Najpierw jest kurz. Potem upał, kolczasty las i droga, która nagle się kończy. Na południowym zachodzie Madagaskaru spotykam ludzi, których życie wciąż wyznaczają rytmy starsze niż współczesne państwo
Fot. Claudio Sieber
Lot z Filipin na Madagaskar przypomina o dystansie dzielącym afrykańską wyspę od reszty świata. Po drodze ekran pokładowy rozświetla się plamą Oceanu Indyjskiego, który austronezyjscy odkrywcy przebyli jakieś 1500-2000 lat temu w poszukiwaniu źródeł pożywienia. Ta epicka podróż prawdopodobnie trwała kilka miesięcy, a niektórzy badacze sugerują, że ludzie ci płynęli za żółwiami morskimi wracającymi do miejsca gniazdowania po osiągnięciu dojrzałości. Dzisiaj tę samą podróż odbywamy w dziewięć godzin.
Toliara. Brama do południowo-zachodniego Madagaskaru
Moim celem jest południowy zachód Madagaskaru – twierdza plemion i ludów półkoczowniczych. Przesiadając się w Antananarywie, tętniącej życiem stolicy Madagaskaru, dolatuję do Toliary. Na lotnisku wita mnie Goff, 35-letni były łowca rekinów, który zajął się ochroną przyrody, fotograf i operator kamery, pełen energii, która szybko mi się udziela.
Naszym pierwszym przystankiem jest rynek, na którym kupujemy najpotrzebniejsze artykuły: ryż, fasolę, maty do spania, moskitiery (malaria to poważny problem), owoce, galony wody i przyprawy. Goff zarządza naszym ruchem niczym dyrygent symfonii. Zna każdy zakątek targu i chyba każdego w mieście. Uściski dłoni, negocjacje i pogawędki niemal nie gasną – najczęściej z rodziną, mówi mi.
To jego pierwszy tutaj pobyt od trzech lat. Pandemia zatrzymała go na wyspie Nosy Be, a później cyklon opóźnił powrót do rodzinnego miasta Andavadoaka.
Naszą ekipę uzupełnia Fidy, członek plemienia Mezo, który podczas dwutygodniowej podróży będzie mechanikiem, kierowcą i asystentem. Wnosi zupełnie nowy poziom energii, między innymi dzięki wyjątkowemu gustowi muzycznemu. Odtwarzacz video w jego Toyocie 4×4 zalewa nas potokiem rytmicznych utworów Vezo, Masikoro i Tandroy – głównie dzieciaki, mnóstwo trzęsących się tyłków, imprez przy basenie i modnych fryzur.
Robimy zapasy, kupujemy prezenty na pobyt u plemienia Mikea. Ich prośba? Lokalny tytoń, wyjątkowo mocny. Bierzemy także bagietki, przysmak dostępny tylko w miastach, symbolizujący więź pomiędzy ich i naszym światem.
Mój dyplom to moja głowa
Jadąc na zachód, widzimy na horyzoncie przebłyski Kanału Mozambickiego – cieśniny między Madagaskarem a afrykańskim kontynentem. Ten pas wody jest źródłem życia ludu Vezo. Świetnie utrzymaną drogę otacza rząd lepianek i przechadzające się stada bydła zebu. Kobiety niosące kosze na głowach, kozy, krowy przecinające ulicę – mam wrażenie, że patrzę na sceny przeniesione z innych czasów. Zaradność jest tu zadziwiająca: wozy ciągnięte przez zebu są tak przeładowane sianem, że nie widać woźnicy, przez co można odnieść wrażenie, że pojazd działa na autopilocie.

Około czternastej robi się gorąco, prawie nie do zniesienia. Klimatyzacja w samochodzie przestała działać pięć minut po naszym ruszeniu. Fidy podaje mi chusteczki do wytarcia potu, ale nawet on wie, że to daremne. Rozmawiamy o naszej przeszłości. Goff nie ukrywa, że zakończył edukację zaraz po opuszczeniu szkoły podstawowej.
– Mój dyplom to moja głowa, moje ręce i ramiona – mówi z dumą. Uważa, że życie na ulicy przyniosło mu więcej korzyści niż szkoła.
Tête-à-tête z ostatnimi zbieraczami Madagaskaru. Podróż do Bedo
Po czterech-pięciu godzinach jazdy droga nagle się kończy. Dalej idzie bezimienna, nieoznakowana ścieżka, która ma więcej dziur niż nawierzchni. Wytrząsający wszystkie kości, rollercoasterowy teren prowadzi nas do Voreha, gdzie zabieramy wiceprezydenta wioski, Andrię Tsafarę, czyli „Mandeha”. Naszym celem jest wioska Bedo, podlegająca jurysdykcji Vorehy. Mandeh osobiście przedstawi nam ostatnich zbieraczy Madagaskaru: ludzi Mikea. Mężczyzna sprawia wrażenie polityka wysłanego do nadzorowania nieistotnego skrawka ziemi – jest spokojny, opanowany i sympatyczny.
