5 sposobów na udaną podróż. Stwórz własne „top ten”

Początek

Jak wybrać się w fantastyczną podróż, uniknąć tłumów i nie zbankrutować? Pokazujemy na przykładzie Hiszpanii

Fot.: Julia Zabrodzka

Lubimy rankingi. Chętnie klikamy w artykuły typu „100 miejsc, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”, „10 najlepszych restauracji” czy „20 najciekawszych miast w Hiszpanii”. Być może moda na „top ten” swój szczytowy moment ma już za sobą, ale w Tripadvisorze trzyma się wciąż mocno, a w przewodnikach nadal przeczytamy o największych atrakcjach danego regionu.

Nic w tym dziwnego. Nie można przecież napisać o Warszawie, nie wspominając Starówki i Łazienek, ani o Granadzie, przemilczając istnienie Alhambry. Podczas city breaków, weekendowych wypadów i innych krótszych podróży niemal wszyscy chcą zobaczyć największe atrakcje. W rezultacie kolejka do Klasztoru Hieronimitów w Lizbonie potrafi ciągnąć się na pół kilometra, gdy w tym samym czasie imponujące Muzeum Skarbu Królewskiego czy Narodowe Muzeum Powozów świeci pustkami.

Podobnie bywa z całymi miastami. Z nadmierną liczbą turystów zmaga się m.in. Rzym, Wenecja, Dubrownik i Paryż. „Overtourism” to temat poruszany w wielu publikacjach i poważny problem społeczny. Wpływa na jakość życia miejscowych oraz ceny dla przyjezdnych. Barcelona jest tak zatłoczona, że władze od lat zastanawiają się, jak zmniejszyć liczbę turystów. W Sewilli znalezienie noclegu w rozsądnej cenie staje się nie lada wyczynem. A tymczasem wielu miastom i miasteczkom przydałaby się choć odrobina zainteresowania i pieniędzy, które obcokrajowcy zostawiają w najpopularniejszych i pękających w szwach miejscach.

Hiszpania od lat utrzymuje się na drugim miejscu w zestawieniach najczęściej odwiedzanych krajów w Europie – wyprzedza ją tylko Francja. Najwięcej osób trafia do Barcelony, na drugim miejscu znajduje się Madryt (w niektórych zestawieniach wyprzedza nawet Barcelonę!), na trzecim – Sewilla.

Oczywiście popularne miasta są popularne nie bez powodu. Kuszą oszałamiającymi zabytkami, świetnymi restauracjami i plażami oraz wydarzeniami kulturalnymi najwyższej jakości. Jeśli jednak chcielibyście poczuć atmosferę Hiszpanii, unikając przy tym tłumów, nie wydając fortuny i nie przykładając do „nadturyzmu”, oto kilka porad. Niektóre z nich można stosować także w innych miejscach na świecie.

1. Zrezygnuj z największych atrakcji – szukaj alternatyw

Katedra Najświętszej Marii Panny w Sewilli uchodzi za największy gotycki kościół na świecie, a z Giraldy, wieży, która zachowała się z dawnego meczetu, rozciąga się widok na całe miasto. I właśnie dlatego, niezależnie od pory roku, przed wejściem stoi kolejka na kilkudziesiąt osób. To godzina czekania w palącym sewilskim słońcu. A potem zwiedzanie wraz z tłumem Amerykanów, Francuzów, Polaków i Chińczyków, uzbrojonych w audioprzewodniki recytujące oklepane formułki we wszystkich językach świata.

Podczas pierwszej wizyty w Sewilli chciałam zobaczyć to gotyckie cudo, ale za drugim wybrałam się już do pobliskiej Carmony. Jeden z tamtejszych kościołów, Iglesia de Santa María, podobnie jak katedra w Sewilli, powstał w miejscu dawnego meczetu. Z zewnątrz daleko mu do sewilskiej świątyni, jednak późnogotyckie wnętrze oszałamia. Są tu strzeliste łuki, przepiękne sklepienia, kolorowe plamy światła z witraży wędrujące po misternie wykonanych kolumnach. I ani żywego ducha! Zwiedzanie tego kościoła w zupełnej samotności było przeżyciem mistycznym, którego nie zamieniłabym na żadną katedrę świata.

2. Odwiedzaj punkty widokowe

W Toledo, mieście położonym o godzinę jazdy z Madrytu, największą atrakcją też jest katedra. Nie będę nikogo namawiała, by rezygnował z jej obejrzenia. To jedna z najbardziej imponujących świątyń, jakie zdarzyło mi się wiedzieć (a zaglądam do wszystkich starych kościołów, jakie spotkam na swojej drodze). Jednak samo Toledo było dla mnie rozczarowujące. Na starówce trudno już znaleźć ślady zwykłego, codziennego życia. Co krok natykałam się na sklep z marcepanem albo z… mieczami. Toledo słynie z jednego i drugiego. Do tego turystyczne knajpy i tłok na ulicach. Zmieniłam jednak zdanie o tym mieście, kiedy wybrałam się na punkt widokowy za rzeką. Panoramę Toledo od tej strony uwiecznił El Greco na jednym ze swoich najsłynniejszych obrazów.

Ruszyłam wcześnie rano pustymi ulicami. Nad rzeką natknęłam się na kilkoro biegaczy i rowerzystów. Za mostem droga zaczęła wić się pod górę. Wędrówka była mozolna, ale niezbyt długa. Po kilku zakrętach ukazał się oszałamiający widok na miasto: zakole Tagu, Alkazar, wieżę katedry, a poniżej domy w różnych odcieniach beżu schodzące aż do rzeki, wszystko w ciepłych promieniach wschodzącego słońca. Przysiadłam na murku i gapiłam się jak urzeczona. Nie przeszkadzał mi nawet autokar z turystami, który zatrzymał się nieco wyżej, we właściwym punkcie widokowym, czyli Mirador del Valle. Pasażerowie wysiedli, zrobili kilka zdjęć i odjechali. A ja zostałam sama – z cudowną atmosferą poranka i niezbyt świeżym lukrowanym pączkiem, który w tym miejscu smakował wyjątkowo.

3. Jedź poza sezonem

W Andaluzji poza Sewillą, Granadą czy Kordobą największą atrakcją są tzw. pueblos blancos, czyli białe miasteczka. Widok wzgórza pokrytego kaskadą białych domów z rdzawymi dachami zachwyci chyba każdego. Zwłaszcza nas, przybyszów z Polski, w której taka czystość krajobrazu niezakłóconego reklamami, szyldami i nowym budownictwem, nie zdarza się zbyt często.

Mimo to przez lata podróży po Andaluzji unikałam białych miasteczek. Wydawało mi się, że najlepiej wyglądają na pocztówkach, że na pewno zatraciły małomiasteczkowy charakter i zmieniły się w wydmuszki dla turystów. Po odwiedzeniu Villaluengi del Rosario w górach Sierra de Grazalema, a ostatnio Arcos de la Frontera, muszę przyznać, że bardzo się myliłam.

W Villaluendze byłam w czerwcu. W jedynym hotelu w liczącym około 400 mieszkańców miasteczku prócz mnie zatrzymała się tylko para Brytyjczyków. Po dwóch dniach zostałam całkiem sama, a miejscowi stawiali mi piwo i pozdrawiali na ulicy – jako jedyna przyjezdna osoba, zwracałam uwagę. Przechadzając się pustymi uliczkami, natykałam się na zamknięte casas rurales. W sezonie musi tu być trochę turystów, bo piękna, górska okolica zachęca do wędrówek – ale tuż przed wakacjami nie było nikogo.

Niewykluczone zresztą, że Villaluenga nigdy nie przeżywa oblężenia, ale bardziej znane Arcos de la Frontera latem bywa ponoć tłoczne. W listopadzie okazało się jednak niemal bezludne. W pensjonacie byliśmy sami, co rano chodziliśmy do jednego z dwóch serwujących śniadanie barów i spotykaliśmy codzienne tych samych, stałych klientów. Zaglądaliśmy do pustych kościołów, wieczorem szukaliśmy jakiejkolwiek otwartej restauracji. Przez trzy dni spotkaliśmy raptem kilka grupek turystów, z czego dwie z Polski. Niemal wymarłe miasteczko miało niepowtarzalny klimat, a widoki były równie zjawiskowe co latem. Za to temperatura znacznie bardziej znośna.

4. Zostań dłużej

Są takie miejsca, które cieszą się sławą jednodniowej atrakcji. Turyści odwiedzają je podczas objazdówki albo całodniowej wycieczki z większego lub bardziej znanego miasta. Tak jest w Rondzie, gdzie przed południem zjeżdża mnóstwo autokarów. Ich pasażerowie chcą zobaczyć słynny most Puente Nuevo, spinający miasto rozcięte na pół przez wąwóz El Tajo. Podziwiają go z tarasu widokowego, spoglądają w imponującą przepaść, czasem coś zjedzą – i uznają, że Rondę mają odhaczoną. Programy wycieczek obejmują jeszcze arenę do walk z bykami razem z muzeum korridy.

Spędziłam w Rondzie kilka dni i poznałam zupełnie inne miasto. Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to koszt noclegów. W jednym z popularniejszych miejsc w Andaluzji można znaleźć pokój za połowę albo nawet jedną trzecią ceny sewilskiej. Drugie zaskoczenie – ceny w restauracjach. Mój ulubiony bar, do którego przychodzili głównie miejscowi Latynosi (co przekładało się na oprawę muzyczną), serwował tapas za jedno czy dwa euro. Za piątaka najadałam się do syta!

Ale ceny to nie jedyna korzyść z nocowania w Rondzie. Wcześnie rano, zanim zjadą się autokary, nadal jest to urocze, bezpretensjonalne miasteczko, pełne pustych zaułków, krętych schodów i starych bram, które można eksplorować bez końca. Zaś most najlepiej oglądać o zachodzie słońca, z punktu widokowego poniżej miejscowości. Niektórzy przyjeżdżają tu taksówką, ale imponującą skałę (widok nieco psuje luksusowy hotel na krawędzi) i most w promieniach zachodzącego słońca i tak ogląda zazwyczaj najwyżej kilkanaście osób. A tuż po zachodzie można ruszyć w górę – przez pachnące i rozgrzane po całym dniu łąki.

5. Jedź do Estremadury

Sama nazwa tego regionu sugeruje, że nie znajduje się on na głównym szlaku. Wedle jednej z interpretacji oznacza ona co prawda „tereny za rzeką Duero”, ale inna kładzie nacisk na człon extremo i wskazuje, że to kraina na skraju królestwa. Historycznie Estremadura zawsze znajdowała się na uboczu, a jako ziemia niedająca większych nadziei zrodziła wielu śmiałków, którzy ruszyli w nieznane. Z tego regionu pochodzili najsłynniejsi konkwistadorzy: Francisco Pizarro i Hernán Cortés. Choć dziś to postacie co najmniej kontrowersyjne, w rodzinnych stronach wciąż są uznawani za bohaterów. W muzeum w Trujillo można przeczytać, że powodowała nimi głęboka wiara i chęć uratowania dusz „niewiernych”.

Przy obecnym stanie wiedzy i świadomości dotyczącej działań konkwistadorów, takie wybielanie ich czynów może wydawać się niestosowne. Ale w Estremadurze czas płynie nieco inaczej, a okres wielkich podbojów był dla tego regionu wyjątkowy. W XVI wieku do tutejszych miast, przede wszystkim Cáceres i Trujillo, spłynęło niezmierzone bogactwo. Za złoto przywiezione zza oceanu budowano kościoły i rezydencje. Region bardzo szybko rozkwitł, by już po chwili, na kolejne pół tysiąca lat, znów zapaść w sen. Dzięki temu można tu zobaczyć architekturę z czasów konkwisty w niemal nienaruszonym stanie.

Mimo pięknego krajobrazu, architektury i ciekawych wydarzeń kulturalnych Estremadura nadal pozostaje na uboczu. W upalną końcówkę października w Trujillo natykamy się na nielicznych przyjezdnych. Możemy też pozwolić sobie na elegancki hotel tuż przy rynku – urządzony w domu, gdzie zatrzymywał się niegdyś sam król. Bardziej od historii zachwyca mnie widok z maleńkiego balkonu wychodzącego na główny, zupełnie pusty plac. Widzę z niego kościół, którego budowę ukończono w XVI wieku, oraz trzy równie stare renesansowe pałace. Nawet w pełnej architektonicznych cudów Hiszpanii to rzecz zupełnie wyjątkowa – zwłaszcza bez wijących się przed wejściem kolejek.

Julia Zabrodzka

Fotografka, która czasem pisze o miejscach i ludziach. Publikowała m.in. w "Polityce", "Piśmie", "Kukbuku", "Wysokich Obcasach" i "The Guardian". Finalistka Grand Press Photo, nagrody im. Krzysztofa Millera "Odwaga patrzenia" i "Leica Street Photo". Najbardziej lubi pracować w Polsce i krajach hiszpańskojęzycznych.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe