La Cité du Vin. Muzeum wina w Bordeaux

8 min. czytania

Dlaczego w naszej historii podjęliśmy tak wiele wysiłków, by stworzyć napój, który nie jest nam niezbędny do życia?

Zapomnij o Bordeuax – mówi Aurélie Lascourreges z La Cité du Vin. – Bordeaux nie jest ważne. Ważne jest wino.

To śmiały pogląd. Jesteśmy w jednym z najbardziej znanych rejonów winnych świata. Kolebce cabernet sauvignon i merlota. Treściwych, tanicznych smaków. Producentów cieszących się renomą papieża. Tradycyjnych chateaux, zakurzonych butelek w piwnicach, cen potrafiących zwalić z nóg. Jak, będąc w Bordeaux, mam zapomnieć o Bordeaux?

Twórcy La Cité du Vin – muzeum wina w Bordeaux – oparli się jednak pokusie stworzenia ekspozycji promującej wino tylko z tego regionu.

W dziesięciopiętrowym budynku, którego kształt ma kojarzyć się z trunkiem wirującym w kieliszku (równie dobrze może jednak przypominać wyrzuconego na brzeg wieloryba), snuta jest opowieść nie o Bordeaux, lecz o kulturze wina. To narracja pozwalająca na szersze spojrzenie. Mająca w sobie coś niemal ekumenicznego.

Z elektronicznymi przewodnikami na szyi (w cenie biletu, wybór pomiędzy dziewięcioma językami, niestety bez polskiego) zasiadamy na kanapach przed ekranami o łukowatym kształcie, by odbyć podróż po winnych rejonach świata. Kilkunastominutowy pokaz ma w sobie mnóstwo piękna działającego jak balsam przyłożony do rany. Trafiłem tu po ciągnącej się do późnej nocy degustacji lokalnych win, umęczony ich obfitością i skróconymi godzinami snu. Krótko mówiąc, nie mam zbyt wiele energii. Ten niewymagający wspinania się na wyżyny intelektu film okazuje się więc świetnym sposobem na łagodne wejście w bogactwo muzealnej wystawy.

Muzeum wina w Bordeaux to prawdziwa świątynia winogronowego trunku

„Muzeum” nie jest zresztą słowem oddającym funkcję tej instytucji. To miejsce nazywa się La Cité du Vin. Miasto wina. W założeniu ma być bytem kompletnym, w którym znajdziesz wszystko, co ma jakikolwiek związek z winogronowym alkoholem.

Otwarte w 2016 roku w Bordeaux muzeum wina jest próbą rozbicia atmosfery powagi, snobizmu i tajemnej wiedzy, które tak często otaczają winiarstwo.

Zniknęły gdzieś piwniczki pełne zakurzonych butelek, starsi panowie w tużurkach i zawiłe wielopokoleniowe historie. Zastąpiły je multimedialne prezentacje, panele dotykowe, kadry filmów kręconych z drona.

Wędrujemy według rysowanego na bieżąco w głowie planu przez 19 pomieszczeń tematycznych. Słuchamy o niuansach degustacji win i bolączkach związanych z jego transportem, przysparzającym problemów od samego chyba momentu wynalezienia alkoholu.

Wtykamy nosy w próbki zapachowe. Brudzimy palce tłustymi grudami gleby i suchym żwirem, na których sadzi się winorośl.

Stukając palcem w ekran, rozwiązujemy test wiedzy o winie (och nie, czy można zacząć od nowa?). Poruszamy się niczym szachowy skoczek, przesuwając się nagłymi ruchami, zależnie od tego, co akurat przyciągnie naszą uwagę.

W końcu zapadamy się w czerwonym fotelu. Siedząc ciasno przy sobie, słuchamy melodii winnej imprezy. Gapimy się na przelewające się po ekranie obrazy coraz bardziej pijanych i coraz bardziej szczęśliwych uczestników libacji. Pokazują one, jak mocno temat upajania się alkoholem obecny jest w kulturze. Większość obrazów to dzieła najbardziej uznanych twórców ostatnich wieków. Otulony perfumami mojej towarzyszki, dumam nad egzystencjalnym pytaniem, które rodzi się po zobaczeniu tej wystawy. Dlaczego w ludzkiej historii podjęliśmy tak wiele wysiłków, godząc się na całe morze porażek, by stworzyć napój, który nie jest przecież niezbędny do życia?

Na koniec wędrujemy do windy. Zabiera nas do sali degustacyjnej na górnym piętrze: w cenę biletu (20 euro) wliczono lampkę wina. Możesz wybierać spośród kilkuset butelek. Przekornie sączę trunek z Doliny Rodanu, patrząc na panoramę Bordeaux za oknami.

Muzeum wina nie znajduje się w centrum Bordeaux. Jest punktem pomiędzy dzielnicą Chartrons, w której już wieki temu handlowano winem, a Bacalan – dokami oraz dawnymi giełdami i magazynami towarowymi.

Nakładem ogromnych środków (budowa samego La Cité pochłonęła ponad 80 milionów euro) teren ulega metamorfozie. To kontynuacja zmian, jakim miasto Bordeaux podlega od 15 lat. Jeszcze dwie dekady temu elewacje kamienic z XVIII i XIX wieku straszyły brudem.

Nabrzeża przecinającej miasto Garonny rządzone były przez przemytników, dilerów narkotykowych i polujące na klientów prostytutki.

Dziś miasto błyszczy żółcią oczyszczonych piaskowych fasad, a wzdłuż rzeki biegnie pasaż z Le miroir d’eau – fontanną-lustrem. System tramwajów (większość porusza się dzięki tzw. trzeciej szynie, wykluczającej konieczność rozwieszania w powietrzu szpecącej trakcji) umożliwia łatwe dostanie się do zakątków miasta. W rodzących się na potęgę knajpkach i winiarniach można spróbować najbardziej wymyślnych potraw i alkoholi.

Krążymy po otaczającej salę degustacyjną platformie widokowej. Sycimy wzrok, wyszukując punkty w krajobrazie i pokazując je sobie z nosami przylepionymi do szyby. Bordeaux weszło na nową drogę i podąża nią pewnie, wykuwając sobie obiecującą przyszłość.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.