odbyć 14-dniową kwarantannę. W połowie sierpnia szacowano, że wakacje spędza tam około 80 tysięcy Słoweńców. Wysłanie ich wszystkich na kwarantannę raczej nie przysporzyłoby rządowi poparcia.

Być może ważniejszy okazał się jednak fakt, że wielu Słoweńców posiada w Chorwacji nieruchomości albo łodzie. Jak nietrudno się domyślić, jest wśród nich wielu polityków. „Zły policjant” epidemii, rzecznik prasowy rządu Jelko Kacin, grzmiał na konferencji, że spędzanie wczasów w Chorwacji jest obecnie bardzo nierozsądne. Nazajutrz stał się gwiazdą mediów po obu stronach granicy, gdy chorwacki „Jutranji list” opublikował zdjęcia Kacina czyszczącego basen przed domem letniskowym na adriatyckiej wyspie Krk.

W końcu rządzący rozwiązali kwadraturę koła. Co prawda umieszczono Chorwację na „czerwonej liście”, ale właściciele nieruchomości i łodzi w Chorwacji nie będą musieli się poddać kwarantannie, jeśli tylko wrócą do kraju w ciągu 48 godzin od momentu przekroczenia granicy.

Czy w ciągu tych 48 godzin wirusem nie można się zarazić? Tego nie wyjaśniono.

Co więcej, decyzję ogłoszono w czwartek, ale nowe rozporządzenie zaczęło obowiązywać dopiero od następnego wtorku. Rząd chciał dać ludziom czas na powrót, aby uniknąć apokaliptycznych scen na przejściach granicznych. Media jednak liczyły na kilka gorących obrazków z granicy. Już w piątek rano największe słoweńskie serwisy informacyjne wysłały na najbardziej oblegane przejścia wozy transmisyjne, reporterów i drony. Tłumów powracających jednak nie było. Zdjęcia z powietrza szybko zniknęły z głównych wydań. Nie były wystarczająco dramatyczne. Owszem, ruch był spory, ale to akurat normalna rzecz na słoweńsko-chorwackiej granicy w sezonie. Biedni redaktorzy nie bardzo mieli z kim przeprowadzić wywiady. Ludzie spokojnie czekali na swoją kolej do kontroli. Żadnych nerwów, mdlejących dzieci, zrozpaczonych kobiet. Zresztą, większość stanowili Austriacy i Niemcy, którzy karnie przerwali urlopy na wezwanie swoich rządów. W tym czasie Słoweńcy wciąż plażowali lub okupowali bulwarowe kafejki, gdzie w nieistniejącym już języku serbo-chorwackim zamawiali kolejnego „žuja”, jak potocznie nazywa się piwo ožujsko.

Zniecierpliwione media czekały cały weekend na oblężenie granicy. Bez skutku. Dziennikarze, nie tracąc nadziei, liczyli na poniedziałkową kumulację. Poniedziałek jednak także mijał spokojnie. Serwisy informacyjne postanowiły więc przypomnieć rodakom, że mijają ostatnie godziny, gdy powrót nie wiąże się z obowiązkową kwarantanną. I ten akt bezinteresownego wypełniania misji informacyjnej mediów pozostał jednak bez odzewu wczasowiczów.

Rząd tymczasem świętował sprawność swoich działań. Według oficjalnych danych, w ciągu weekendu granicę przekroczyło około 40 tysięcy turystów ze Słowenii. Zrobili to bardzo sprawnie. W jedynie sobie znany sposób zsynchronizowali powroty w taki sposób, że przekraczali granicę masowo i bez kolejek. Natomiast pozostałe 40 tysięcy zdecydowało się na dwutygodniowy wymuszony urlop po urlopie. Już w pięknej Słowenii.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu "Czas Wina". Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.