Tu są lwy

16 maja, 2026
autor:
przeczytasz w mniej niż 10 min.

Mapy i zdjęcia stały się dziś zapisem świata, który znika na naszych oczach

Fot. Jakob Braun / Unsplash

W Imieniu róży w bibliotece, której plan odzwierciedlał mapę całego świata, adnotacją Hic sunt leones opatrzono Afrykę, bardzo słabo zbadany teren, skąd pochodziły pisma niewiernych. Obok ksiąg o bestiach potwornych stał tam Koran, bo, jak mówi mądry Wilhelm: „Strefa LEONES zawiera te księgi, które dla budowniczych biblioteki są kłamstwami”. Mądrość odbiegająca od kościelnej doktryny trafiła między lwy i potwory.

I oczywiście, jak to zakazany owoc, pociągała Adsa najbardziej.

Fraza, znana też w (częściej występującym) wariancie „Hic sunt dracones” („tu są smoki”) pojawiała się na starożytnych oraz średniowiecznych mapach i globusach wszędzie tam, gdzie kartograf nie wiedział, co wpisać. Bo jeszcze nikogo tam nie było, a czekająca na odkrywcę biała plama otwierała pole dla wyobraźni. Za granicami znanego świata rodziły się słonie, skorpiony i ludzie o psich głowach. Mieszkańcy Antypodów chodzili do góry nogami, a węże były tak wielkie, że zjadały cielęta. Obszar ten zarazem pociągał i przerażał, zapowiadał wielkie przygody i takież problemy. Na słynnym „strusim” globusie Missinne’a (mapę świata naniesiono na skorupę strusiego jaja) z 1504 roku, na którym po raz pierwszy zaznaczono Amerykę, smoki zamieszkują południowo-wschodnią Azję.

Mapa idealna? Nie istnieje!

Dziś, w dobie obrazowania satelitarnego, białe plamy zniknęły. Nie oznacza to jednak, że wiadomo wszystko o wszystkim. Jak pamiętamy z Borgesa, idealna mapa musiałaby mieć rozmiar terytorium, co byłoby wielce niepraktyczne. Poza tym, jak zwykle, ścisłe związki wiedzy z władzą i pieniędzmi sprawiają, że niektórych terenów po prostu nie opłaca się zbyt dokładnie opisywać.

Wbrew naukowym pozorom mapa nie jest wcale obiektywnym odwzorowaniem rzeczywistości: zawsze odzwierciedla czyjś punkt widzenia i czyjeś interesy. Podobno w Google Maps najczęściej sprawdzamy własny adres, a niektóre australijskie mapy południe mają na górze. Egocentryzm wkrada się nawet do kartografii. A ponieważ największe ego mają mieszkańcy bogatej globalnej Północy – gdzie koncentruje się gros użytkowników aplikacji GM – malutka Europa jest znacznie lepiej opisana niż cywilizacyjnie i rozmiarowo ważniejsza Afryka, o bogatej Szwajcarii wiemy znacznie więcej niż o biednym Pakistanie, a przylepione do wielkich miast favele pozostają terra incognita. W pewnym sensie nadal są tam lwy, bo wolimy odwracać wzrok i koncentrować się na ludziku w koszulce „tu jesteś”, który w slumsach bywa raczej rzadko.

Wyścigi z czasem

Owszem, mapy wciąż obfitują w deformacje i przekłamania. Nie nadążają też za nieustannie zmieniającym się światem. Już w momencie publikacji każda jest przestarzała. Jak mówi jeden z managerów Google Maps, Manik Gupta, Azja i Afryka to place nieprzerwanej budowy, a środowisko naturalne, głównie z winy człowieka, też nieustannie się zmienia: znikają lasy, lodowce i wyspy. Kartografia to ekwilibrystyka z góry skazana na porażkę – jest próbą przyszpilenia nieustannie ewoluującej okrągłej Ziemi na płaskiej kartce (czy ekranie). Bez ofiar się nie obędzie.


Travel Magazine może istnieć głównie dzięki wsparciu Czytelników. Dołącz do społeczności naszych darczyńców:


Nie zmienia to faktu, że dane satelitarne w teorii pozwalają na dokładne zmapowanie całej Ziemi i aktualizacje w czasie rzeczywistym (nieodkryte pozostaje natomiast dno oceanów), a hic sunt leones stało się obrazową metaforą.

Używają jej informatycy, głównie w wersji ze smokiem (być może jako hołd dla młodzieńczej fascynacji fantastyką) do zaznaczania niejasnych lub wyjątkowo zawiłych fragmentów kodu źródłowego. Ci, dla których programowanie nie jest terra incognita, podobno mogą to sprawdzić, wpisując do Mozilli Firefox komendę „about:config”. Szerokiej drogi.

Z nartami na szczyty świata

Frazą posłużył się też nasz człowiek na dachu świata, Andrzej Bargiel, skialpinista i zdobywca wielu rekordów. Zakopianin wymyślił sobie, że ruszy z nartami na księżyc. A potem z niego zjedzie. Jak czytamy na jego stronie internetowej:

„HIC SUNT LEONES (dosł. „tu są lwy”) to sentencja łacińska służąca do oznaczania obszarów nieodkrytych, krajów nieznanych. Tak właśnie nazwałem mój autorski projekt narciarski. Zainspirowany swoimi doświadczeniami, postanowiłem odczarować stereotyp himalaisty-męczennika i wykorzystać dotychczasowe doświadczenia w samodzielnym organizowaniu wypraw. Projekt ma na celu zjazdy z najwyższych szczytów Ziemi oraz udowodnienie, że narciarstwo możliwe jest nawet na dachu świata”.

Wszystko pięknie, tylko po co? Dawnych odkrywców w nieznane pchała ciekawość, głód wiedzy, chęć zapełnienia białych plam na mapie. Bargiel wyprawia się tam, gdzie inni już przed nim byli. Z pomocą sponsorów, specjalistycznej ekipy i brata z dronem wspina się na ośmiotysięczniki, zakłada narty i ziuu…

Znikający świat

Już samo pytanie świadczy o braku zrozumienia istoty himalaizmu i słynnego Mallorowskiego „Bo jest”. W wywiadach na podobne, lekko prowokacyjne pytania Bargiel cierpliwie odpowiada, że narty pozostają dla niego frajdą, a góry przestrzenią wolności. Wychowywał się w wielodzietnej rodzinie, miał dziesięcioro rodzeństwa, więc żeby usłyszeć własne myśli, uciekał na granie.

W wypowiedziach Bargiela, pod spokojnym głosem człowieka, który nauczył się oddychać bez tlenu i stoicko przeczekiwać lawiny, słychać szacunek dla żywiołu, miłość do gór i chęć niesienia pomocy innym. Kiedy akurat nie zdobywa ośmiotysięczników, himalaista ratuje ludzi w Tatrach, zbiera śmieci pod Everestem i pomaga Pakistańczykom, o czym wcale nie trąbi w serwisach społecznościowych.

Dużo myśli też o tym, jaki ślad i jaki świat po sobie zostawi. Na spotkaniu z fotografką lodowców Anią Freidorf w Instytucie Polskim w Paryżu oboje opowiadali o tym, że niegdysiejsze śniegi znikają w zatrważającym tempie. Tam, gdzie jeszcze kilka lat temu podziwiali czapę lodu, dziś często zastają łysą górę.

Wejść do lodowca

Freidorf wcześniej specjalizowała się w fotoreportażu. Pracowała dla agencji prasowych, uwieczniając między innymi protesty aborcyjne polskich kobiet i wydarzenia polityczne w Paryżu. Teraz przeniosła się do Grenoble, żeby być bliżej Alp i poświęca się projektowi Naked Glaciers (dosłownie „nagie lodowce”). Chce sfotografować lodowce na wszystkich kontynentach. Bo są piękne. I, niestety, efemeryczne – już dziś wiadomo, że do końca stulecia połowa z nich zniknie. Jej zdjęcia z Francji, Włoch i Szwajcarii są zarazem wspaniałe i przerażające. Na śniegu widać ślady smoły i oleju, podobno z samolotów. Antropocen w pełnej krasie: nawet lodowce udało nam się zabrudzić. I stopić – najdłuższy, o poetyckiej nazwie Mer de Glace (Lodowe Morze), przypomina dziś rozczarowujące bajorko.

Zdjęcie lodowca można kupić od Freidorf za kilka tysięcy euro. Dużo? Mało, jeśli wziąć pod uwagę nakład sił i środków. Fotografka cały rok się przygotowuje, żeby w jeden konkretny tydzień sierpnia razem z wykwalifikowanym przewodnikiem wybrać się w wysokie góry. Czeka na odpowiedni moment, bo w przeciwieństwie do alpinistów, którzy unikają szczelin, ona w nie wchodzi. Musi więc być na tyle ciepło, żeby w bryle lodu pojawiło się szerokie pęknięcie, ale nie na tyle, żeby woda zalała człowiekowi oczy i obiektyw. Freidorf z pasją opowiada o swoich wyprawach, niebezpieczeństwie, potrzebie adrenaliny i o lodowej symfonii.

Lodowiec bowiem, wbrew pozorom, żyje – porusza się, skrzypi, wydaje dźwięki i daje sygnały. Ostatnio głównie alarmowe. Dawni odkrywcy walczyli z żywiołami, żeby przywieźć relację z nieznanego świata. Dziś himalaiści i fotografowie ścigają się z czasem – zdobyć, zaliczyć, uwiecznić dla przyszłych pokoleń. Fotografowanie lodowców przestało być kontemplacyjną praktyką artystyczną, a stało się interwencją, jak zdjęcia strajków we Francji czy czeczeńskich uchodźców w Polsce. Uwiecznianiem zagrożonych gatunków. Spieszmy się, bo niedługo będzie za późno.

Ostatnie memento

Niestety podobny refren wybrzmiewa w relacjach spod powierzchni wody. Piotr Stoś, nurkujący fotograf, w wywiadzie dla Gazety Wyborczej Kraków opowiada, że na dnie oceanu też zdołaliśmy naśmiecić. Zanieczyszczamy je dźwiękiem (który przeszkadza rybom w tarle), ściekami (które podnoszą temperaturę i przyspieszają kwitnienie glonów) oraz turystycznym detrytusem, bo w głębinach morza „znajdziemy rzeczy, które wypadają z żaglówek, m.in. ręczniki, butelki czy telefony komórkowe, ale też sprzęt rybacki czy stare opony”. Innymi słowy jeszcze nie zdążyliśmy go w pełni poznać i zmapować, a już zostawiliśmy w oceanie Halikowskie „tu byłem”.

Właśnie dlatego himalaista, fotografka lodowców i fotograf podwodny apelują o zbiorowy wysiłek i codzienne drobne gesty, na zachętę pokazując przepiękne zdjęcia z Kilimandżaro, Karakorum i morskich głębin. Tu były lwy. A jeśli się nie postaramy, niedługo będzie tylko kałuża. Albo śmietnik.


W paryskiej Bibliotece Narodowej do 19 lipca 2026 roku trwa wystawa Cartes imaginaires, poświęcona kartografii krain prawdziwych i wyimaginowanych.

Dorota Malina

Dorota Malina

Anglistka z wykształcenia, frankofilka z powołania, tłumaczka literatury pięknej i książek kucharskich. Pochodzi z Krakowa, mieszka w Paryżu.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe