Patrzę na fotografie sprzed lat i coraz trudniej mi uwierzyć, że człowiek ze zdjęć to ja. Pamiętam jego życie i podróże, ale mam wrażenie, jakbym obserwował kogoś obcego. Być może właśnie tak działa czas: nie zabiera nam przeszłości, lecz powoli odbiera do niej dostęp
Stoję oparty o samochód. Bez koszulki, brązowy od słońca, z przydługimi, dawno niestrzyżonymi włosami i okularami przeciwsłonecznymi, które wydają się dziś tak niemodne, że zaczynają znów wyglądać atrakcyjnie. Jestem gdzieś w centralnej Hiszpanii. Opieram rękę o turkusową maskę fiata cinquecento, kanciastego pudełeczka o podwójnie cynkowanych blachach, które dzięki temu nigdy nie rdzewiało, napędzanego mikrym silnikiem dość odpornym na awarie, ale mającym spore problemy z wydźwignięciem obładowanego autka na co bardziej strome podjazdy. To mój pierwszy, może drugi wyjazd do Hiszpanii, zamieniony w długie letnie miesiące plątania się bez większego celu po całym kraju.
To zdjęcie ma jakieś ćwierć wieku, zostało zrobione na początku lat dwutysięcznych, jeszcze na kliszy, a nie cyfrowej matrycy, co można rozpoznać po lekko chropowatej fakturze detali.
Niewątpliwie byłem wówczas młody. Dość dobrze pamiętam tamten wyjazd, a nawet moment wykonania tej fotografii.
Jednak dystans dzielący mnie od osoby na zdjęciu jest tak duży, że nie jestem pewien, czy rzeczywiście przedstawia mnie samego. I nie mam tu na myśli prostej opozycji między młodością a dojrzałością. Istotny jest sam upływ czasu, wymazujący tożsamość. Czy ja i ten nieco tyczkowaty chłopak o zgiętej sylwetce typowej dla młodych mężczyzn jesteśmy tymi samymi osobami? Czy łączy nas coś więcej niż mgliste wspomnienie odległych zdarzeń?
Patrzę na tamtego siebie jak na dość bliską, ale jednak odrębną osobę. Jakby te wspomnienia nie były do końca moje, choć przecież wiem, że są wyłącznie moje i znikną z moją śmiercią, zostawiając co najwyżej jakiś efemeryczny ślad w paru opublikowanych tekstach, takich jak ten.
Czasem budzę się nad ranem z obrazami w głowie, które przewijają się niczym film. Zakręty dróg, drzewa, parkingi przy autostradzie, przecięte popołudniowymi smugami światła pokoje hotelowe, skrzące się iskrami morze, duszne wnętrza namiotów, sady oliwne, w których drzemałem w letnim upale. Nie da się już z nich skompilować żadnej opowieści. Są tylko rozrzuconymi kadrami, których nie tylko nie potrafię przyporządkować do miejsca i czasu, ale które tkwią za zasłoną trzymającą mnie od nich na dystans. Nie wiem do końca, czy to ślady mojej przeszłości i mojego życia. Patrzę na te wspomnienia, jakbym niekoniecznie był ich częścią.
W większości to życie wygląda na dobre. Ale czy to nie są historie o innym człowieku?
Czy ja, opierający się o włoskie autko gdzieś pośród hiszpańskiego płaskowyżu, to jestem rzeczywiście ja? Tamta postać sprzed lat żyła w innej przestrzeni i miała zupełnie odmienny zbiór doświadczeń.
Czy możemy więc myśleć o sobie w dzieciństwie i młodości jako o nas samych? W jakim sensie ludzik stawiający pierwsze kroki na podłodze mieszkania, z lękiem idący do przedszkola, upajający się dymem papierosa palonego za murem szkolnej sali gimnastycznej, przeżywający pierwszy orgazm, pierwszy raz stojący przed rzędami winorośli na zboczu jakiejś francuskiej wsi, jest dzisiejszymi nami? A skoro jest i nie jest równocześnie, bo przecież fizycznie wiemy, że byliśmy to my (i są na to dowody, zdjęcia lub filmy zaświadczające prawdę), ale mentalnie nie jesteśmy w stanie wrócić do przeszłości, to gdzie przebiega granica naszej tożsamości?
Ja z wczoraj to zapewne jeszcze ja dzisiejszy. Ja sprzed trzech miesięcy? Prawdopodobnie też. Ale sprzed trzech lat? Pięciu? Po jakim czasie to, co przeżyliśmy, przestaje do nas należeć? A może nigdy nie należało?
Profesor Barbara Szacka, socjolożka zajmująca się problematyką pamięci, uważała, że teraźniejszość ma wpływ na to, jak postrzegamy przeszłość.
Nasza obecna wiedza i odczucia tworzą obraz przywoływanych w pamięci zdarzeń. Za każdym razem własne doświadczenia odczytujemy w nieco inny sposób, przerabiając je w nieskończoność. Rozważając to, co minione, w większym stopniu mówimy więc o tym, kim i jak się czujemy obecnie, niż o tym, co było kiedyś. Przeszłość interpretujemy w kontekście teraźniejszości.
Być może inaczej nie potrafimy. Nasze mózgi prawdopodobnie zapisują wszystkie informacje, jakie do nich docierają, ale uniemożliwiają nam do tych danych dostęp. Pamiętając o wszystkim, nie moglibyśmy funkcjonować. Ta bariera skazuje nas na tworzenie od nowa własnych wspomnień. Mamy jedynie wytyczoną drogę – przebłysk z przeszłości lub zdjęcie, na którym z trudem się rozpoznajemy – ale nic ponad to. Resztę musimy za każdym razem stworzyć od początku, niemal od zera. I często efekt tych działań nie ma wiele wspólnego z rzeczywistymi zdarzeniami historycznymi (stąd zresztą udokumentowane przypadki wspomnień z sytuacji, których nie było się świadkiem).
Jesteśmy zanurzeni w paradoksie: tożsamość tworzymy na podstawie własnej pamięci, ale ta nas zawodzi, oddzielając nas od samych siebie z przeszłości i sprawiając, że coraz trudniej rozpoznać nam w nich własne „ja”.
Budujemy więc swój wizerunek na podstawie wspomnień, ale te nie tworzą spójnego, niezmiennego obrazu. Pamięć nakłada więc kolejne i kolejne warstwy, aż przestajemy rozpoznawać się w osobie, którą uważamy za nas samych. Patrzymy na siebie sprzed dziesięciu lat i zadajemy sobie pytanie: „Czy to rzeczywiście byłem ja? Przecież jestem już zupełnie innym człowiekiem!”. Dystans między „mną teraz” i „mną wtedy” staje się zbyt duży, by te dwa punkty dało się jakoś zgrabnie połączyć.
W jakimś sensie każdego dnia rodzimy się więc od nowa. Nas z wczoraj już nie ma. Im więcej czasu upływa, tym bardziej stajemy się rozmyci, niepewni, krusi, tym bardziej znika istota naszego bytu. Patrzymy z nostalgią na pożółkłe zdjęcia, wspominamy wyjazdy i odległe podróże, przywołujemy zdarzenia, ale w którymś momencie zdajemy sobie sprawę, że w rzeczywistości rozprawiamy o życiu kogoś innego. Kogoś, kogo dobrze znamy, kogo życiem się interesujemy, ale do kogo nie potrafimy już dotrzeć. Możemy tylko starać się go zrozumieć, pokiwać głową z politowaniem lub życzliwym uśmiechem, niczym zewnętrzny obserwator.
Jest to równie przerażające, co fascynujące.
Całe nasze istnienie sprowadzone zostaje do kilku chwil, które dzieją się teraz, niemal wszystko inne znika, a to oczywiście staje się źródłem lęku. Ale też poczucia wolności, gdyż nieistnienie nie ma w sobie ograniczeń.
Zadziwiające jest, że wyruszamy w te wszystkie podróże między innymi po to, by stać się flanerami. Podglądaczami cudzych żyć, obserwatorami świata, który jest inny od naszego. Ta zmiana punktu widzenia ma nam przynieść wiedzę, przełamanie nudy i rutyny, sprawić, że życie stanie się głębsze i bardziej ekscytujące. Mija jednak kilka lat – a czasem może nawet tylko miesięcy – i niechybnie stajemy się obserwatorami własnego życia, które oglądane z zewnątrz przestaje być już naszym życiem, a my sami stajemy się bohaterami jakiejś opowieści, z którą nie potrafimy się do końca utożsamić.
Czyż między innymi nie o tym jest homerycka opowieść o Odyseuszu, o której niedawno, za sprawą filmu Christophera Nolana, mówili niemal wszyscy?
Gdy Odyseusz wraca do domu, nikt go nie poznaje, łącznie z żoną Penelopą, która, jak pisze w swoim tekście w „New Yorkerze” Daniel Mendelsohn, nie była skłonna wierzyć, że ten nieznajomy, który zaledwie kilka chwil wcześniej wydawał się starszym, zgrzybiałym żebrakiem, to tak naprawdę ten sam mężczyzna, którego pożegnała tak dawno temu. Chociaż w końcu jej to udowadnia (korzystając ze starożytnego odpowiednika tajnego hasła), niepokojąca pozostaje kwestia: Jak mógł być tą samą osobą po dwóch dekadach zmieniających jego życie doświadczeń i cierpień. Paradoks ten ożywia niektóre z najgłębszych pytań, jakie stawia to starożytne dzieło (…). Czym jest tożsamość? Jaka jest różnica pomiędzy naszą wewnętrzną i zewnętrzną jaźnią (…). Jak to się dzieje, że zawsze czujemy się sobą, nawet jeśli wiemy, że zmieniamy się w czasie, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie?
Czy więc jestem tamtym chłopakiem ze zdjęcia z Hiszpanii?
Czy to ja napisałem setki artykułów i kilka książek? I czy to ja byłem w tych wszystkich miejscach, o których przypominają mi fotografie i wspomnienia? Fizycznie tak. Jednak nie potrafię już uznać się za bohatera tych wszystkich zdarzeń, przypadły one w udziale komuś, kogo już nie znam. Choć bez wątpienia jego życie, niczym bohatera powieści, mogło wpłynąć na moje i sprawić, że wygląda ono obecnie tak, a nie inaczej.
Richard Flanagan w „Pytaniu numer siedem” pisze: moja opowieść jest sprawozdaniem pamięci, nie faktów, bo nie poznajemy siebie samych przez fakty, stajemy się tylko pamięcią – ze wszystkimi jej sztuczkami, unikami, przemilczeniami, wymysłami, nieuniknionymi pytaniami.
Pozostaje więc chyba tylko wyruszyć w nową podróż, napisać nowy tekst, znów przytulić ukochaną osobę, zbudować kolejną własną tożsamość, wiedząc, że to trud daremny i że za moment się ona znów rozsypie, zostawiając nas z ciągiem powidoków z życia osoby, którą być może kiedyś byliśmy, ale już nie jesteśmy. Pozostaje z uporem trwać w „teraz”, nie myśląc o historii, dziedzictwie, o tym, co było dobre i złe i tkać dalej to swoje życie, wiedząc jednak, że nic w nim nie jest epokowe, nic nie ma jakiegoś wyjątkowego znaczenia. Jest tylko ciągiem przyjemnych i nieprzyjemnych zdarzeń, które są istotne wtedy, gdy się dzieją, by po chwili stać się historią obserwowaną z boku.