Santar. Miasto-ogród, miasto-widmo

Początek

W podróży zdarza się, że to wcale nie główna atrakcja danego miejsca okazuje się najbardziej fascynująca

Fot.: Julia Zabrodzka

„Opowieści, które żyją tylko w pamięci” – film w reżyserii Julii Murat, pojawił się w polskich kinach kilkanaście lat temu. Na krótko, bo to dzieło raczej niszowo-festiwalowe. Brazylijsko-argentyńsko-francuska produkcja została oparta na lokalnej legendzie. Oto w pewnej maleńkiej miejscowości w brazylijskim interiorze czas się zatrzymał. Zamieszkała przez starszych ludzi fikcyjna Jotuomba trwa siłą przyzwyczajenia i codziennych rytuałów. Spokój mieszkańców zakłóca jednak młodziutka fotografka Rita. Miejscowi przyjmują ją z mniejszą lub większą nieufnością, ale w końcu akceptują jej obecność. Kobieta trafia na opór jedynie w kwestii lokalnego cmentarza, zamkniętego na cztery spusty i nigdy nieodwiedzanego przez mieszkańców Jotuomby.

Kiedy odwiedzam Santar w portugalskim regionie Centro, skojarzenie z filmem przychodzi samo i nie chce mnie opuścić, mimo że powodem mojej wizyty nie jest wcale stary cmentarz ani lokalne opowieści.

Santar leży w winnym regionie Dão, półtorej godziny drogi na południe od Porto i raptem pół godziny od Viseu. Atrakcją turystyczną tej liczącej około tysiąca mieszkańców miejscowości są ogrody. Tak właśnie reklamuje się Santar – jako miasteczko-ogród. Zanim zanurzymy się w zieleni, wchodzimy do Casa dos Condes de Santar e Magalhães, rezydencji z XVI wieku.

– To tu zrodził się projekt miasteczka-ogrodu – mówi przewodniczka Susana i pokazuje makietę całego założenia, w której miniaturowe żywopłoty przeplatają się z równie miniaturowymi klombami róż i rzędami winorośli.

W 2013 roku Jose Luís Vasconcellos e Sousa, właścicieli rezydencji i okalającego ją ogrodu, zaprosił do współpracy słynnego hiszpańskiego architekta krajobrazu Fernando Caruncho.

– To pierwsze zlecenie, jakie Caruncho przyjął w Portugalii – podkreśla z dumą Susana.

Po przyjeździe do Santar Hiszpan uznał, że zabytkowy ogród rodziny Vasconcellos e Sousa ma się świetnie, a pracy wymagają raczej sąsiednie posiadłości.

Potencjał tej niewielkiej miejscowości polegał bowiem na tym, że na niedużym terenie znajdowało się kilka rezydencji – gdzie indziej posiadłości możnych leżą raczej dalej od wsi i w stosownym od siebie dystansie. Układ, w którym ogrody położone są jeden obok drugiego jest bardzo wyjątkowy. Dzięki temu mógł powstać niezwykły projekt łączący tereny zielone o bardzo różnym charakterze i przeznaczeniu. Cel projektu wykroczył daleko poza kwestie estetyczne. Dla wyludniającej się miejscowości pomysł miasta-ogrodu stał się szansą na nieco lepszą przyszłość, niesioną wraz z turystami pragnącymi zobaczyć atrakcję. Do sieci ogrodów dołączyły posiadłości Casa da Magnólia, Misericórdia, Linhares, Casa Ibérico Nogueira, Casa do Miradouro, Paço dos Cunhas i Casa das Fidalgas.

Razem z Susaną i grupą polskich dziennikarzy ruszam więc na wyprawę po zaczarowanych ogrodach Santar. Zwiedzamy teren wokół Casa dos Condes de Santar e Magalhães. To ogród klasyczny, którego początki sięgają XVII wieku. Panują tu geometryczne kształty i niczym niezakłócony porządek. Starannie przycięte żywopłoty wyznaczają parcele z kolejnymi odmianami róż. Odrobinę zamętu wprowadzają jedynie dwa psy: Merlot i Touriga, domagające się głaskania i zabawy.

santar

– Zostały adoptowane przez właścicieli i nazwane na cześć szczepów winnych – opowiada Susana.

Czerwona touriga nacional uważana jest za najszlachetniejszą z portugalskich odmian winorośli.

Łaszące się Merlot i Touriga zostają jednak wśród róż, kiedy my przenosimy się do zaprojektowanej przez Caruncho części winnej.

– To winnice-ogrody. Spełniają funkcję winnic, ale są też przy tym piękne – podkreśla Susana.

Drugi ogród został nazwany na cześć imponującej starej magnolii, którą możemy zobaczyć w otoczeniu kamelii. Trzeci stworzono z myślą o pszczołach i innych owadach zapylających. Składa się z kwietnej łąki oraz drzewek pomarańczowych. Przejście stanowi zaś pergola obrośnięta glicynią.

Ciekawostką jest czwarty ogród, przypominający nieco nasze polskie ogródki działkowe.

– Może nie jest najpiękniejszy, ale ma wymiar praktyczny – Susana wskazuje na grządki tymianku, oregano i cząbru.

Są tu też bardziej egzotyczne, ale jadalne rośliny, takie jak kumkwat, „Ręka Buddy”, czyli cytron palczasty, oraz karczoch hiszpański, którego fioletowe płatki wykorzystywane są przy produkcji sera. Ostatni odwiedzany przez nas ogród przylega do luksusowego hotelu Valverde, urządzonego w zabytkowej rezydencji. Jest chyba najbardziej zróżnicowany, chociaż uwagę zwraca przede wszystkim duża altana oraz rzędy winorośli.

Wycieczka po ogrodach jest fascynująca, ale mnie znacznie bardziej zachwyca samo miasteczko, do którego wybieram się późnym popołudniem.

Ponura pogoda z mżawką i lekką mgłą dodaje Santar tajemniczości.

Mokre kamienie, którymi wyłożono ulice, odbijają żółtawe światła. W wąskich zaułkach spotykam tylko jednego człowieka z parasolką i przestraszonego czarnego psa. Zaglądam do sklepu, w którym pod zabytkową kolumną leżą rozłożone warzywa, znicze i psie jedzenie. Mijam posiadłości, które zdają się trzymać wyłącznie na pajęczynach, zabytkowe kaplice, pusty kościół, budynki o spękanych ścianach. Są też bramy zamknięte – niczym cmentarz z filmu – solidnymi kłódkami.

W „Opowieściach, które żyją tylko w pamięci” to właśnie on kryje rozwiązanie zagadki zatrzymanego czasu. Mieszkańcy zamykając go, dają odpór śmierci. Decydują się nie umierać, choć w rzeczywistości utykają w przestrzeni między życiem a niebytem.

Santar w dżdżyste popołudnie sprawia wrażenie zamieszkałego tylko przez duchy, które być może też utknęły tu w pozornej sielance codzienności. Nad ranem znów idę przejść się po tutejszych uliczkach, dotykam spękanych murów, rozglądam za mieszkańcami. O obecności żywych ludzi przypomina tylko maleńka kafejka, jedzenie wystawione dla kotów i torba z pieczywem zawieszona na zniszczonych drzwiach. Żałuję, że przewodniczka oprowadziła nas tylko po ogrodach – przechadzka po Santar byłaby przecież równie ciekawa. To miejsce z pewnością kryje mnóstwo opowieści.

Julia Zabrodzka

Fotografka, która czasem pisze o miejscach i ludziach. Publikowała m.in. w "Polityce", "Piśmie", "Kukbuku", "Wysokich Obcasach" i "The Guardian". Finalistka Grand Press Photo, nagrody im. Krzysztofa Millera "Odwaga patrzenia" i "Leica Street Photo". Najbardziej lubi pracować w Polsce i krajach hiszpańskojęzycznych.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe