Wyspy Fryzyjskie. W lustrzanym odbiciu

Początek

Morze Wattowe to ważny ekosystem i jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie można sobie wyobrazić

Fot. Julia Zabrodzka

Pierwszy raz widzimy je w Dagebüll w Szlezwiku-Holsztynie. Maleńka osada liczy raptem 900 mieszkańców i parę hoteli. A także kilkanaście kolorowych domków plażowych ustawionych w równym rzędzie z widokiem na watty, czyli osuchy – to wokół nich wszystko się tu kręci. Pociąg dojeżdża do nabrzeża, gdzie można przesiąść się na prom na Wyspy Fryzyjskie Föhr lub Amrum. My jednak zostajemy na noc w miasteczku na stałym lądzie i właśnie tu mamy okazję zobaczyć pierwszy spektakl. O zachodzie morze się cofa, pozostawiając cieniutką warstewkę wody – w gładkim lustrze odbijają się fioletowe, różowe i pomarańczowe zorze zachodzącego słońca. Bliżej brzegu woda odsłania nierówne, piaszczyste dno, a to prawdziwa uczta dla miejscowego ptactwa. Kolory odbijają się w okienkach plażowych chatek. Trudno mi sobie wyobrazić piękniejszy widok, a to dopiero początek naszej przygody z Morzem Wattowym.

Z pierzyną na plażę

Nazajutrz płyniemy promem na wyspę Föhr. Morze już wróciło na swoje miejsce, ale i tak jest zbyt płytkie, by mogły po nim pływać większe jednostki. Prom sunie specjalnym torem wodnym, kanałem wykopanym w dnie morza.

Docieramy do Wyk, niedużej miejscowości – kurortu z domami z czerwonej cegły i koszami plażowymi na piaszczystej plaży. Razem z innymi wczasowiczami przechadzamy się po głównej uliczce, gdzie, jak to w turystycznym kurorcie, królują sklepy z pamiątkami. Kupujemy katarynkę, która wygrywa starą szantę, w Polsce znaną pod tytułem „Już nie wrócę na morze”. Z widokiem na wodę zjadamy frytki i rybę, siedząc w jednym z licznych koszy na plaży. W Wyk nawet poza sezonem panuje wakacyjny klimat.

Ale pierwszą noc na wyspie spędzimy zupełnie gdzie indziej – z dala od knajpek, hoteli i turystów, w zupełniej samotności na plaży w okolicach Nieblum, gdzie docieramy na wypożyczonych rowerach.

Na Föhr znajduje się kilka sypialnych koszy plażowych – dwa właśnie w Nieblum. W maleńkiej budce, gdzie w ciągu dnia można zamówić coś do jedzenia, zostajemy zaopatrzeni w wielką plastikową torbę. W niej mieści się nasza ciepła kołdra i poduszki. Na plaży po za nami nie ma już nikogo, chociaż kilkanaście zwykłych koszów sugeruje, że w sezonie może tu być tłoczniej. Na zachód słońca większość przyjezdnych i miejscowych wybiera jednak Utersum na zachodnim brzegu wyspy. Ruszamy tam i my, by wieczorny spektakl obejrzeć siedząc na długim wale nad plażą. Po zmroku wracamy do naszej samotni i napawamy się ciszą i resztkami kolorów na niebie. A później zasypiamy pod gwiazdami. Budzimy się przy dźwiękach ptasiego radia – po płytkiej wodzie człapią mewy, siewki i ostrygojady.

Kto żyje w piasku

Po dwóch dniach Morze Wattowe znamy tylko od strony estetycznej – lustrzanej tafli, która odbija kolory wschodu i zachodu. Czas by dowiedzieć się czegoś więcej. Naszym przewodnikiem zostaje Frederik, wolontariusz z Schutzstation Wattenmeer. By się z nim spotkać, wracamy do Wyk i czekamy na plaży pełnej kolorowych koszy. Frederik na dzień dobry klaruje nam podstawy – przypływy i odpływy uzależnione od pozycji Księżyca – to one sprawiają, że watty są tak wyjątkowym ekosystemem.

Ruszamy na wędrówkę po płytkiej wodzie, na spotkanie z maleńkimi stworzeniami o wielkich mocach przerobowych. Niepozorna sercówka potrafi przefiltrować nawet 2,5 litra wody w godzinę, zaś niezbyt apetyczne robaki piaskowe Arenicola marina – Frederik pokazuje nam czarną „dżdżownicę” – zajmują się oczyszczaniem piasku. To ich ślady, jakby spaghetti z piasku, przyciągnęły naszą uwagę już pierwszego dnia. Na osuchach jest ich mnóstwo! Rekordzistami ilościowymi są jednak maleńkie ślimaki – na metrze kwadratowym może być ich nawet 100 000. Po powierzchni biegają też mikro kraby, a Frederickowi udaje się dostrzec nawet niekompletną, około centymetrową rozgwiazdę. Tłumaczy nam, że to żywiące się materią organiczną robaki sprawiają, że watty nie zamieniają się w muliste bagno. Drobne żyjątka stanowią też pokarm dla ptaków. Morze Wattowe uznawane jest za jeden z najważniejszych obszarów na świecie z punktu widzenia ptasich migracji. Szacuje się, że co roku przemierza go około 10-12 milionów ptaków.

10 tysięcy gatunków życia

W Dagebüll i na Föhr widzimy tylko wycinek ekosystemu, jakim jest Morze Wattowe. Obejmuje on wybrzeże trzech krajów – Danii, Niemiec i Holandii. Ta rozległa strefa pływów ma ponad 10 tysięcy km2, czyli ponad milion hektarów. Część holenderska i niemiecka zostały wpisane na listę UNESCO w 2009 r., a w 2014 r. dodano też część duńską. Na całym obszarze żyje około 10 tysięcy gatunków – roślin i wszelakich żyjątek. Liczby robią wrażenie, nie większe jednak niż ta pozorna morska pustka, w której chmury we wszystkich możliwych kolorach nieustannie przeglądają się w wodzie.


Travel Magazine może się ukazywać dzięki Waszemu wsparciu. Pomóż nam wydawać pismo, stawiając nam wirtualną kawę:

Julia Zabrodzka

Julia Zabrodzka

Fotografka, która czasem pisze o miejscach i ludziach. Publikowała m.in. w "Polityce", "Piśmie", "Kukbuku", "Wysokich Obcasach" i "The Guardian". Finalistka Grand Press Photo, nagrody im. Krzysztofa Millera "Odwaga patrzenia" i "Leica Street Photo". Najbardziej lubi pracować w Polsce i krajach hiszpańskojęzycznych.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe