Dlaczego warto szukać sklepów z tytoniem

5 min. czytania

A gdyby tak wybrać się w podróż pozwalającą odkryć kod wizualny kraju lub miejsca?

Termometr uliczny, który widzę przez okno hotelu w Palmie na Majorce pokazuje 26 stopni, mimo że zbliża się siódma wieczór, a niebo zakryło się chmurami. Początek jesieni zdecydowanie nie oznacza tu tego, co u nas. Zamiast słoty i deszczu zalewającego obecnie polskie ulice, tu wraz z październikiem ustępuje po prostu letni żar i można wreszcie odetchnąć. Życie nadal toczy się na ulicach, w barowych ogródkach, parkach i plażach.

Jeżeli chcecie przyjechać na Majorkę, celujcie więc w moment poza sezonem. Pogoda wciąż dopisuje, a tłumy turystów są już przerzedzone. Szczerze mówiąc, nie do końca wyobrażam sobie pobyt na tej wyspie w środku wakacji. Nawet teraz w najbardziej popularnych miejscach bywa nieco przytłaczająco. To jednak nic w porównaniu z tym, co musi dziać się tu latem.

Chodząc po ulicach Palmy, przypomniałem sobie o hiszpańskich detalach, które znam z innych pobytów w tym kraju, ale które na co dzień uciekają mi z pamięci. Nie wspominają o nich żadne przewodniki, nie stają się one też krajowymi symbolami. To jednak właśnie te drobne znaki są kluczowe w tworzeniu sobie w głowie obrazu danego miejsca. Zadziwiające jest przy tym, że są one zupełnie banalne. Co mam na myśli?

Jeżeli chodzi o Hiszpanię, to między innymi stacje paliw w dużymi napisami Repsol lub Cepsa. Sklepy tytoniowe opatrzone – w każdym regionie Hiszpanii – dokładnie tym samym żółtym napisem Tabacos umieszczone na brązowym tle nad wejściem. Zieloną czcionkę ozdobnego logo Corte Ingles – ogromnych domów towarowych z szerokim asortymentem. Niebieskie Correos, oznaczające pocztę.

Do tego dochodzą oczywiście gazety El Pais wystawione w witrynach kiosków, charakterystyczna typografia znaków drogowych i kanciaste litery układające się w nazwę Pascual na opakowaniach z mlekiem. Ale też nazwy najpopularniejszych butelkowanych wód mineralnych i skrzynki pocztowe z identycznie skrojonym napisem cartas („listy”). Mogą to być też meble w kawiarniach, kształt ulicznych hydrantów czy śmietników, marmurowe tabliczki z nazwami ulic.

Każdy kraj ma swój własny kod wizualny. W podróży poznajemy go zazwyczaj nieświadomie. Są to rzeczy tak oczywiste, że mało kto się nad nimi zastanawia.

O ich wadze przypomniałem sobie dopiero teraz, gdy wróciłem do Hiszpanii i właśnie dzięki tym niedocenianym znakom poczułem się do jakiegoś stopnia jak u siebie. Pozwalają one osadzić mi się w tutejszej rzeczywistości. Dają poczucie, że znam ten kraj choć trochę – nawet jeżeli jestem w miastach, w których wcześniej nie byłem.

Wyłuskiwanie tych symboli daje też sporo przyjemności i jest niezłym sposobem, by poznać miejsce, do którego się trafiło. Nie chodzi bowiem o każdy logotyp, nazwę czy markę, lecz coś, co regularnie się powtarza. Na co natykamy się w podróży bez żadnego wysiłku i naszego udziału.

Te symbole są w rzeczywistości częścią tożsamości kraju. Nie da się ich szybko wymazać. Często mają wielopokoleniową historię. Być może podobne napisy nad sklepami tytoniowymi oglądali w całej Hiszpanii dziadkowie lub nawet pradziadkowie dzisiejszych palaczy. Kiedyś się one oczywiście zmienią. Daleko im jednak do efemeryczności.

O tych znakach-symbolach zazwyczaj zapominam zaraz po powrocie do domu. Nie są przecież imponującymi zabytkami. Nie pokazują ich albumy, nie wiążą się z nimi żadne znaczące wydarzenia ani emocje. Ale, gdy znów je widzę, uświadamiam sobie, że bez nich Hiszpania nie byłaby przecież tą samą Hiszpanią.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.