Macfarlane w nowej książce skręca ku zaangażowanemu aktywizmowi. Nie traci jednak przy tym wyjątkowego talentu narracyjnego
Tytuł najnowszej książki brytyjskiego przyrodnika, wcześniej eksplorującego dzikie szlaki, podziemia i góry, jest rodzajem prowokacji (polski wersja oddaje tytuł oryginału). Już w pierwszych zdaniach pada na to pytanie odpowiedź. Macfarlane opisuje wycieczkę z synem nad potok w Nine Wells Wood obok Cambridge, nieopodal ich domu, gdzie chłopiec, widząc wysychające koryto, zadaje ojcu pytanie: „czy ta woda umarła?” Skoro rzeka może umierać, z pewnością wcześniej musiała żyć.
Doświadczenie wspólnoty
Macfarlane w swoim pisarstwie zawsze stał po stronie przyrody. Przyglądał się z uwagą detalom natury, licząc na to, że samo zainteresowanie światem, którego jesteśmy częścią, pozwoli go uchronić. Tym razem robi krok dalej – „Czy rzeka żyje?” wyrasta z zaangażowanego aktywizmu. Pisarz wybiera się w trzy, odległe od siebie miejsca, by przyjrzeć się zniszczeniom, ale też skutkom lekceważenia praw rzek. Jedzie do Ekwadoru, by wędrować przez rodzący rzekę Las Cedrowy, zagrożony planami przemysłu wydobywczego. Odwiedza też zdewastowany indyjski region Chennai. A w końcu spływa rzeką Mutehekau Shipu w Kanadzie, którą z kolei obejmują plany postawienia tam i wykorzystania wody na potrzeby elektrowni. We wszystkich tych podróżach towarzyszą pisarzowi osoby zaangażowane w działania ekologiczne, naukowcy, prawnicy walczący o prawa rzeki, przyjaciele. Każda z wypraw zamienia się więc w doświadczenie wspólne, co jest w pisarstwie Macfarlane’a, wcześniej skupionego bardziej na własnych emocjach, swego rodzaju nowością.
Brytyjczyk, który, szczególnie w świecie anglosaskim cieszy się pozycją literackiej gwiazdy, stara się wykorzystać popularność do nagłośnienia problemów tych trzech miejsc. Liczy też na to, że pisząc o nich książkę uda mu się powstrzymać zakusy polityków i firm. I być może nie jest to nadzieja płonna. Historia pokazuje, że opór społeczny napędzany poczuciem wspólnoty może przynieść efekty. A nagłośnienie tematów jest pierwszym krokiem, by tego rodzaju wspólnota mogła się narodzić.
Czynnik duchowy. „Czy rzeka żyje?”, recenzja
Równocześnie jednak Macfarlane stara się nadać swojej opowieści większej uniwersalności. Rzecz nie dotyczy bowiem tylko tych trzech miejsc, które odwiedza, ale całego środowiska, a w każdym razie, w tym wypadku, wszystkich rzek. Brytyjczyk, choć opiera książkę na sprawdzonych i przeanalizowanych faktach, sugeruje, że znajdujemy się w wyjątkowym okresie, w którym potrzebna jest całkowita zmiana paradygmatu. Zmiana w sposobie myślenia, które nie może już opierać się wyłącznie na podstawach naukowych, lecz musi uwzględniać czynnik duchowy. A ten rodzi się z prawdziwie głębokiego kontaktu z naturą, który sprawia że myślenia o rzece jako o istocie żywej, przestaje być czystą egzotyką.
W jakimś sensie jest to zwrócenie się ku intuicjom ludów rdzennych, które niezależnie od długości i szerokości geograficznej, traktowały naturę jako świat, którego są po prostu częścią. Świadomość tego w naturalny sposób niweluje potrzeby nadmiernej eksploatacji. Wyzysk środowiska, od którego jest się w pełni zależnym i którego jest się integralną częścią zakrawa przy takim podejściu na szaleństwo.
Macfarlane, mistrz narracji
Duchowy aktywizm, obecny w najnowszej książce brytyjskiego pisarza, może okazać się dla niektórych czytelników krokiem idącym zbyt daleko. Warto jednak rozważyć, czy stojąc u progu katastrofy zrodzonej z naszej cywilizacyjnej chciwości, taki rewolucyjny sposób myślenia nie jest konieczny. Nawet jeżeli jednak wszelki aktywizm zdaje nam się nieco podejrzany, książki nie warto skreślać. „Czy rzeka żyje?” jest pozycją doskonale skonstruowaną. Ma rozbudowane łuki narracyjne, jest gęsta od emocji i zawiera, może nawet w większym stopniu niż poprzednie, to z czego Robert Macfarlane słynnie – erudycyjne spojrzenie, doskonałe metafory i prawdziwie literacki język.

Robert Macfarlane
Czy rzeka żyje?
Wydawnictwo Poznańskie, 2026