Dolina alpejska w Austrii, centrum Madrytu i zachodnia Słowacja
Opisywane miejsca (nie-miejsca) są subiektywnym wyborem redakcji i nie jest to materiałe reklamowy, chyba że zaznaczono inaczej.
Tröpolach, Austria
Położona w austriackiej Karyntii wieś Tröpolach jest typową górską miejscowością – kilka ulic i parędziesiąt schludnych budynków rozsianych na dnie alpejskiej doliny. Pośród nich przysiadł jednak potężny budynek Falkensteiner Hotel & SPA Cariznia, rozpisany na planie nieco kanciastego półksiężyca, obłożony drewnem i kryjący 140 pokoi. Mimo że wpasował się w otoczenie, jest tu trochę jak statek kosmiczny przemierzający galaktykę i nocując w nim, można poczuć się niczym gwiezdny podróżnik – obiekt stanowi w zasadzie samowystarczalny, odrębny świat.
Przecinając długie korytarze któregoś z trzech pięter hotelu, będące półotwartymi galeryjkami otoczonymi pionowymi belkami drewna i prześwietlonymi światłem wpadającym przez przeszklony sufit, można dotrzeć do restauracji serwującej obfite śniadania i wymyślne kolacje, strefy wellness z zewnętrzno-wewnętrznym basenem, lobby przyjaznego dla psów czy kotów oraz do pokoju gier. Korytarze są długie, mają trochę zakrętów i na dobrą sprawę dałoby się nigdy nie opuszczać. W końcu jednak dociera się do pomieszczenia z rowerami i nartami do wypożyczenia i to jest to miejsce, z którego – niczym przekraczając śluzę kosmicznego statku – można wypuścić się na zewnątrz, do Tröpolach lub dalej, wprost w dolinę i szczyty.
Eksploracja uliczek Tröpolach rodzi szybko pytanie: gdzie są wszyscy ludzie? Poza zimowym sezonem nie sposób tu kogoś spotkać, choć nie brakuje śladów bytności przedstawicieli odwiedzanej cywilizacji. Wprost z chodnika można wejść do obory pełnej muczących krów, na podwórkach domów stoją ciągniki i maszyny rolnicze, a na zadziwiająco wysokich jabłoniach wiszą kolorowe kule owoców (jeżeli jest akurat jesień). Nie widać jednak nikogo i zaczynasz podejrzewać, że tubylcy, z nie do końca znanych powodów, chowają się przed przybyszami. Wiele wskazuje na to, że zależy im, by wizyty gości nie wpływały na codzienne życie. Najważniejsze, niezależnie od ewentualnych profitów płynących ze spotkania z przybyszami, pozostaje rolnictwo, pasterstwo i niedzielna msza w kamiennym kościele ze spiczastym zwieńczeniem wieży.
Okolica zachęca, by oddalić się od naszego hotelu-statku na nieco dłuższe wycieczki (piesze i rowerowe trasy są oznaczone, a startująca przy Falkensteinerze gondola otwiera dostęp do ponad stukilometrowej sieci tras narciarskich), pod koniec dnia jednak dokuje się znów w swojej bazie, by dalej płynąć przez spowitą w nocnym mroku przestrzeń. To czas, by zrzucić kombinezon astronauty (który być może będzie przepoconym t-shirtem) i z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku sięgnąć po szklankę negroni oraz oddać się grze w bilard lub suwaniu stalowych krążków po stole do shuffleboarda, co okazuje się zajęciem pozwalającym zapomnieć o całym świecie.
Falkensteiner Hotel & SPA Cariznia, Tröpolach 156, ceny od ok. 180 euro za dobę.
Madryt, Hiszpania
To miejsce ma wiele zalet, ale największą zdaje się być obszerny hol z wygodnymi fotelami i stolikami o marmurowych blatach, do którego należy zejść (ignorując windę) po szerokich schodach otoczonych barierką z kutego żelaza (niestety obstawionych rzędem dość szkaradnych sztucznych kwiatów). Przestrzeń jest oblana miękkim madryckim światłem sączącym się przez witrażowy świetlik dwa piętra wyżej. W tym zadziwiająco cichym holu pozostawiono do dyspozycji gości szklane dzbany z wodą, którą można sobie nalać, by później opaść na jeden z tych foteli i przed wyjściem na miasto przejrzeć mapy, przewodniki i notatki, pozwalające przekuć następne godziny w namacalny konkret – niezależnie od tego, czy wybierasz się do pobliskiego Parku Retiro, muzeum Prado czy po prostu na śniadanie.
Ten moment ma w sobie wszystkie atuty wakacyjnego czasu – rozleniwienie po przyjemnej nocy, narastające poczucie głodu i świadomość, że ma się przed sobą mnóstwo godzin do spożytkowania w dowolny sposób. Należy te chwile docenić, podobnie, jak cichą, ale życzliwą obecność mężczyzny w garniturze, ze słuchawką w uchu, który zawsze czai się gdzieś w pobliżu schodów, czuwając nad spokojem tego mającego 101 lat hotelu (który miał jednak dwudziestoletnią przerwę w działalności). Po kilku dniach kiwacie sobie już dyskretnie głowami na powitanie i zaczynasz się trochę niepokoić, czemu człowiek ten stoi tu zawsze – czyżby pracował całą dobę?
Podobno Hotel Nacional był jednym z ważniejszych miejsc spotkań przedstawicieli hiszpańskiej sceny literackiej, dziś jest to już jednak odległą historią. Kolumny jońskie podpierające hol oraz stoliki próbują jednak podtrzymać powagę miejsca i wspomnienie tamtych czasów.
Odnowione pokoje mają wszystko, czego potrzeba, ale nic więcej, co pozwoliłoby zapamiętać je na dłużej, jest jednak szansa, że zapadnie ci w pamięć widok Hiszpanów rozsiadających się w niedzielny poranek na murze płotu Ogrodu Botanicznego, który masz dokładnie naprzeciwko okna. Ich liczna obecność skłoni cię do podejrzeń, że czekają na jakieś wydarzenie – może paradę po alei Prado? – ale te domysły okażą się błędne i pozostajesz z niepokojącym egzystencjalnym pytaniem, czemu wybierają oni niemal środek ulicy na niedzielny odpoczynek, skoro Madryt ma tyle atrakcyjnych miejsc do zaoferowania?
NH Madrid Nacional, Paseo del Prado 48, Madryt, Hiszpania, ceny od ok. 200 euro za dobę.
Pezinok, Słowacja
Jeżeli wykażesz dość uporu lub będziesz miał po prostu trochę szczęścia, możesz namówić któregoś z pracowników tego hotelu mieszczącego się w XIII-wiecznym zamku (a dziś już chyba bardziej pałacu), by zabrał cię na (nie oszukujmy się, raczej dość pospieszny) spacer po pokojach, które oddano nie gościom, lecz sztuce. Właściciel, Štefan Šimák, były właściciel wydawnictwa 7 Plus, przeznaczył część majątku na stworzenie w odnowionym budynku galerii portretów, ceramiki i porcelany (znalazł nawet miejsce na kącik motoryzacyjny), czyli na przestrzeń zupełnie zbędną z ekonomicznego punktu widzenia. Nie sposób tego nie docenić, nawet jeżeli widok poważnych panów w perukach spoglądających z ram obrazów staje się nieco zbyt nachalny. Jeżeli szukasz czegoś nowszego, dwa duże pomieszczenia kryją sporo współczesnych dzieł, głównie ze szkła.
Zaraz za zamkiem ciągnie się pokaźny ogród pełen wiekowych drzew, do którego jednak prawdopodobnie nie dotrzesz, jeżeli przyjechałeś tu tylko na jedną noc. Wieczorem będziesz bowiem oglądać te wszystkie dzieła sztuki oraz winnicę ulokowaną w piwnicach, a rano przepadniesz na długie kwadranse w obszernej jadalni, gdzie staniesz przed wyzwaniem, jak zmieścić w sobie te wszystkie smakołyki i nie wyjść przy tym na niewychowanego obżartucha.
Chyba że próbujesz akurat jakoś dojść do ładu po nieprzespanej nocy. Być może spędziliście ją bowiem na dziedzińcu zamku, przy ustawionym na bruku stoliku, do którego trafiliście już po zamknięciu hotelowej restauracji, prowadzeni przez życzliwego barmana, który zostawił wam też kilka butelek wyśmienitego słowackiego rieslinga.
Otoczony murami budynku, chroniony od wiatru, mogłeś więc spędzić sporo czasu na toczeniu przy tym stoliku rozmów, by dopiero po dłuższym czasie zorientować się, że konstrukcja dziedzińca działa niczym studnia i potęguje każdy dźwięk i wypowiedziane słowo. A to oznacza, że ci próbujący spać w licznych pokojach mających okna na tę stronę budynku, musieli przed snem wysłuchać wszystkich tematów, które zdołaliście poruszyć.
Być może to zresztą właśnie ty byłeś jedną z tych osób, i mruczałeś przekleństwa pod nosem – tak, czy owak, niezależnie po której stronie okna przyszło ci się znaleźć, prawdopodobnie jesteś teraz trochę zmarnowany, co próbujesz zatuszować na śniadaniu kolejnymi porcjami wlewanej w siebie kofeiny. A to wymaga na tyle dużo czasu i wysiłku, że prawdopodobnie nie zdążysz dotrzeć już do tego cudownego parku i pozostanie ci pogodzić się ze świadomością, że w życiu nigdy nie dostaje się wszystkiego, czego zapragniemy.