Dołącza do nas „Zaky”, czerwonooki, podchmielony strażnik parku w czapce z napisem „FBI”. Jest tu, by upewnić się, że mamy pozwolenie na wjazd do Parku Narodowego Madagaskaru (MNP). Od dziesięcioleci susza na południu wyspy zmusza członków plemienia Tandroy do migrowania na północ, gdzie zajmują się rolnictwem, które wymaga nieustannego karczowania kolejnych areałów. Aby złagodzić szkody, MNP eksmitował wszystkich z parku, w tym ponad 3 tysiące Mikea, którzy teraz żyją na obrzeżach lasu. To dziwna sytuacja – wciąż mogą w nim polować, ale nie wolno im już osiedlać się na ziemi, która przez wieki była ich domem. Wymuszona przeprowadzka nie zmieniła jednak sposobu życia. Nadal funkcjonują po swojemu, bez ustalonej hierarchii – bez rzecznika czy wodza – kierując się raczej indywidualnymi potrzebami, a nie kolektywnym przywództwem. Przez Malgaszy często postrzegani są jako outsiderzy, niezbyt godni zaufania dziwacy funkcjonujący poza systemem.
Zapomnij o prysznicu
W Bedo wita nas ciepło starszy wioski, Ramene i jego rodzina. Z dowodu osobistego wynika, że ma 74 lata, choć przyznaje, że ta data jest raczej domysłem, jedną z możliwych opcji. Rodzina Ramene należy do jednego z pięciu tutejszych klanów rozproszonych po mniej więcej dziesięciu chatach z trawy.
Zanim uzyskamy pozwolenie na pozostanie w wiosce, musimy złożyć duchową ofiarę. Ramene prowadzi nas do świętego baobabu Mahavelo i oblewa potężne korzenie rumem. Drzewo od pokoleń jest przedmiotem czci, opiekunem małżeństw, patronem narodzin i sukcesu. To „strażnik życia”. Złożenie ofiary zapewni nam ochronę. Powietrze jest gęste od zapachu suszonej trawy, palonego drewna i kurzu. Ostatnie złote promienie oświetlają piasek, pył okrywa wszystkich i wszystko niczym niewzruszona zasłona. Bez źródeł wody w pobliżu, Mikea biorą prysznic tylko wtedy, gdy pada deszcz – czasami trzeba czekać miesiącami.
– Nie pamiętam mojej ostatniej kąpieli – śmieje się Ramene.
Opowiada historię początków ludu Mikea.
– Dawno temu, przed kolonizacją, kiedy królowie rządzili regionami Madagaskaru, nasi przodkowie uciekli do lasu, aby skryć się przed złymi decyzjami władców. Nigdy nie wrócili, zamiast tego żyli w ukryciu przez kolejne pokolenia. Malgaskie słowo „mikea” oznacza „ukryci” lub „ci, którzy żyją w tajemnicy”.
– Zasadniczo kontynuujemy ich dziedzictwo – dodaje. – Czcimy las i święty baobab. Każdego dnia żyjemy tak, jak czynili to nasi dziadkowie i pradziadkowie.
Słuchając go, myślę o kontraście między światem Mikea a moim. Bliskość natury kształtuje ich codzienne życie i to ona decyduje o przetrwaniu.
– Polegamy wyłącznie na tym, co daje nam las – opowiada Ramene. – Nie ma tu wielu źródeł wody, więc korzystamy z bogatych w wilgoć korzeni babo. Rano szukamy bulw ovy, naszego głównego źródła węglowodanów, a na obiad jemy to, co znajdziemy popołudniu.
Ramene mówi o niezwykle prostym, ale efektywnym rytmie dnia.
– Po prostu wstajemy ze słońcem i zaczynamy szukać pożywienia. Później zbieramy się i dzielimy posiłkiem, każdego dnia robiąc to samo.
Pogoń za posiłkiem
Zbliża się godzina piąta, światło zaczyna rzucać złocisty blask na wioskę Bedo. Częstuję mieszkańców kawą. Nawet dzieci chętnie próbują. Ramene popija napar i komentuje, że czuje się po nim zaskakująco trzeźwy i gotowy na całodzienną pracę.



Będziemy towarzyszyć mu w poszukiwaniu babo. Tutejsza codzienność w dużej mierze polega na ciągłej pogoń za kolejnym posiłkiem. Dostępne źródła białka są równie zróżnicowane, co trudne do przechowywania – nie ma tu lodówek ani chłodziarek. Cokolwiek chodzi, pełza lub lata, może stać się zwierzyną łowną, chociaż preferowane są mniejsze ptaki i lemury. Cennym znaleziskiem jest też miód. W porze suchej polowanie jest tak trudne, że może wymagać spędzenia w lesie nawet tygodnia. To wymagające życie. Przejście na rolnictwo, podobnie jak w przypadku ich sąsiadów Masikoro, wydaje się nieuniknione.
Obecnie Mikea uprawiają rośliny strączkowe, głównie fasolę, ale tylko przez trzy miesiące w roku, na co dzień korzystając przede wszystkim z tego, co zapewnia las i sawanna. Wszelkie nadwyżki są sprzedawane w Voreha, a pieniądze wymieniane na podstawowe produkty, takie jak ryż.
Korzenie życia
Spędzamy godziny z Ramene, kopiąc korzenie. Patrząc, jak trudzi się w palącym słońcu, czuję podziw i współczucie równocześnie. Pot się leje. Każda roślina wydaje się być uzbrojona w ciernie, Goff i ja jesteśmy podrapani i poobijani. Kiedy wracamy, żona naszego gospodarza, Vokone, wita nas wiadrem moky, włóknistego korzenia, który zebrała z dziećmi. Po obraniu bulwy gotuje się w wodzie z korzenia babo. Zdolność Mikea do przetrwania przy tak minimalnej ilości wody jest zdumiewająca.

Po południu odwiedzamy rynek w Voreha.
– Kiedy zmuszono nad do opuszczenia lasu, musieliśmy nauczyć się używać pieniędzy – podkreśla Ramene. – Nie rozumieliśmy ich wartości, tego że kawałki papieru mogą być wymieniane na tak wiele rzeczy. Nadal nie potrafimy wykonywać żadnego zawodu, więc, by przetrwać zajmujemy się zbieractwem i polowaniem. Ale martwię się o nasze dzieci, co zrobią, gdy stracimy całkowicie dostęp do lasu.
W drodze powrotnej mijamy studnię. Niektórzy mieszkańcy wsi z Bedo korzystają z okazji, aby napełnić kanistry, wiedząc, że mogą załadować je do naszego jeepa, zamiast nieść je dziesięć kilometrów do domu. Chcąc uchwycić tę scenę, wypuszczam nad studnię drona. Reakcja jest natychmiastowa i chaotyczna – ludzie rozpraszają się, myśląc, że zostali zaatakowani. To zarówno zabawne, jak i poniżające; przypomnienie, jak technologia może wydawać się obca. Później Goff i ja podążamy za Ramene i jego żoną, którzy pracują ramię w ramię zbierając moky, aż słońce chowa się za horyzontem, a cisza spowija sawannę.
Pożegnanie z Mikea
Następnego poranka opuszczamy Bedo. W drodze Goff objaśnia geografię regionu. Las stanowi naturalną granicę oddzielającą terytoria Mikea i Vezo. Vezo zamieszkują linię brzegową, a teren Masikoro obejmuje zarówno wybrzeże, jak i krawędzie Kolczastego Lasu. Mikea żyją dalej w głąb lądu, na czerwonej ziemi, czyli Tanimena.
Zatrzymujemy się przy baobabach, drzewach, które Masikoro nauczyli się wykorzystywać na różne sposoby. Liście zapewniają paszę dla zebu, by je zebrać, wystarczy wbić w pień drewniane kołki i wspiąć się po nich ku konarom. Niektórzy używają kory jako pokrycia dachowego domów. Goff wspomina też o nasionach baobabu.
– Robią z nich niesamowite desery, niewiele jest tam co prawda do jedzenia, ale smakują doskonale – mówi. – Nasiona można kupić na targowiskach i przyrządzić z nich lody, soki lub, po utłuczeniu i ugotowaniu, zrobić na ich bazie kosmetyki do włosów.
Po ośmiu długich godzinach docieramy do Andavadoaka, rodzinnego miasta Goffa. „Andava” pogrąża się w ciemności każdego wieczora o godzinie 21 z powodu planowych przerw w dostawie prądu.
– Witamy na Madagaskarze – Goff rzuca z ironicznym uśmieszkiem, jakby mogło to zrekompensować wszystkie wyzwania, jakie rzuca ta wyspa.
Prąd będzie jeszcze przez godzinę, więc zanim zasnę w kałuży własnego potu, gramolę się, by wykorzystać ten czas jak najlepiej – ładując akumulatory i biorąc prysznic, podczas którego spłukuję warstwy czerwonej ziemi będącej pamiątką z krainy Mikea. Goff spotyka się z rodziną, podczas gdy ja wędruję samotnie po słabo oświetlonej wiosce. Mijam kilku miejscowych oświetlających sobie drogę pochodniami, ich ruchy są powolne i uważne. Ten długi dzień przeniósł nas z krainy kurzu i ciągłego wysiłku w Bedo do turkusowego spokoju Andavadoaka. Rytm życia jest tu zupełnie odmienny. Po godzinach wędkowania lub zarzucania sieci po prostu spędzasz czas z przyjaciółmi, zadowolony z tego, co oferuje ci morze – jak to ujął Goff. To dziki raj, niezakłócony przez pośpiech świata zewnętrznego.
Blisko morza
Dzień zaczyna się wcześnie. Fidy prowadzi samochód przez nierówne pustkowia, a po dotarciu do linii brzegowej wsiadamy do pirogi – tradycyjnej łodzi Vezo. Płyniemy lekko, jakbyśmy tańczyli na wodzie. Kierujemy się w stronę Nosy Ve, wysepki niedaleko wybrzeża Andavadoaka, zamieszkanej przez około 600 osób. Z radością patrzę, jak Goff spotyka trzech wujków, Hosoanay Natana, Fidysua Natana i Hariska Natana, a także dziadków.
Wszyscy mieszkańcy należą do klanu Fianakaviany Kipake. To zgrana rodzina, i nie mogę nie zauważyć, z jaką swobodą Goff odnajduje się nie tylko w jej dynamice, ale także w skomplikowanym świecie rybołówstwa, budżetowania i spraw wiejskich.
Pytam, dlaczego w pobliżu nie ma starszych osób. Hosoanay wyjaśnia, że czarna magia napędzana zazdrością sprawia, że ludzie znikają młodo. Goff proponuje jednak inną, bardziej pragmatyczna teorię: brak dostępu do medycyny, unikanie szpitali i poleganie na tradycyjnym leczeniu. Ale w jego rodzinie to morze pochłania najwięcej ofiar – wywrotki, wypadki podczas freedivingu, a nawet ataki rekinów.


W oddali słychać głosy dzieci, które odbijają się echem na wietrze i stopniowo cichną, gdy powietrze wypełnia zapach słonej wody i suszonych ryb. To jest świat ludu Vezo – wszystko, od domów z gliny i rozbitych muszelek, piaszczystej podłogi po sieci rybackie – jest związane z morzem.
Najstraszniejsza chwila w życiu
Mam okazję porozmawiać z 12-letnim synem Hosoanay, Hosoanay Finaly – chociaż wszyscy mówią na niego po prostu Finaly. Mimo młodego wieku ciężko pracuje, pomagając w rodzinnych połowach, sterowaniu łodzią, stawianiu żagli i naprawianiu sprzętu. Największą przyjemność sprawia mu łowienie sieciami – ich użycie zwiększa szansę na sukces. W dobry dzień może zarobić od 100 000 do 200 000 ariarów, czyli około 20 euro, w zależności od gatunków schwytanych ryb. Marzy, aby pieniądze przeznaczyć na zakup ubrań i nie może się doczekać przyszłości związanej z piłką nożną. Przyznaje, że boi się rekinów i ten strach trzyma go na płytszych wodach. Raz widział rekina i twierdzi, że było to najstraszniejsze doświadczenie w jego życiu. Mimo tego nie interesuje go miasto, woli spokój Nosy Ve, gdzie codzienność wydaje się prostsza, a problemy świata odległe i rozmyte.
Niepewność to codzienność
O godzinie dziesiątej wyruszamy na pierwszy połów. Nastrój jest pogodny. Goff ze swoim bezczelnym uśmiechem zauważa, że minęło już zbyt dużo czasu, odkąd tu był. Zanosimy na plażę niezbędne narzędzia – harpuny, siatki i maski do nurkowania. Za skalistą wysepką dwie załogi przygotowują sieci, chcąc złapać ławicę tuńczyka. W powietrzu czuć podekscytowanie. Jednak rybom udaje się uciec, pozostawiając załogę tylko z kilkoma granikami i ośmiornicą. Częścią życia Vezo jest niepewność – w dobrym sezonie dochody są przyzwoite, ale nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Nadwyżki ryb sprzedawane są w Nosy Ve lub Andavadoaka, a pieniądze odkładane na trudniejsze czasy lub inwestowane w sprzęt, taki jak baterie słoneczne.



Dwie godziny w pirogach wystarczają, był spaliło mnie słońce. Żaden bloker nie jest w stanie oprzeć się brutalnym promieniom UV Madagaskaru. Gdy wracamy, witają nas kobiety, które przygotowały obfity posiłek i czekały, by zjeść wraz z mężami. Nie ma tu prądu, więc wioska oświetlana jest jedynie migotliwym światłem pochodni. Zasiadamy do prostej, ale sycącej kolacji: ryż, ryba gotowana w sosie własnym, purée z białej fasoli, pomidor, oliwa, cebula i czosnek. Ten zestaw będzie pojawiał się przez kilka następnych dni.
Uderza mnie prostota życia na Nosy Ve – pozostawanie w ciągłym kontakcie, zarówno z rodziną, jak i morzem. Nad nami nocne niebo zmienia się w warstwę gwiazd, przeciętą Drogą Mleczną. Myślę o tym, jak tutejszy świat daleki jest od złożoności współczesnego życia, i choć nie brakuje tu wyzwań, ma on w sobie zadziwiający spokój, który tak lubię i o którym na co dzień zwykle zapominam.
Nosy Ve. Dzień ciężkiej pracy i nagroda za ocean
Słońce wschodzi nad Nosy Ve. Cała paleta kolorów wydaje się być w grze, łącząc odcienie pomarańczy, różu i złota w płynnym tańcu. Po kilku łykach herbaty z palonego ryżu, czas na poważną wyprawę na ryby. Załoga już się przygotowuje. Hosoanay Natana, filar społeczności, skrapia sieć odrobiną rumu, co ma zapewnić szczęście i ochronę. Łowienie ryb to nie tylko źródło utrzymania; to część kultury Vezo, i złożenie tej niewielkiej ofiary ma zagwarantować, że morze będzie dziś hojne.
Wypływamy, korzystając z wioseł i żagli, bez silników. Podróż na skraj rafy trwa około godziny. Goff, który był świadkiem zmian na przestrzeni lat, komentuje:
– Musimy wypływać coraz dalej. Zmiany klimatu i działalność człowieka mają ogromny wpływ na populacje ryb. Nie można już ich znaleźć blisko południowo-zachodnich wybrzeży. Problemem są też nowoczesne, większe kutry, które wpływają na wody Vezo i uszczuplają nasze połowy.
Morscy atleci
Gdy docieramy do rafy, spotykamy inną łódź. Dwóch nurków komunikuje się na odległość krzykami sunącymi po wodzie: „Rzuć tu sieć! Tam są barakudy, płyńmy tam!”.
Nurkowie-zwiadowcy obserwują prądy kierując pirogami i upewniają się, że wszystko jest zsynchronizowane. Zarzucono sieć, a łodzie zataczają krąg. Sieć napina się, tworząc pod wodą kieszeń, w którą wpada połów. Metoda ta jest bardziej wydajna i zrównoważona niż łowienie na żyłkę, nie niszczy rafy ani dna oceanu. Podekscytowanie jest wyczuwalne. Mężczyźni działają szybko, pracując w zgranym zespole.
Zdając sobie sprawę, że moją jedyną rolą jest zbieranie nadmiaru wody z pirogi, odczuwam – i nie mogę nic na to poradzić – głębokie odłączenie od moich towarzyszy. Ich wspólny wysiłek, efektywność, koncentracja – to wszystko robi wrażenie. Nie mogę powstrzymać się od porównania się z tymi mężczyznami, tak silnymi, ciemnoskórymi, o bystrym wzroku. Surowość ich świata jest wyraźnym kontrastem do mojego, i nawet Goff, były łowca rekinów, jest nieco zagubiony w tym wysiłku. Przyznaje, że przybrał kilka dodatkowych kilogramów od czasu wyjazdu na Nosy Be, efekt uboczny niezdrowych nawyków żywieniowych. Ludzie Vezo natomiast wyglądają jak sportowcy – umięśnieni, szczupli, gotowi na wszystko.
Sieć tworzy krąg i nurkowie zaczynają zejście, wynurzając się z powrotem z barakudami i wrzucając je na łódź. Połów jest dobry, a łódź po chwili pełna ryb. Ale pomimo sukcesu, mężczyźni nie są zadowoleni. Wyruszają dalej z kuszą, wiedząc, że przy korzystnym dniu są w stanie złowić w ten sposób nawet 300 kilogramów ryb.

Łódź jest wszystkim
Po dotarciu do Nosy Ve połów jest rozdzielany równo między wszystkich, którzy brali udział w polowaniu. Hosoanay Natana, mając wciąż nienaruszony udział, postanawia go sprzedać. To prosta transakcja, ale stanowi część skomplikowanej sieci życia na Nosy Ve.
Kiedy dzień się kończy, poświęcam chwilę, aby podziwiać kunszt łodzi, dzięki którym to wszystko jest możliwe. Strugarz, znany jako „tavali”, wykorzystując wolne chwile spędza do 1,5 miesiąca na wykonaniu pirogi, ale gdyby mógł się na tym całkowicie skupić, skończyłby w zaledwie 1,5 tygodnia. Łodzie, robione z drzewa Givotia madagascariensis, są niezbędne dla Vezo. Ale nie są też zbyt trwałe, po około dwóch latach należy je wymienić. To kolejne przypomnienie przejściowej natury życia – życia, w którym morze daje i zabiera, gdzie wszystko powstaje w konkretnym celu i wymaga uporu i cierpliwości.
Nosy Ve. Codzienna harówka i duch nomadów Vezo
Chociaż jest niedziela, Vezo wykonują codzienne czynności. Niedziele tutaj nie istnieją; życie nie zmienia się wraz z kalendarzem.
Dla mnie to czas na refleksję nad koczowniczym trybem życia Vezo. Ludzie z Nosy Ve mieszkają tu od ponad wieku. Niektóre rodziny nadal wyruszają w długie rejsy, podążając za rybami wzdłuż rzek południowo-zachodniego wybrzeża Madagaskaru, zakładając tymczasowe obozy na małych wyspach lub piaszczystych łachach. Hosoanay Natana niedawno wrócił z takiej podróży.
– Utrzymujemy się z oceanu i rybołówstwa – mówi. – Długotrwałe migracje są konieczne, ale wolę pozostać blisko domu. Jednak wszystko zależy od dostępności ryb w danym rejonie. O ile uda nam się tu złowić wystarczająco dużo, nie musimy oddalać się od Nosy Ve.
Nie są w stanie dotrzeć do najlepszych łowisk bezpośrednio. Zamiast tego robią kilka przystanków: łowienie ryb, zbieranie oszczędności i przygotowanie się do kolejnego etapu podróży. Te postoje mogą trwać od kilku dni do paru miesięcy, w zależności od dostępności zasobów.
Sezon na pieniądze
W sezonie cyklonów (od stycznia do marca) większość Vezo pozostaje w miejscach, które uznają za bezpieczne. Ale dla niektórych chęć zysku ze sprzedaży strzykw czy płetw rekinów, które trafiają głównie na rynek chiński, jest na tyle silna, by wyciągnąć ich na bardziej odległe wody. Inni kierują się na północ, pozostawiając rodziny rozproszone na całej linii z południa na północ. Niektórzy odważyliby się nawet dotrzeć na Seszele, dodaje Goff triumfalnie.
Wczoraj dwie rodziny właśnie wróciły z wyprawy rybackiej. Byli na wodzie od tygodni, a ich podróż została przerwana przez władze Morskiego Obszaru Ochrony (MPA). Rowy, głowa jednej z familii, opowiada historię ich nieudanej próby dotarcia do Andramitaroke, małej wyspy oddalonej o dwa dni żeglugi od Nosy Ve. Zabrali ze sobą tylko namioty, garnki, harpuny i trochę ubrań. Ale MPA nie pozwoliło im zostać. Musieli wracać z niczym.
– W Nosy Ve łowimy niemal każdego dnia, a mimo to niewiele możemy zarobić. Populacja ryb jest niewielka, a ceny jeszcze niższe. W innych miejscach jest więcej ryb i możemy je sprzedać za większe pieniądze. Życie gdzie indziej byłoby prostsze – uważa Rowy.
Jestem wolny
To współgra z nomadycznym duchem Vezo – ciągłym poszukiwaniem lepszych łowisk i miejsc, w których da się zarobić. Później siadam z Hosoanayem Nataną i rozmowa schodzi na temat jego życia na morzu.
– Co najbardziej lubisz w swojej pracy? – pytam.
Uśmiecha się.
– Wolność. Mogę zostać poza domem tak długo, jak chcę i robić, co chcę. Jestem niezależny.
Dla niego ocean to zarówno źródło utrzymania, jak i wyznacznik tożsamości. Pytam, co jest w życiu najważniejsze.
– Zarabianie pieniędzy na oceanie i opiekowanie się dziećmi – odpowiada. – Władze zakazują nam wstępu na łowiska, a my nie zarabiamy wystarczająco dużo. Ale kocham ocean. To jest miejsce, do którego należę.
Wieczór mija spokojnie. Na kolację: ryba, ryż, i fasola. Jest coś magicznego w tej scenerii. Burzowe chmury gromadzą się na horyzoncie, podczas gdy Droga Mleczna świeci nad nami jasno, nieskażona światłami współczesnego świata. W tej małej wiosce nie ma żarówek, prądu ani sztucznego oświetlenia — tylko gwiazdy. Przynajmniej do czasu, gdy Goff wyciąga telefon i zaczyna przeglądać rolkę z aparatu. Po pokazaniu zdjęć lotniska Tany i kilku siedmiopiętrowych budynków, zatrzymuje się na zdjęciu olbrzymiego żółwia. Hosoanay Natana, praktyczna dusza, patrzy i spontanicznie dodaje: – Och, miło, wygląda pysznie.
Uśmiecham się. To, co dla jednych jest egzotyczne, dla innych jest po prostu kolejnym posiłkiem.
Nosy Ve. Przypływ kobiet
Rano, gdy mężczyźni wyruszają w morze, kobiety i dzieci udają się na południowy kraniec wyspy, odsłonięty przez odpływ. Ich zadanie jest proste: poszukać ośmiornic i rozłupać jeżowce, zbierając pożywienie, które wystarczy im na cały dzień. Z podziwem obserwuję, jak Soa Nomeny i jej córka szybko znajdują ośmiornicę.
– Zwykle ukrywają się w dziurach – przekrzykuje chichoty swoich dzieci, a jej harpun porusza się precyzyjnie.

Ale tej ośmiornicy nie da się schwytać. Zabarwia wodę, uniemożliwiając dostrzeżenie czegokolwiek, po czym znika. Kobiety, niezrażone, znajdują jeszcze dwie w ciągu następnej godziny. Kiedy patrzę jak pracują, nie mogę powstrzymać ukłucia zazdrości. Nawet młode dziewczęta wydają czuć się swobodnie w świecie, w którym przetrwanie nie wymaga pieniędzy, a jedynie znajomości krajobrazu wokół. To życie opiera się na zdobytych umiejętnościach, wytrwałości i głębokim połączeniu z naturą.
Soa przygotowuje lunch – lucjana, którego kupiła od sąsiadów. Pracuje w cieniu chaty, a ciepło ognia potęguje duszną atmosferę. W jej ruchach jest spokój, ciche zadowolenie z prostoty zadania, które wykonuje.
Koza za pomyślność
Późnym popołudniem mieszkańcy wioski dyskutują o rytuale, który ma przynieść błogosławieństwa na nadchodzący rok. Ale jest problem: nie mają wystarczających środków, aby kupić ofiary.
– Każdy musi wnieść swój wkład – podkreśla Soa rozkładając ramiona.
Rytuał wymaga żywej kozy, ale niektóre rodziny nie są w stanie zaoferować swojej części. Ponieważ nie można zebrać pełnej kwoty, istnieje ryzyko przełożenia uroczystości na następny nów księżyca. Jednak Soa jest pełna nadziei.
– Sprawimy, że to się uda – mówi z cichą determinacją w głosie.
W tle słychać beczenie kóz i wyobrażam sobie, jak wymieniają spojrzenia, nieświadome swojej roli w nadchodzącym święcie. Za zgodą starszych decyduję się wziąć udział w ceremonii, kupując kozę i wierząc, że ten drobny gest pomoże zapewnić kontynuację tradycji, która jest istotnym aktem jedności, zbiorowym wysiłkiem. Dziadek Natana Kipake, 76-letni szaman, zajmuje centralne miejsce. Jest ojcem Hosoanay Natana i dziadkiem Goffa. Przez większość czasu można go spotkać siedzącego na piasku, jak pali papierosy i cieszy się spokojem wyspy. Ale podczas rytuału ulega przemianie. Opętują go duchy, ulega transformacji, która pozwala mu komunikować się z przodkami.
Ceremonia jest skomplikowana. Koza składana jest w ofierze, a jej krwią oznacza się dom duchów, święte miejsce. Kobiety zaczynają bębnić, a hipnotyczne pieśni rozbrzmiewają w powietrzu. Rytuał przypomina o więzi między ludem Vezo a jego przodkami oraz o tym, jak polegają na świecie duchów, szukając u nich przewodnictwa, ochrony i sukcesu. Po jego zakończeniu wspólnotę ogarnia poczucie ulgi i radości, nadchodzący rok będzie teraz pomyślny. Uświadamia mi to, że życiu Vezo przetrwanie nie polega tylko na łowieniu ryb i jedzeniu. Równie istotne jest połączenie z przeszłością, z lądem, morzem i sobą nawzajem.
Rolnictwo wbrew przeciwnościom
Masikoro stoją przed zupełnie innymi wyzwaniami. W przeciwieństwie do pozostałych dwóch samowystarczalnych społeczności grupy etnicznej Sakalava, Masikoro jakieś sto lat temu zajęli się rolnictwem. Obecnie muszą znosić susze i nieprzewidywalne cykle pogodowe.
Upał jest niesamowity – ponad 40°C – a rośliny przybrały kilka odcieni szarości i wyblakłej zieleni. Wkrótce docieramy do wioski Balora, składającej się z zaledwie kilku prostych domów, wokół których chodzą kurczaki, kozy i bawiące się dzieci. Kobiety są zajęte czyszczeniem ryżu. Podczas krótkiej wizyty podążamy śladami Nesturu i Beandrazy, braci, którzy stanowią podstawę ich rodzinnego gospodarstwa rolnego. Zabierają nas do lasu, żeby spędzić stado zebu, w sumie 30 sztuk bydła.
– Dwa zebu zostają w wiosce, żeby pomagać ciągnąć wozy, reszta pasie się w lesie – wyjaśnia Nesturu. – Odnalezienie zwierząt zajmuje nam zwykle około godziny, szukamy ich śladów.



Kiedy zebu zostaną zlokalizowane, obserwujemy, jak pędzą je z powrotem do Balorao. Wymaga to cierpliwości i precyzji.
– Kiedyś zebu było łatwym celem dla Dahao, bandytów – wspomina Beandraza. – Ale teraz stały się bardziej ostrożne i uciekają, gdy poczują zapach obcych osób.
W kulturze Madagaskaru zebu to znacznie więcej niż tylko chodzący bank; pozwalają na transport towarów i ludzi na obszarach wiejskich. Wydaje się, że są też częścią prawie każdego malgaskiego dania. I, co nie mniej ważne, pełnią rolę duchowych pośredników między żywymi a przodkami, składane w ofierze podczas rytuałów i spotkań społeczności.
Gdy pole płonie
Nesturu, Beandraza, ich żony, Goff i ja idziemy przez krzaki na pola, by skontrolować plony. Nesturu wyjaśnia z niepokojem, że słodkie ziemniaki potrzebują znacznie więcej deszczu, aby rosnąć.
– Nie jest dobrze – zauważa, zniżając głos. – Cykle się zmieniły, a okresy sadzenia nie są już przewidywalne.
Kukurydza nie rośnie, arbuzy zawodzą, a słodkie ziemniaki płoną w upale.
– Dwadzieścia lat temu w tym regionie padało mnóstwo deszczu – kontynuuje. – Uprawialiśmy maniok, kukurydzę i arbuzy. Teraz rolnictwo stało się wyzwaniem.
Nesturu stoi przed tym samym dylematem, co wielu Masikora.
– Jeśli susza będzie się utrzymywać, nie będziemy mieli innego wyjścia, jak tymczasowo przenieść się do oddalonego o dwa dni Volirano. Tam gleba jest nadal żyzna dzięki rzece.
– Robi się już za gorąco – zauważa Nesturu, gdy słońce zaczyna prażyć, co zmusza ich do zakończenia pracy po zaledwie godzinie odchwaszczania.
Lista wyzwań, z jakimi muszą mierzyć się rolnicy Masikoro może być przygnębiająca: nieprzewidywalna pogoda, zmiany klimatu, nieurodzaj i uzależnienie od zebu. Jednak pomimo tych trudności, ich odporność jest zadziwiająca. Nadal walczą o ziemię, bydło i przyszłość, czerpiąc siłę z głębokiego związku z tradycjami i własną społecznością.
– Kiedyś, przed porą deszczową odprawialiśmy rytuał, aby wywołać opady – Nesturu wspomina od niechcenia. – Ofiarowaliśmy dziki miód Jalibe, duchowi przodków, oraz śpiewaliśmy i bębniliśmy. Ale ostatnio nie jest to praktykowane, nic więc dziwnego, że deszcz nie pada – dodaje z westchnieniem.
Rytuały wyblakły, a Masikoro muszą stawić czoła zmieniającemu się klimatowi, mając za oręż jedynie nadzieję i ciężką pracę.
Wyjazd do Ankindranoke: Mikea spotykają Vezo
Po obiedzie w Andavadoace mały syn Goffa, Andry, dołącza do ojca w podróży do Nosy Ve w towarzystwie siostrzenicy i dwóch siostrzeńców Goffa. Zbliżając się do zatoki pomiędzy Bevandeva i Andalambezo, zauważamy kilka wiosek Mikea i Vezo. Niespodziewanie wpadamy na Ramene z Bedo, który w imponującym wyczynie wytrzymałościowym przeszedł rano 10-kilometrowy odcinek lasu, aby odwiedzić teścia. Mimochodem potwierdza, że udało mu się wziąć pierwszy prysznic od trzech miesięcy. Co za luksus!
Tutaj, w Ankindranoke, Mikea i Vezo stykają się ze sobą, ucząc się od siebie nawzajem. Niektórzy Mikea uważają się nawet za Mikea-Vezo (lub, jak sugeruję, „Mikezo”). Podczas gdy polowanie w lesie staje się trudniejsze, w namorzynach linia brzegowa zapewnia bardziej obiecujące możliwość, są tu ślimaki i kraby. Kiedy obserwujemy, jak obie grupy żyją obok siebie, zauważamy subtelne rozróżnienie klasowe. Czasami Mikea kupują ryż od Vezo, z kolei Vezo kupują babo od Mikea. Jednak jasne jest, że Vezo są bardziej skłonni się rozwijać, będąc częścią gospodarki gotówkowej od dłuższego już czasu.
Zaprzyjaźniamy się z Boavym, należącym do ludu Mikea, który nie zna swojego wieku, jak większość osób, które tu spotkałem. Po śmierci ojca zaczął prowadzić półkoczowniczy tryb życia.
– Zmieniam miejsce w zależności od tego, co chcę akurat zjeść – mówi z pewną dumą.
Boavy planuje poszukać dzikiego miodu i korzeni babo, a następnie wyruszyć w czasie odpływu, aby zebrać kraby błotne i muszle. Wybieramy się z nim na spacer do lasu, ale okazuje się, że już ktoś inny zebrał upatrzony przez niego plaster miodu. Boavy wzrusza ramionami. Kierujemy się w stronę namorzynów, gdzie z gliniastej gleby unosi się ostry zapach zgniłych jaj, znajdujemy tylko dziesięć muszelek i jednego małego kraba błotnego.
– To wystarczy na następny posiłek – Boavy argumentuje z uśmiechem. Nie udałoby mu się sprzedać żadnego z tych znalezisk, ale na jakiś czas zapewnią dobre odżywianie.
Ambatomilo. Wykorzystanie uprawy wodorostów jako nowej ścieżki możliwości
Ambatomilo położone dalej na wybrzeżu, znane również jako „Wioska wodorostów”, przez ostatnie pięć lat jest nadzorowane przez Lokalny Obszar Zarządzania Morskiego LMMA. To jedna z wielu miejscowości, które przestawiły się na uprawę wodorostów, traktując ją jako alternatywne źródła dochodu, zwłaszcza że wiele tradycyjnych obszarów zostało przełowionych.
Gdy docieramy na miejsce, natykamy się na kilka rodzin rozładowujących łodzie i układających przed domami wodorosty do wyschnięcia. Fabricé i jego żona Olive tłumaczą, że zbierają je co 1-2 tygodnie, a ceny za kilogram oscylują wokół 1500 ariarów. W zależności od pory roku rodzina może zebrać od pół do jednej tony wodorostów miesięcznie, co przynosi do miliona ariarów dodatkowego dochodu rocznie. Hodowla wodorostów staje się coraz ważniejszą częścią przybrzeżnej gospodarki Madagaskaru i stanowi odpowiedź na malejące zasoby rybne.

Madagaskar eksportuje wodorosty głównie na potrzeby przemysłu spożywczego, kosmetycznego i farmaceutycznego – przez klientów szczególnie poszukiwane są kosmetyki z karagenem, środkiem żelującym ekstrahowanym z wodorostów. Na rynku lokalnym wodorosty służą też jako pożywienie lub przyprawa. W wersji suszonej są czasami stosowane jako nawóz organiczny lub dodatek do paszy dla zwierząt. Co więcej, hodowle wodorostów pomagają zmniejszyć działanie fal, chroniąc wybrzeże przed erozją, a ich zdolność do pochłaniania dwutlenku węgla przyczynia się do łagodzenia zmian klimatu. Jest coraz więcej inwestorów zainteresowanych potencjalnym wykorzystaniem wodorostów w biopaliwach, bioplastikach i innych innowacyjnych rozwiązaniach.
Sposób na szczeście?
Goff i ja spędzamy resztę dnia kąpiąc się w turkusowej wodzie. Gdy słońce chowa się za horyzontem, kończymy popijając ciepłe piwo. Jutro wrócimy do wygód miejskiego życia: prądu, klimatyzacji, miękkich materacy i wody w prysznicu, której nie trzeba czerpać z dziury za miastem. Czy mógłbym żyć jak Vezo, Mikea lub Masikoro? Prawdopodobnie nie. Ale jeśli urodziłeś się z ograniczonymi możliwościami, musisz po prostu się do nich dopasować, znaleźć sposób na satysfakcjonujące życie.
Wgląd w ich codzienność pogłębił mój szacunek dla zaradności tych ludzi – niezwykłej zdolności do przetrwania, pomimo ciągłych wyzwań. Przede wszystkim jednak w tych społecznościach każdy w głębi serca wydaje się być nomadą; każdy ma odwagę i determinację, aby spakować bagaż i wyruszyć gdzie indziej, kiedy tylko zechce lub uzna to za konieczne.
