Klasztor staroobrzędowców w Wojnowie przypomina o burzliwej historii Mazur
Fot. Małgorzata Szymańska
Prawa, lewa, prawa – wiosła poruszają się w równym tempie, napędzanym siłą naszych barków. Nie można zgubić rytmu, bo kajak zacznie meandrować lub, co gorsza, ugrzęźnie w trzcinowisku. Jesteśmy na Krutyni – podobno kto nią nie płynął, ten nie wie, co to Mazury. Myślę, że jest w tym nieco przesady, jednak nie można odmówić tej rzece uroku. Pokonywany przez nas odcinek otaczają leśne ostępy Puszczy Piskiej, wciąż dzikiej i odrobinę tajemniczej. Wkrótce jednak wypływamy na otwarty teren – wokół rzeki rozciągają się połacie szuwarów i podmokłych łąk.
Pogrążeni w sielskim hic et nunc, muskani kroplami wody odbijającymi się od wioseł, nie zauważamy, że kilkadziesiąt centymetrów od kajaka nurzają się w wodzie wielkie pyski czarno-białych jałówek. Zmęczone upałem postanowiły ugasić pragnienie, weszły więc w rzekę, niezrażone przepływającymi kajakami. Na przeciwległym brzegu wyłaniają się zabudowania Wojnowa, z górującą ceglaną wieżą molenny. Można tam odbić w prawo i wąskim kanałem podpłynąć do samej wioski, robiąc sobie przerwę w wiosłowaniu.
Następnego dnia pogoda zmienia się – chmury wiszą nisko, a łąki parują, przybierając perłowy odcień.
Zaczyna mżyć. Podobną aurę zastał niegdyś w Wojnowie Melchior Wańkowicz. Pisarz odwiedził filipońską wioskę, zwaną wtedy jeszcze Eckertsdorf, w 1935 roku. Była to część jego wyprawy do Prus Wschodnich, którą odbył z młodszą córką, Martą.
W ogólnej sali miejscowej oberży znajdujemy imponujących brodaczy, którzy siedzą w ławach, z powagą gładząc brody. Oberżysta mówi z nami językiem rosyjskim przefiltrowanym przez germańskie sitko. Otrzymujemy jakiś pokoik do spania i nieśmiertelną jajecznicę – pisał Wańkowicz w zbiorze reportaży „Na tropach Smętka”.



Napotkani przez niego mężczyźni byli staroobrzędowcami, przybyłymi na Mazury w pierwszej połowie XIX wieku. By zrozumieć ich historię, musimy przenieść się w głąb Rosji, kilkaset lat wstecz.
W 1654 roku odbyła się liturgiczna reforma patriarchy Nikona, której celem było ujednolicenie obrzędów Kościoła Prawosławnego.
Duchowni dokonali między innymi korekty ksiąg modlitewnych, nakazali wykonywać znak krzyża trzema palcami zamiast dwoma, zmienili także kierunek procesji na zgodny ze wskazówkami zegara. Niby niuanse, ale wywołały sprzeciw wśród sporej części wiernych. Buntownicy uznali za herezje wszelkie zmiany ruskich tradycji liturgicznych. Ich religijne rytuały, w myśl koncepcji świętości Rusi, były nie do ruszenia. Walczyli więc i to nawet zbrojnie – na kartach historii szczególnie zapisało się powstanie sołowieckie, które stało się inspiracją obrazu „Czarny sobór” Siergieja Miłoradowicza. Próżno jednak szukali poparcia w Kościele Prawosławnym, zaczęły się prześladowania. Ruszyli więc na zachód, z nadzieją na spokojne życie w zgodzie z wyznawaną wiarą. Zawędrowali między innymi na Ukrainę, do Inflant, na Suwalszczyznę i w Puszczę Piską.
Na przełomie XVIII i XIX wieku Prusy Wschodnie znajdowały się pod władaniem Fryderyka Wilhelma III. Król cenił prostotę i stronił od przepychu, może dlatego spodobali mu się przybysze z dalekiej Rosji – pracowici, skromni, żyjący zgodnie z rytmem przyrody. Władcy było na rękę, że surowa i trudno dostępna puszcza zostanie zagospodarowana, pozwolił więc starowiercom zakładać wioski. W sumie powstało ich na Mazurach jedenaście, w tym właśnie Wojnowo.
Rozglądam się po okolicy. Wzdłuż głównej drogi widzę poniemieckie zabudowania i mniejsze drewniane domy.
Na podwórkowych płotach wiszą wielkoformatowe fotografie. Z kolei w centrum osady stoi molenna widziana przeze mnie poprzedniego dnia z kajaka. Powstała w latach 20. ubiegłego wieku na wzór kościołów ewangelickich, z czerwonej cegły. Bez większej nadziei chwytam za klamkę. Zamknięte. Przypomina mi to bieszczadzkie cerkwie z wiszącymi na drzwiach napisami O klucz pytaj pod numerem telefonu XYZ. Tu co prawda brak wskazówki, lecz kto wie, może dowiem się więcej w klasztorze na końcu wsi.
Powietrze pachnie dziką czereśnią i lekko ziemistą wonią pobliskiego jeziora. Podchodzę pod ceglaną bramę z wkomponowaną w nią kapliczką.
– Kiedyś przechodziło się jeszcze przez czarne wrota, będę chciał je odnowić – mówi pan Tomasz Ludwikowski, opiekun klasztoru.
Jego relacja z tym miejscem nie jest przypadkowa. W czasach głębokiego PRL-u do Wojnowa przyjeżdża Leon Ludwikowski, dziadek pana Tomasza. W klasztorze mieszkają wtedy siostry zakonne sprowadzone ze spalonego monasteru w Spychowie. Ich czas wypełnia modlitwa, zaangażowanie w pomoc ubogim i prace gospodarcze. Pan Leon prowadzi w pobliskich Mikołajkach fermę norek. Wojnowskie mniszki, które również myślą o otwarciu hodowli, proszą go o pomoc.
– Dziadek mieszkał przedtem na Wileńszczyźnie, ale był prześladowany za przynależność do AK, musiał więc uciekać. I tak znaleźli się razem z babcią na Mazurach. Siostry bardzo ich polubiły, dziadkowie czuli się tu jak u siebie – wspomina pan Tomasz.

Klasztorne życie odznaczało się wzajemną życzliwością, skromnością i prostotą.
Siostry nie oczekiwały wygód – spały na żelaznych łóżkach i korzystały z blaszanych naczyń. Pościły przez ponad dwieście dni w roku. Piątki i środy przez cały rok, a siedmiodniowy post przed Wielkanocą to już była zupełna głodówka. Tylko chleb i kasza… – relacjonowała pani Halina, babcia pana Tomasza – ale ja czasem dodawałam ukradkiem trochę oliwy do tej kaszy, żeby się siostry tak całkiem nie zapościły.
Tylko skąd właściwie w Wojnowie wzięły się mniszki, skoro Puszczę Piską zasiedlali przeważnie mężczyźni?
W latach 30. XIX wieku wieś zamieszkuje już prawie trzystu starowierców – określają siebie filiponami, czyli tak zwanymi bezpopowcami. Modlą się w molennie, skromnie wyposażonej świątyni z ikonami ustawionymi na półkach. Są świetnymi rzemieślnikami, sami budują domy i składają meble. Na każdym podwórku stoi bania, w której kąpią się przed niedzielnym nabożeństwem. Filipońskich rytuałów jest zresztą dużo więcej.
Wchodząc do mieszkania, zostawiają na progu pantofle; w izbie drepcą w samych pończochach, aby nie zabrudzić idealnie białej podłogi. [W ich domach] było mnóstwo obrazów, przed którymi trzy razy dziennie jeszcze się modlono i składano pokłony – wspomina pisarka Emilia Sukertowa-Biedrawina, która w 1951 roku odwiedziła dom jednego z wojnowskich staroobrzędowców.
Mężczyźni nie strzygli bród, wierząc, że bujny zarost to warunek wejścia do nieba.
Mieli też zakaz spożywania używek – jeśli go złamali, groziła im poważna pokuta nakładana przez tak zwanego nastawnika. Starowiercy ubierali się w ściśle określony sposób, praktycznie jednakowo. Niemieccy letnicy, przyjeżdżający na Mazury w międzywojniu, mówili o nich „kolorowe ptaki”. Wszystko na staroobrzędowcach było czerwone i niebieskie. Czerwona kurtka bez guzików, gdyż guziki uważali za oczy diabła; niebieska koszula, którą na wierzchu spodni nosili, ściągając ją pasem pod biodrami. Z kory lipowej nosili sandały (…), wszyscy byli podobni tak dalece, że trudno ich było odróżnić. Wszyscy niebieskoocy o różowej cerze – pisał o starowiercach Fritz Skowronnek, mazurski pisarz.
W 1836 roku do Wojnowa przybywa starzec, Ławrientij Rastropin. Niewiele o nim wiadomo poza tym, że pochodził z dalekiej Rosji i określał się jako człowiek pobożny. Malowniczy, nieco melancholijny krajobraz Jeziora Duś tak go zauroczył, że postanawia założyć u jego brzegów pustelnię. Prowadzi surowe życie, żywiąc się jedynie złowionymi przez siebie rybami i darami od mieszkańców Wojnowa. Dziesięć lat później na miejscu pustelni powstaje męski klasztor – Monaster Zbawiciela i Trójcy Świętej.
Przeorem klasztoru zostaje Piotr Ledniew, zwany przez wszystkich Pawłem Pruskim.
Jego niezwykła charyzma oddziałuje na Wojnowo, wieś rozkwita. Mnich zakłada drukarnię w Piszu, w której wydaje księgi liturgiczne. Sprowadza z Rosji młody narybek – późniejszych zakonników – i wkłada dużo pracy w ich edukację. Jednak w pewnym momencie zapał Pawła Pruskiego gaśnie. Konserwatywne zasady i rytuały staroobrzędowców zaczynają go uwierać, przestaje być im wierny. Chce zmian. Gdy przedstawia je parafianom, ci się buntują. Jedynie niewielka część mieszkańców wsi przechodzi wraz z nim na jedinowierstwo, większość nie popiera nowinek.
Atmosfera w Wojnowie gęstnieje, a Paweł Pruski postanawia wyjechać do Rosji.
Więcej na Mazurach się nie pojawi. Monaster, wraz ze stratą charyzmatycznego duchownego, podupada – nikt nie ma odwagi zająć jego miejsca. Pewnego dnia do Wojnowa przyjeżdża mniszka Jewpraksija, która postanawia odkupić klasztor i otaczający go folwark. Zakłada tu żeńskie zgromadzenie, wlewając w wojnowski monaster nową energię.

Zaglądam do przyklasztornej molenny, pełniącej dziś funkcję Muzeum Ikon i Kultury Staroobrzędowców. Znajduje się tu cela Pawła Pruskiego – wygląda tak samo jak wtedy, gdy mnich w niej mieszkał. Wiedziona śpiewem cerkiewnym, trafiam do głównej sali modlitewnej. Widzę rzędy ikon, przed którymi stoją świeczniki z powtykanymi w nie „ofiarkami”.
– Te ikony były przemycane z głębi Rosji, mamy chyba najcenniejszy zbiór w Europie – mówi pan Tomasz – a świece to jeszcze siostry robiły, z wosku pszczelego.
Na piętrze znajdują się cele sióstr, które służą obecnie jako pokoje do wynajęcia.
Agroturystykę w klasztornych budynkach zaczął prowadzić ojciec pana Tomasza, majątek należał już wtedy do jego rodziny. Czasy PRL-u nie były łaskawe dla wojnowskich mniszek – z Rosji Sowieckiej przestały napływać nowe siostry, po okolicy chodziły też słuchy o przejęciu monasteru przez państwo. W tej sytuacji mateczka Antonina Kondratiewna, przeorysza klasztoru, zapisała go w testamencie Leonowi Ludwikowskiemu w zamian za dożywotnią opiekę. Ostatnia mniszka, Afimia Kuschmierz, zmarła w 2006 roku.
– Mieszkałem u sióstr do 13 roku życia – wspomina pan Tomasz – czasem przez małe okienko podglądałem jak się modlą. Pięknie śpiewały. Pomagałem tacie przy pracach na gospodarstwie, a babcia prowadziła kuchnię klasztorną.Wszyscy byliśmy bardzo blisko, ja do sióstr też mówiłem „babciu”.
Mimo, że mniszek już w klasztorze nie ma, Ludwikowscy starają się zachować pamięć o nich.
Oprócz muzeum na terenie klasztoru działa kawiarenka organizująca koncerty i wystawy, są także warsztaty pisania ikon. W działania włączył się ostatnio Kacper, syn pana Tomasza – miłość do Wojnowa ma się tu we krwi.
Nagle przypomina mi się klucz do ceglanej molenny stojącej w centrum wsi. Postanawiam jednak o niego nie pytać. Filiponi nie lubią, gdy ktoś wnika w ich sferę sacrum. Niechętnie wpuszczają do swoich świątyń innowierców i nie pozwalają fotografować wnętrz, zwłaszcza podczas nabożeństw.
W Wojnowie ostało się co prawda już tylko siedmiu staroobrzędowców, jednak dbałość o ich tradycje wciąż jest żywa wśród lokalnej społeczności. Schodzę nad brzeg Jeziora Duś. Mlecznogranatowa tafla zastygła w bezruchu, pachnąc mokrym piaskiem i wodorostami.



– Babcia Fima bardzo lubiła wędkować, chodziliśmy razem na ryby – uśmiecha się pan Tomasz.
Kontempluję krajobraz, po czym kieruję się w stronę bramy wejściowej. Na klasztornym ogrodzeniu, podobnie jak w centrum wsi, wiszą duże fotografie – w Wojnowie odbywa się właśnie 9. edycja Festiwalu Fotografii.
– Na początku wystawialiśmy zdjęcia tylko na terenie klasztoru – mówi. – Ja sam jestem fotografem, a mój sąsiad Stefan fotoreporterem. To on wyszedł z inicjatywą, żeby coś takiego tu zrobić.
Wojnowski festiwal nawiązuje stylem do francuskiego Festival Photo La Gacilly i stanowi kontynuację wystaw odbywających się w Domu Dziennikarza przy warszawskiej ulicy Foksal. Tematyka zdjęć jest różnorodna – reportaże podróżnicze, fotografie sportowe czy portrety. Prace wystawiał tu nawet Chris Niedenthal, którego zdjęcie „Czas Apokalipsy” obiegło swego czasu całą północną półkulę. W tym roku odbywa się jubileuszowa edycja festiwalu.
W Wojnowie jest jeszcze jedna cerkiew – prawosławna.
Stoi samotnie na łąkach po przeciwnej stronie wsi, a jej biało-niebieskie oszalowanie widać już z oddali. Drzwi są otwarte. Z wnętrza płyną liturgiczne śpiewy. Właśnie trwa nabożeństwo. W oczekiwaniu na jego zakończenie rozglądam się po podwórzu – zauważam małą pasiekę i kolorowy ogród. Cerkiew wraz z otaczającym ją terenem należy do żeńskiego zgromadzenia Zaśnięcia Matki Bożej.
– Siostry zakonne trafiły tu jeszcze przed wojną – mówi mi jedna z mniszek po skończonej modlitwie. – Najpierw przy cerkwi działała diaspora jedinowiercza, a potem zostało tu już tylko nasze zgromadzenie.
Zauważam, że świątynia ma nietypowy jak na tę część Europy wygląd.
– Inicjatorem jej powstania był Aleksandr Awajew. To duchowny, który przybył na Mazury z okolic Tweru i zbudował cerkiew po swojemu, po rosyjsku.
Rozglądam się po wnętrzu. W powietrzu unosi się delikatny dym z kadzidła, zza którego wyłania się skromny biało-złoty ikonostas. Chcę złapać w kadrze ten piękny obrazek, ale siostra wyciąga do mnie rękę kiwając przecząco głową.
– Zdjęć, jeśli można, nie.
Gdy się pożegnałyśmy, poszła bezszelestnie w kierunku domu klasztornego i po chwili zniknęła w bujnym gąszczu wielobarwnych kwiatów.

