Miejskie odkrycia. O pieszych wędrówkach po stolicy

Początek
6 min. czytania

Wkroczenie w nieznane rejony – nawet jeżeli są w centrum miasta – sprawia, że wszystko zaczyna nagle wyglądać interesująco

Rys. Rafał Reyman

Na nadwiślańskich bulwarach w Warszawie byłem pewnie setki razy, ale dopiero ostatnio odkryłem, że chodzenie po nich może przypominać spacer nad Sekwaną w Paryżu.

Okazało się, że wystarczy trzymać się samego brzegu rzeki. Zazwyczaj tego nie robię, bo wygodny chodnik idzie wyżej. Ale zazwyczaj też odruchowo podążamy za tłumem. Wybieramy oczywiste rozwiązania.

Odkryciu drugiej ścieżki pomogło zapewne to, że przez kilka dni byłem sam. Chcąc nie chcąc, zamiast koncentrować się na rozmowie i drugiej osobie, przerzuciłem uwagę na otoczenie. I okazało się, że wzdłuż zmodernizowanych kilka lat temu głównych bulwarów pociągnięto alternatywną trasę idącą tuż przy wodzie. W większości miejsc chodnik biegnie sporo poniżej szerokiego traktu spacerowego, klejąc się do solidnej murowanej ściany umacniającej nabrzeże. W ciągu kilku sekund całą rozwibrowaną przestrzeń warszawskiego Powiśla zostawia się za sobą – masz ją powyżej, za murem. Skojarzyło mi się to z Paryżem. Przy samej nitce Sekwany też idą kilometrami niemal przez nikogo nieodwiedzane niższe partie bulwarów.

Ten świat przynależy bardziej wodzie niż miastu. Jest trochę nieokrzesany. Co jakiś czas zalewany nurtem rzeki. Zalatujący chwilami stęchlizną. Barwiony na zielono przez nitki glonów na kamieniach. No i, pozostawiony poza jurysdykcją miasta – przy schodkach tabliczki ostrzegają, że chodnik może być zalewany, śliski i nieprzyjazny i zapuszczasz się tam na własne życzenie.

Wkroczenie w nieznane rejony – nawet jeżeli są w centrum miasta – sprawia, że wszystko zaczyna nagle wyglądać interesująco.

Gapiłem się więc na solidne żelazne koła wtopione w mur – zapewne służące do podpięcia liny dla stateczków, ale raczej nigdy jeszcze nie użyte. Butelki pozostawione przez nocnych imprezowiczów. Niemal zaplątałem się w przecinającą powietrze żyłkę, o której wiedział tylko siedzący na bruku wędkarz.

W tym trochę opuszczonym świecie każda osoba wydawała się interesująca. Kilkadziesiąt metrów dalej – na górnym poziomie – przelewał się rozgadany tłum spacerowiczów, na dole pojawiały się jednak pojedyncze osoby. Z ciekawością taksowaliśmy się wzajemnie, zastanawiając się kogo to mamy przed sobą i kto jeszcze zapuścił się w ten alternatywny świat.

Miejscami chodnik zwężał się do pół metra szerokości. Idąc zadzierałem głowę, by dostrzec sylwetki opierających się o barierkę spacerowiczów, z których większość mnie nie widziała. Ktoś palił papierosa, ktoś inny robił zdjęcie. Powiewały spódniczki, a między szczebelki balustrady psy wpychały głowy (one akurat zawsze mnie zauważały).

W końcu moja nowo odkryta ścieżka dotarła do szerokich schodów niedaleko Mostu Gdańskiego. Tu już było więcej osób, choć większość przysiadała na górnych stopniach, mogłem więc wciąż wędrować tuż przy wodzie. Mijałem pary i grupki popijające piwo, rozmawiające, sięgające do kartonów po pizzę. Zrobiłem kilka zdjęć, chwytając pary siedzące na brzegu i niezbyt udolnie powtarzając klasyczne paryskie kadry Henry Cartier-Bressona.

W końcu zawróciłem, by przebyć tę trasę raz jeszcze w odwrotnym kierunku. Wisła to jednak nie Sekwana i możliwości błąkania się po nabrzeżu kończą się po dwóch kilometrach.

Aż w końcu przysiadłem na chwilę na schodach. I odruchowo sięgnąłem zaraz po telefon.

Gdy kilkanaście minut później podniosłem wzrok i spojrzałem na rzeszę ludzi wokół mnie, okazało się, że pośród par, rodzin, grupek młodzieży jest zaledwie kilka osób niemających w tej chwili towarzystwa. Nas, samotnych, łączył wspólny gest – wszyscy przesuwaliśmy kciukami po ekranach telefonów.

Jeżeli chcecie kontynuować tradycję prawdziwych flanerów – francuskich próżniaków-spacerowiczów kontemplujących całymi dniami życie miasta – musicie więc pamiętać o jednym. Samotność sprzyja podpatrywaniu ulicy, ale tylko, jeżeli zostawicie telefon w domu.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

2 Comments

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.