Co łączy Camille Claudel i Sylvię Plath?
Ilustracja: Alghozy
„Dzieła sztuki otacza nieskończona samotność; nic nie jest gorszym sposobem na zbliżenie się do nich niż krytyka. Tylko miłość potrafi je pojąć, utrzymać i oddać im sprawiedliwość” – pisał Rainer Maria Rilke w listach do młodych poetów. Czy samotność jest więc nieodzownym elementem twórczości? Czy artyści muszą być na nią skazani, by móc poświęcić się wymagającej muzie?
Skazane na samotność
Myślę o tym, patrząc na rzeźbę L’âge mûr (Wiek dojrzały) w paryskim Le musée d’Orsay. Klęcząca kobieta wysuwa dłonie w kierunku odwróconego mężczyzny. Alegoria upływu czasu i przemijania, ale też błaganie o miłość. Bijące z tego dzieła poczucie rozdzierającej samotności przypomina mi twórczość kobiety żyjącej w zupełnie innym czasie, miejscu, środowisku i zajmującej się nie rzeźbiarstwem, ale poezją. „Samotność […] Wypływa ona z nieokreślonego zakamarka własnego ja – niczym choroba krwi, rozlana po całym organizmie tak, że nie sposób wskazać jej źródła ani punktu, w którym nastąpiło zakażenie”, pisała w swoich dziennikach. Mimo ogromnych różnic spostrzegam łączące je podobieństwa. Dwa pragnienia, marzenia, potrzeby: poświęcenie się sztuce i poszukiwanie miłości. Odrzucenie, smutek, dystans.
Camille Claudel, XIX-wieczna rzeźbiarka francuska i Sylvia Plath, XX-wieczna poetka amerykańska.
Claudel i Rodin – miłość do sztuki
Claudel – pragnąca tworzyć, szukająca czułości oraz wsparcia. Całe życie zmagała się z matką, rodziną i społeczeństwem. Musiała walczyć o swą sztukę, o możliwość poświęcenia się rzeźbie – tak przecież wymagającej, trudnej zwłaszcza dla drobnej kobiety. Miała oparcie jedynie w ojcu oraz bracie, słynnym Paulu Claudelu, poecie i dramaturgu. Stali przy jej boku, pomagali, wierzyli w jej talent. Doceniali wysiłek i pracę.
Uczucie do Auguste’a Rodina wydawało się spełnieniem, dopełnieniem jej egzystencji. Związek artystów, pełen namiętności i pasji, stał się ich siłą napędową. Wzajemna miłość była tożsama z miłością do sztuki. Pracowali razem. Patrząc na prace rzeźbiarza, widzę dłonie Camille. Jak wiele jej samej jest w jego twórczości? Ona z pewnością zaklęła w rzeźbach całe swoje pożądanie, fascynację, najjaśniejsze światło i najciemniejszy mrok.


La Valse (Walc), kilka wersji, różne medium. Czuły taniec zakochanych. Złudna nadzieja na wieczne trwanie. Vertumne et Pomone (Sakomtala), tworzone kilkakrotnie przez dziewięć lat, inspirowane powracającym raz po raz Rodinem, klęczącym u jej boku. Dlaczego powracał, a ona wciąż czekała?
Rodin związany był z Rose Beuret, kobietą dużo starszą od Camille, w dodatku nierozumiejącą sztuki, dającą mu jednak poczucie stateczności, która w końcu została jego żoną i matką syna. Będąc w miłosnym trójkącie, Rodin wił się przez lata pomiędzy potrzebą spokojnego życia a burzliwym uczuciem do pokrewnej duszy.
Po prezentacji Sakomtali, w której wszyscy widzieli właśnie Augusta i Camille, brat Claudel napisał: „[…] duch jest istotą: mężczyzna na kolanach; jest czystym pożądaniem, jego twarz uniesiona, tęskniąca, ściskająca to, czego nie ośmiela się uchwycić, tę cudowną istotę, to święte ciało, które na jakimś wyższym poziomie zostało mu dane. […] Nie sposób wyobrazić sobie czegoś bardziej żarliwego i jednocześnie bardziej czystego”.
Artystka w szpitalu
A jednak została sama. Ukochany ojciec zmarł, Rodin odszedł. Zamknął się w paryskiej pracowni Hôtel Biron, dziś mieszczącej przepiękne Musée Rodin. Spędził tam ostanie dziewięć lat życia. Ona przeszła załamanie nerwowe. Wysłana przez matkę i brata do szpitalu dla psychicznie chorych, spędziła tam trzydzieści lat (mimo że lekarze kilkakrotnie namawiali rodzinę rzeźbiarki do wypisania pacjentki). Jej artystyczne życie brutalnie przerwano, a dusza została dwukrotnie zraniona: przez miłość i konwenanse społeczne. Nie poddała się sztywnym ramom obyczajowości, poprawności. Pragnęła więcej.
