turcja oko proroka

Tureckie strachy: czego boją się Turcy

Początek

Koraliki nazar boncuǧu chroniące przed złym spojrzeniem, noszone na szyi wersety Koranu, kolejki do wróżek. Wiara w złe dżiny, czarną magię i złą wolę ma się w Turcji znakomicie

Za kilka dni witryny sklepów w tureckich metropoliach wypełnią się dyniami, straszydłami i strojami wiedźm. Niektóre kluby już zapraszają na przyjęcia z okazji Cadılar Bayrami – święta czarownic, jak określane jest w Turcji importowane z Zachodu Halloween. Bale przebierańców zawitają nawet do przedszkoli czy szkół. I tylko niektórzy religijni rodzice będą z tego powodu niezadowoleni, a paru islamskich duchownych skrytykuje trend. Ale tak naprawdę mało kto się nimi przejmie.

Kiedy jednak kilka lat temu Diyanet – turecki urząd do spraw religii, zajmujący się między innymi wydawaniem fatw, czyli rozstrzygnięć o zgodności i niezgodności spraw i czynów z zasadami Koranu, opublikował orzeczenie, w którym zaleca rezygnację z nazar boncuǧu – popularnego, szklanego koralika odpędzającego złe uroki Turcy nie kryli oburzenia.

Zdaniem duchownych „lepiej zawierzyć Koranowi niż amuletom”. Tyle że przecież niebieski koralik, znany u nas jako „oko proroka”, to bodaj najbardziej rozpowszechniony na świecie symbol Turcji. Oko łypie ze straganów w turystycznych miejscowościach i bazarów w zapadłych wioskach. Z witryn eleganckich sklepów z biżuterią i tych z tanimi błyskotkami. Z koszulek, apaszek, naklejek na samochodach, breloczków i papierowych serwetek w przydrożnych barach. Przypina się je do becików noworodków, między falbany i koronki sukien panien młodych i na wewnętrznej stronie garnituru pana młodego.

„Nikt was nie pyta!”, „Oko to turecka tradycja” – posypały się komentarze, a do krajowej akcji obrony amuletu włączyli się wszyscy. Zarówno ci przesądni, i ci którzy talizmanu nigdy w ręku nie mieli. Religijni i tacy, którzy meczet omijają szerokim łukiem.

Religia sprzed religii

Tureccy duchowni ostatecznie odpuścili, rozumiejąc, że niewiele wskórają. Symbol do tego stopnia zrósł się z turecką kulturą, że jakakolwiek próba odebrania go ludziom musiała zakończyć się niepowodzeniem. Jest z nimi zresztą dużo dłużej niż islam.

“Oko proroka” stało się nieodłącznym elementem tureckiej codzienności / fot. M. Szumer-Brysz

W siłę złego, zazdrosnego spojrzenia rozsiane po całym świecie cywilizacje wierzyły już tysiące lat temu. Na tych terenach, alabastrowe paciorki mające chronić przed urokiem, znaleziono między innymi w jednym z najstarszych miast Mezopotamii – Tell Brak (dzisiejsza Syria). Datuje się je na około 3300 rok p.n.e.

W kształcie i kolorze przypominającymi te z dzisiejszych bazarów pojawiły się w basenie Morza Śródziemnego 1500 lat później. Dlaczego niebieskie? Błękit był kolorem Tengi – boga nieba, najważniejszego z bóstw. Plemiona tureckie oddawały mu cześć nim przeszły na islam. Zaś glina używana do wytwarzania koralików, zmieszana z miedzią i kobaltem, po wypaleniu zabarwia się właśnie na ten odcień.

Oko proroka. Co zrobić, by działało?

Nie wystarczy jednak kupić sobie breloczek z okiem proroka, by zabezpieczyć się przed zawistnikami. I Turcy dobrze o tym wiedzą. Amulet musi nam zostać przez kogoś podarowany. Powinien być – jak te oryginalne – ze szkła, a nie np. z taniego plastiku. Jeśli szklany amulet nam się stłucze, uszkodzi albo zepsuje…powinniśmy się cieszyć. To znaczy, że spełnił ochronną rolę, przyjmując na siebie „uderzenie”. W takiej sytuacji jego pozostałości należy jak najszybciej zakopać w ziemi, gdzieś z dala od domu (podobnie przesądni Turcy postępują ze stłuczonym lustrem lub jakimkolwiek szkłem). Jedna z moich tureckich przyjaciółek potłuczone szkiełka z roztrzaskanego o sklepową podłogę „oka proroka”, zakopała w doniczce w centrum handlowym.

Dziś gdy w grę wchodzi fabryczna produkcja, nie sposób tego sprawdzić, kiedyś jednak wytwarzaniem amuletów zajmowali się mistrzowie. Znaczenie miał czas, miejsce, użyte surowce, a nawet umiejscowienie pieca, w którym wypalano koraliki.

Dżin, który nie spełnia życzeń

Turcy nie chcieli igrać z losem. I dalej nie chcą. Całkiem możliwe, że maszerując do łóżka z talerzem herbatników, złowicie przerażone spojrzenie tureckiej pani domu, która poprosi, byście jednak powstrzymali się od jedzenia w sypialni. Dlaczego? Bo w nocy przychodzą dżiny i wyjadają rozrzucone w pościeli okruchy. To samo dotyczy kapci ustawianych przy łóżku. Jeśli porzucimy je w nieładzie, dżiny z pewnością wejdą w nie w nocy.

Wiara w demony i siły nadprzyrodzone ma w Turcji znacznie dłuższą tradycję niż islam. Nie przeszkadza to jednak przy odczynianiu uroków korzystać czasem z Koranu i świętych sur. Muzułmańska wiara nie wyklucza też stosowanie takich amuletów, jak “oko proroka” / fot. Abdullah Öğük

Dlaczego jednak dżiny, po turecku cin, przerażają Turków do tego stopnia, że starają się nawet unikać wymawiania ich nazwy, posługując się określeniem üç harfllier – „trzyliterowcy”? Bo podczas, gdy nam dżin kojarzy się z mieszkającym w lampie duchem, spełniającym trzy życzenia, dla Turków to nic innego jak zjawa, upiór, demon. Złośliwe stworzenia zrodzone z ognia bez dymu, powołane do życia przez Allaha, obok ludzi i aniołów. Mogą być niewidzialne lub przybierać rozmaite postaci. Pojawiają się w dzień, ale preferują noc. Jedne atakują kobiety, inne mężczyzn, Jedne we wtorki, a inne głównie w czwartki.

Al Basma lub Al Karısı to upiór-wiedźma nawiedzająca młode matki. Siada ponoć na piersiach położnicy. Wyjmuje jej wątrobę, powodując gorączkę, ból, napięcie mięśni i omamy. Na ogół atakuje, gdy kobieta jest sama. Z tego powodu w niektórych tureckich gospodarstwach przez czterdzieści dni od rozwiązania dba się, by młoda matka zawsze przebywała w czyimś towarzystwie. Przydać się też może lampka włączona w pokoju przez całą noc, czosnek, nóż lub Koran pod poduszką. Ponieważ zjawa nie lubi mężczyzn, koszulka męża lub marynarka syna powinny ją odstraszyć.

Abdurrahman Küçük, autor hasła poświęconego Al Karısı w tworzonej pod patronatem tureckiej Rady ds. Religii encyklopedii islamu, najpierw wymienia sposoby na wiedźmę, by na końcu wyjaśnić, że…nie ma się czego bać. Wiara w jej istnienie trwała, póki ludzie nie odkryli, że to nie upiór, a bakteryjna gorączka połogowa wywołuje takie objawy.

Sposób na nieszczęścia

Dżinów jest jednak więcej. Jest Meymun, zjawa z siedmioma włosami na brodzie, która upodobała sobie studnie i atakuje zwykle w soboty. Jest też przypominający człowieka, lecz cały czerwony Ahmer, powodujący krwotoki z nosa. Kemtemin przyprawia o szaleństwo i omdlenia. W czwartki atakuje Şemhurış, a w piątki Zubea.

Zmęczenie, bóle głowy, migreny, nagłe choroby, depresja – do dziś wielu Turków przypisuje je przede wszystkim działalności dżinów. Pójdą – owszem – do psychiatry, a nawet zaczną zażywać antydepresanty. Ale skonsultują się też z imamem, który wskaże odpowiednie modlitwy i sposoby na pozbycie się złośliwego demona. Będą to zapewne fragmenty drugiej sury Koranu, zwłaszcza werset Ayet-el Kürsi. Starsze sąsiadki polecą za to jakiś amulet z żelaza albo ocet i gorący olej, których zapachu dżiny podobno serdecznie nie znoszą.

Ksiądz czy czarnoksiężnik?

Czasem imam nie jest w stanie nic wskórać. Dzieje się tak zazwyczaj, gdy ktoś pełen złych intencji pragnący rzucić zły urok uda się do osoby parającej się czarną magią. Kiedyś informacje o takich zdolnościach przekazywało się z ust do ust, dziś bez trudu można znaleźć w Internecie ogłoszenia ludzi, zajmujących się papaz büyüsu. Taki ktoś postawi karty, odczyta horoskop i przygotuje muskę – zawiniątko przynoszące pecha osobie, której się je podrzuci. Muska może zawierać pisane od tyłu wersety Koranu, włosy osoby, której się złorzeczy i inne elementy mające wzmocnić jej działanie. Podłożyć ją można w mieszkaniu, w aucie, w pracy. Posługujący w Turcji katoliccy księża opowiadali mi, że przychodzą do nich muzułmanie, którzy odkryli takie zawiniątko. Wierzą, że skoro papaz to po turecku „ksiądz”, to właśnie taka osoba lepiej poradzi sobie z „rozbrojeniem” muski niż duchowny islamski. Czasem zresztą idą do jednego i drugiego.

Oko proroka to nie wszystko. Są jeszcze fusy

Nawet ci Turcy, którzy nie wierzą w „złe oko”, wzruszają ramionami na wieść o czarnej magii i śmieją się z dżinów, nie stronią od wróżb z fusów. Rytuał związany z kawą parzoną tureckim sposobem w tygielku, sięga XV wieku, kiedy to czarny, aromatyczny napój trafił z Jemenu na osmański dwór. Jest wiele teorii o tym, w jaki sposób się upowszechnił. Jedna z nich mówi, że miały w tym udział mieszkanki Haremu, przede wszystkim nałożnice sułtana. Wykorzystywały one „wróżby” do przekazania władcy informacji, które powiedziane wprost, mogłyby go rozzłościć.

“Oko proroka” to jeden z najbardziej znanych tureckich symboli, równie popularne jest jednak także wróżenie z fusów. Potrzeba do tego drobno zmielonej kawa zaparzona w tygielku / fot. M. Szumer-Brysz

Niejasna geneza nikomu nie przeszkadza. Z fusów wróży się jak Turcja długa i szeroka. W wielu kawiarenkach urzędują etatowe wróżki, przepowiadające ludziom przyszłość.

Ważny jest tu ceremoniał. Filiżankę po kawie należy przykryć spodeczkiem i kilka razy całością zakręcić. Następnie szybko odwrócić do góry dnem i postawić na stole. Kolejny etap wymaga poczekania, aż denko całkowicie wystygnie. Niektórzy próbują przyspieszyć ten proces, kładąc na filiżance monetę lub obrączkę. Dopiero wtedy wróżka podnosi naczynię, i opowiada o znaczeniu form, które dostrzegła na jego ściankach. Ważny jest też talerzyk i kształt, jaki ukarze się na nim, gdy fusy spłyną z powrotem do filiżanki, a nawet to, czy krople kawy znajdą się też na zewnętrznej stronie czarki. Osoba, której wróżono powinna sama umyć talerzyk i filiżankę, inaczej przepowiedź może się nie spełnić. Spacerując po kawiarnianych zagłębiach tureckich miast, bez trudu napotkamy ludzi rozdających ulotki lokali, w których wróży się z fusów. Na ogół wykrzykują oni „Fal bakiyoruz” – „czytamy z fusów”.

Fusy w internecie

Jeśli akurat nie trafimy na nikogo takiego, nic straconego. Istnieje co najmniej kilka aplikacji do wróżenia. Korzysta się z nich, gdy nikt w towarzystwie nie podejmuje się czytania z fusów, albo gdy w okolicy nie rezyduje wróżka. Wystarczy przesłać zdjęcie wnętrza filiżanki po kawie, zapłacić parę lir, lub obejrzeć odpowiednią liczbę reklam, by otrzymać całkiem szczegółowy opis przyszłości z przestrogami i radami.

Do najlepszych falcı – wróżek czytających fusy – ustawiają się kolejki. Bywają wśród nich sprzątaczki, uczennice, profesorki wyższych uczelni i biznesmeni pragnący dowiedzieć się, czy inwestować teraz, czy może nieco później. Dziennikarze stacji NTV.com już kilka lat temu informowali, że najlepsze wróżki zarabiają miesięcznie sześć razy więcej niż akademiccy wykładowcy.

Zdjęcie główne: Ali Yasar isgoren / Unsplash

Marcelina Szumer-Brysz

Dziennikarka i reporterka współpracująca z „Tygodnikiem Powszechnym” i działem zagranicznym „Gazety Wyborczej” i kilkoma tytułami tureckimi. Autorka nagradzanych, reporterskich książek o Turcji "Wróżąc z fusów" i "Izmir. Miasto giaurow". Przez kilka lat mieszkała w Turcji, dziś dzieli życie między Izmir a Warszawę.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe