O pożytkach z braku znajomości języków

przeczytasz w mniej niż 3 min.

Nie możesz się dogadać za granicą ? I dobrze! Jesteś teraz prawdziwie wolny

W podróżniczym, zdominowanym przez język angielski świecie przyzwyczailiśmy się, że wszędzie powinniśmy się jakoś dogadać. Wyjeżdżamy z domu i oczekujemy, że mowa Szekspira – nawet jeżeli jest przez nas opanowana nie do końca perfekcyjnie – pozwoli nam zorganizować wszystko i wszędzie. Później jednak wchodzisz do zwykłego sklepu spożywczego we Włoszech i ktoś ci wylewa kubeł zimnej wody na głowę. I bardzo dobrze!

Myślałem o tym kilka dni temu, kupując focaccię w malutkiej miejscowości na północno-zachodnim wybrzeżu Sardynii.

Czarująca sprzedawczyni zalała nas potokiem włoskich słów. Nasze niepewne miny nie zbiły jej z tropu. Po prostu powtórzyła wszystko raz jeszcze. Po włosku, oczywiście.

Z języka Dantego znam może kilkanaście słów. Plus te, które są w jakimś stopniu podobne do hiszpańskiego, którego moja znajomość też jest zresztą mocno zardzewiała. Próbując nawiązać jakikolwiek kontakt, musiałem zanurkować w odmęty pamięci. I wydobyć z nich choć kilka wyrazów, które tkwiły tam jeszcze od czasów poprzednich podróży po Włoszech, często wiele lat temu.

Wystarczyło na tyle, by z potoku zdań wyłuskać kontekst. Kobieta, z przyjaznym uśmiechem, zachwalała po prostu focaccię. Zapewniała, że została upieczona niedawno, że jest świeża i robiona tu, niemal na miejscu, kilka ulic dalej. Słowem mówiąc, rodzinny produkt, żadna przemysłówka.

Włosi, szczególnie ci z wysp – Sardynii czy Sycylii – nie mają za bardzo rozpędu do nauki angielskiego. Problemy z komunikacją pojawiają się nawet w miejscach nastawionych na turystów, bywa że i w czterogwiazdkowych hotelach. I mógłbym tu teraz podrzucić kilka anegdotek o mieliznach językowych, w które co rusz się podczas podróży wpada (wliczając w to dość zadziwiającą odpowiedź recepcjonisty na prośbę o przyniesienie do pokoju wody – take me – która chyba miała oznaczać, że ją przyniesie). To jednak droga donikąd. Czyż bowiem w tym naszym oczekiwaniu, że wszędzie dogadamy się po angielsku nie kryje się spora dawka arogancji? Tak w zasadzie, na jakich podstawach opieramy to nasze założenie?

Wydaje mi się, że jest w tym sporo poczucia wyższości. Oto my, światowcy i podróżnicy, wykształceni i obyci, przybywamy, by z pobłażliwością uśmiechać się nad językową niemocą miejscowych.

Prychamy ze zniecierpliwieniem, pomstując w myślach na lenistwo i brak chęci do nauki osób, które nie spełniają naszych komunikacyjnych oczekiwań. Ewentualnie trochę współczujemy, że komuś przyszło urodzić się w miejscu, gdzie dostęp do wykształcenia nie jest aż tak oczywisty i łatwy.

Ale, gdy się nad tym zastanowić, czemu ci ludzie mieliby rozmawiać w ogólnoświatowej angielszczyźnie? To nie oni przecież wyruszają w podróż, lecz my. To my jesteśmy gośćmi. A oni pozostają w swoim domu. Nie mają obowiązku, a być może też potrzeby, by zgłębiać tajniki obcego im języka. To my – przyjezdni – powinniśmy podjąć próby przełamania komunikacyjnego impasu. Nauczyć się choć kilku słów w ich języku. Wysilić zdolność przekazywania informacji na migi. A może chociaż włączyć translator online w telefonie.

Jasne, dobrze jest móc prowadzić ze spotkanymi ludźmi długie dyskusje o życiu, polityce, kraju, historii i przyszłości. To cenne zajęcie i jeżeli jest ono możliwe, warto mu się oddać.

Równocześnie jednak, gdy nie możemy się dogadać (moje przygody we Włoszech to nic, by poczuć się zupełnie zagubionym wystarczy pojechać do Japonii, Chin, czy nawet Albanii), zyskujemy pewien rodzaj wolności. Nie musimy się już spinać, by podtrzymywać zajmującą konwersację, wypaść w dyskusji elokwentnie, przekonać kogoś do określonych racji. To moment, w którym cały ten kulturowy i społeczny nadbagaż zostaje na chwilę zdjęty. Zderzamy się z niewiedzą. Stajemy przed możliwością zupełnie podstawowego, najprostszego odczuwania sytuacji. Niemalże zmysłowego zanurzenia się w chwili.

Bo, jak pisze w Przekroju w znakomitym materiale o podróżowaniu Paulina Wilk: dobrze nie znać języka, nie móc się dogadać – to wyostrza zmysł obserwacji i samodzielność. Kiedy nie wiemy, wszystko jest możliwe.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.