L’implorante (Błagająca), klęczącą, wyciągająca dłonie, cierpiąca. Claudel miała nadzieję, że spędzi z Rodinem wieczność, karmiona miłością i sztuką. Życie z artystą miało być próbą stworzenia rodziny pełnej miłości oraz sztuki. Straciła jednak dziecko, za chwilę straciła jego samego. Pozostała sama. Opuszczona przez wszystkich. Zmarła 19 października 1943 roku z powodu wycieńczenia i głodu. Brat przez trzydzieści lat odwiedził ją w szpitalu zaledwie siedem razy, matka nigdy. Rodin walczył o dzieła Camille, o jej pamięć, godność, jednak i on nigdy do niej nie pojechał. Pochowano ją w bezimiennym grobie, który czekał prawie dwadzieścia lat na podpis.
Czy takie było jej przeznaczenie?
Smutek egzystencji
Sylvia Plath należy do kobiet, które ukształtowały amerykańską literaturę. Jej twórczość, przepełniona smutkiem oraz samotnością, stanowi przejmującą narrację. Ukazuje kobietę walczącą o swoje pragnienia, marzenia, sztukę oraz miłość.

Młodość zapowiadała się wspaniale: talent, nadzieja, kochający rodzice. Niezależna, zdolna, wrażliwa. Zaczęła pisać wiersze już jako dziecko. Straciła ojca mając zaledwie osiem lat. I być może właśnie to zdarzenie było źródłem rozwijającej się w późniejszych latach depresji.
„…Gdziekolwiek bym się znalazła – na pokładzie statku czy przy stoliku paryskiej kawiarni – to i tak w gruncie rzeczy tkwiłabym tylko pod szklanym kloszem własnej udręki, pławiąc się we własnym skisłym sosie” – pisała.
Opublikowana już po śmierci autorki książka pokazuje trudną, niezrozumiałą dla większości egzystencję osoby, która nie potrafi odnaleźć się w codzienności. Co mogło dać jej ukojenie? Miłość.
Smutek zdrady
Rodzina, którą szybko założyła, miała być wybawieniem, sposobem na wymazanie dystansu, jaki dzielił ją od codzienności. Pisała przejmujące wiersze, podróżowała z mężem, wykładała literaturę w Northampton. Z pozoru wszystko wydawało się idealne. Dwóch twórców, dziecko, znajomi. Gorące uczucie. Jednak tuż za rogiem czekała już rozpacz, melancholia, smutek zdrady. Ukochany – poeta Ted Hugh – nie spełnił się ani w roli ojca, ani męża. Uciekał w ramiona innych kobiet. Zdradzał zarówno ją – kobietę, jak i ją – poetkę.
Głowa w kuchence
Sylvia doskonale wiedziała, czym jest szpital psychiatryczny, jej kilkakrotne próby samobójcze kończyły się pobytami w klinikach. Nie przynosiły jednak ukojenia. „Umieranie jest sztuką tak jak wszystko. Jestem w niej mistrzem” – pisała w wierszu Lazarus. Walka o siebie nie mogła trwać wiecznie. W końcu nadszedł dzień, w którym samotność stała się nie do zniesienia. Dystans świata nie do zaakceptowania. „Cis przesyła mi ciemność – ciemność i milczenie” (Księżyc i cis). 11 lutego 1963 roku w londyńskim domu przygotowała scenografię, niczym ostatni wiersz. Naszykowała dzieciom śniadanie (3-letnia córka i roczny syn), zamknęła ich w pokoju. Poszła do kuchni. Drzwi obłożyła ręcznikami i kocami. Usiadła przed piecykiem gazowym. Włożyła do niego głowę i włączyła gaz.
Czy takie było jej przeznaczenie?
Twórczość wymaga samotności. Rodzi zagubienie – próbując pogodzić pragnienia serca i duszy, moje bohaterki tworzą wokół siebie dystans. Inaczej nie mogą, nie umieją, nie chcą? A może to świat nie daje im szansy? Twórczość jest najbardziej wymagającą formą miłości – zdają się mówić. Ale czy naprawdę nie sposób pogodzić jej z miłością do drugiego człowieka?
