Okulary do bliży

Początek

Nie ma wymówki na gnuśność i biadolenia – świat jest na wyciągnięcie ręki. Na początek można zadowolić się bliskim

Ilustracja: Art Attack, fot. materiały prasowe

Już od dawna nie podróżuję. Mieszkam za granicą, więc raz w roku latam do Polski, żeby sprawdzić, czy krewni i przyjaciele mają też tułowia (na co dzień widuję tylko główki na ekranie). Mój partner jest z Bretanii, więc latem spędzamy tydzień w domu jego ojca nad morzem. Poza tym nic – miasto, w którym mieszkam, i jego bliskie obrzeża, tylko tam, dokąd można dojechać rowerem albo komunikacją miejską. 

Chciałabym powiedzieć, że to z pobudek ekologicznych, że planeta się dusi, więc ja odpowiedzialnie ograniczam swój ślad węglowy. Albo że dla weganki latanie samolotem zakrawa na hipokryzję. Niestety nie jestem aż tak szlachetna – marzę o Kioto, Stambule, Neapolu, zazdroszczę znajomym odkrywającym Amerykę, nie przepuszczam żadnego konkursu, w którym nagrodą jest wycieczka (czasem wygrywam kubki i koszulki z logo biura podróży). Nie, ja po prostu nie mam środków. 

Gdy nie można podróżować

Owszem, dziś podróżowanie jest łatwiejsze i bardziej przystępne, jednak nie na tyle, żeby prekariusz na freelansie mógł swobodnie się przemieszczać. Zwłaszcza jeśli, tak jak ja, mieszka w mieście, w którym czynsze są wysokie jak dubajskie wieżowce. Również dlatego, że przyjeżdża tu mnóstwo turystów.

Nie narzekaj, mieszkasz w Paryżu – podpowiada mi wewnętrzny cenzor. Nie utknęłaś w pipidówce, tu jest wszystko, a na Luwr nie starczy jednego życia. Jasne, tyle że nie bez kozery Polacy znad morza jeżdżą nad Morskie Oko, a górale wczasują w Jastrzębiej Górze. Człowiek czasem potrzebuje się przewietrzyć, czyli, jak mawiają Francuzi, „zmienić powietrze”. 

Też bym chciała czasem je zmienić, no ale jak się nie ma, co się lubi… Skoro dalekie podróże są poza moim zasięgiem, postanowiłam założyć okulary do bliży i uważnie przyjrzeć się temu, co mam pod nosem. Nie reprezentacyjnemu centrum, lecz zwykłym peryferiom. Pójść w ślady Pereca i Sudeka, docenić zwyczajność, widok z własnego okna i mikrowyprawy. 

Podróżowanie to wytężanie wzroku

W końcu, jak napisał doświadczony podróżnik Joseph Roth: „Radość, jaką można odczuwać przed podróżą, zawsze jest mniejsza od irytacji, jaką podróż ostatecznie powoduje”1. Inna rzecz, że samego Rotha znoje wcale nie zniechęciły. Mimo niedogodności przemieszczania się i peanów na cześć obserwacji świata z lokalnej tawerny, autora, jak zauważają redaktorzy „Frankfurter Zeitung”, rzadko można było zastać w domu. 

Ja zamierzam siedzieć w tawernie, spacerować po spokojnych dzielnicach i mocno wytężać wzrok. I wcale nie będę sobie krzywdować, bo, tak jak poeta, „lubię chodzić na długie spacery paryskimi ulicami/ i patrzeć na moich bliźnich, ożywionych zazdrością/ pożądaniem lub gniewem”2. Zamiast Papuasów będę obserwować Paryżan, a zamiast dalekich wojaży zafunduję sobie wycieczkę w głąb: miasta, codzienności, szczelin zwyczajności. Jeśli rację miał Roth i każdy mikroświatek jest hologramem wielkiego świata, na pewno się nie rozczaruję.

Będzie to wędrówka śladami wielkich poprzedników, bo pomysł oczywiście nie jest mój i nie jest nowy (choć niektórzy dopiero w pandemii ruszyli na podbój własnych podwórek). Niniejszy szkic poświęcę właśnie im, czyli moim ulubionym pisarzom i fotografom. Dużo lepiej niż ja umieją celebrować zwyczajność. I krótkie dystanse. 

1. Georges Perec: budulec życia 

We Francuzach zawsze pociągało mnie to, że potrafią uwznioślać przyziemność. Odkąd na egzaminie z francuskiego dostałam do tłumaczenia tekst o historycznej i kulturowej roli foie gras, wiedziałam, że gdzieś na zachód od Krakowa są ludzie, którzy umieją żyć piękniej i uważniej przyglądać się rzeczywistości. 

Nie wiedziałam za to, jak ważny i płodny był we Francji powojenny zwrot ku codzienności. Dopiero znacznie później odkryłam teksty Blanchota i Barthesa i zaczęłam zachwycać się pracami eksploratorów zwyczajności. Łatwo ją zlekceważyć i przeoczyć, bo przecież „poważna” literatura zwykle kieruje obiektyw na wielkie wydarzenia i przełomowe momenty. Wojna, śmierć, płomienna miłość i dzikie szaleństwo pozornie bardziej zasługują na namysł niż domowe krzątactwo czy befsztyk z frytkami. 

Tyle że gros z nas więcej czasu spędza ze szmatą w dłoni niż w miłosnych uniesieniach. Jak zauważa nasza rodzima filozofka codzienności, Joanna Brach-Czaina:

Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach. Codzienność stanowiąca tło egzystencjalne zdarzeń niezwykłych, których oczekujemy – często nadaremnie – może więc decydować o wszystkim3. 

Skoro jest taka ważna, to może należałoby więc uważniej się jej przyjrzeć? Z tła zrobić figurę? Mniej celebrować dalekie wyprawy i huczne przyjęcia, a bardziej skupić się na chlebie powszednim i spacerach po osiedlu?

Taki cel obrał sobie Georges Perec, jedyny wśród wymienionych badaczy codzienności literat. Słowem kluczem jego pisarstwa była podzwyczajność (fr. infra-ordinaire). Do kategorii tej zaliczał wszystkie codzienne zdarzenia, które w ich pozornej nieistotności łatwo przeoczyć, „sprawy powtarzalne, banalne i prozaiczne, oczywiste, pospolite i zwyczajne, do których przywykliśmy i pozbawiliśmy je znaczenia”4.

Cała twórczość Pereca jest próbą przywrócenia lub nadania im tego znaczenia. Bo „rzeczy” są ważne, a życie wymaga czasem „instrukcji obsługi”. W przeciwnym razie przeżywamy je na autopilocie.

Mnie najbardziej inspirują teksty, w których Perec uważnie obserwuje miasto i rodaków. Na przykład Tentative d’épuisement d’un lieu parisien („Próba wyczerpania pewnego paryskiego miejsca”), czyli literacki eksperyment polegający na niezwykle dokładnym opisaniu placu Saint-Sulpice. Perec nie skupia się jednak na imponującej architekturze (a, jak wiedzą fani Dana Browna, jest na czym). Siedząc przy kawiarnianym stoliku obserwuje teatr życia codziennego, czyli pozornie błahe sprawy: gołębie, które przycupnęły na rynnie, dzieci w czapkach z czerwonymi pomponikami, bezczynnych taksówkarzy. Okazuje się, że cierpliwy obserwator widzi więcej. I głębiej wnika w rzeczywistość. 

2. Annie Ernaux: mikrosocjologia 

Mniej filozoficznie, a bardziej socjologicznie (choć granica bywa nieostra) świat opisuje Annie Ernaux. Jej obserwacja jest też bardziej uczestnicząca, bo noblistka pisze o swoim kobiecym doświadczeniu. W przeciwieństwie do Pereca nie stoi obok ludzi, na których patrzy, analizując ich z niemal naukowym zacięciem. Nie wynosi się też ponad nich, choć teoretycznie by mogła, bo nie obraca się wśród literatów Lewego Brzegu: obserwuje ludzi w supermarketach, podmiejskich pociągach i mocno robotniczym miasteczku Cergy. Tam, jak pisze w otwierającym książkę Życie zewnętrzne credo, znajduje prawdę:

Wierzę, że właśnie w sposobie, w jaki ludzie patrzą na zawartość swoich wózków przy kasach, w słowach, które wypowiadają, prosząc o stek lub oceniając obraz, odczytujemy pragnienia i frustracje, społeczno-kulturowe nierówności. Że wyrażają się one, gdy klientka upokarza kasjerkę, gdy przechodnie omijają żebraka – w przemocy i wstydzie społeczeństwa, we wszystkim tym, co wydaje się trywialne i pozbawione znaczenia, bo jest zbyt nam bliskie, zwyczajne. W naszym doświadczaniu świata nie ma hierarchii. Odczucia i refleksje, które wywołują w nas miejsca i przedmioty, nie zależą od ich wartości kulturowej, w hipermarkecie znajdziemy tyle samo sensu i ludzkiej prawdy, co w sali koncertowej5.

Może wcale nie trzeba więc oglądać dalekich krain? Albo pięknego Paryża z widokówek? Może prawdziwsze życie jest tam, gdzie nie ma kuszącej egzotyki, tylko małe sprawy zwykłych ludzi. W końcu, jak mówi wnuczkowi obserwowana przez narratorkę babcia, nie trzeba nigdzie jeździć, bo „wszędzie znajdziesz ludzi pięknych i ludzi paskudnych”6.

3. Luigi Ghirri: mikropodróże i megaodkrycia

Uważny obserwator w codzienności znajdzie też absurdy i olśnienia. Włoski fotograf Luigi Ghirri zasłynął ze zdjęć przewrotnych: ramy w ramach, zdjęcia w zdjęciach, mapy mieszające się z terytorium. Podróżował po Włoszech (słynny album Viaggio in Italia), ale nie tych spektakularnych: zamiast rzeźb Berniniego uwieczniał stacje benzynowe, a zamiast weneckiego karnawału – puste plaże. Jego zdjęcia są śmieszne i melancholijne, wyrafinowane, choć pozornie proste.

Oprócz serii z gatunku Giro d’Italia fotograf praktykował też avventure minime, czyli mikrowycieczki po ulicach i przedmieściach rodzinnej Modeny. Właśnie te skromne odpryski włoskiej codzienności z lat 70. lubię najbardziej. Uważny obserwator, z dyplomem geodety i dużym poczuciem humoru, dokumentował życie przedmieść, zwłaszcza wszechobecność (już wtedy!) fotografii i reklam w przestrzeni publicznej. I avventure minime przynosiły grandi miracoli.

4. Thomas Boivin: Paryż bez Wieży Eiffla

W klasyfikacji najbardziej obfotografowanych paryskich dzielnic dwudziestka (XX) jest na dole rankingu. Oprócz cmentarza Père-Lachaise nie ma tam bowiem większych atrakcji turystycznych, luksusowych butików czy modnych restauracji. Influencerzy trzymają się dzielnic jednocyfrowych, z okazjonalnym skokiem na Montmartre (XVIII) czy nad kanał Saint Martin (X). 

Dwudziestka, przyłączona do Paryża dopiero w 1860 roku, ma przemysłową przeszłość i ciągle jeszcze stosunkowo niskie czynsze. Właśnie dlatego nadal określana jest jako populaire (dosłownie robotnicza, ale jak wiadomo, francuskie i polskie podziały klasowe mocno się rozjeżdżają) i nadal zamieszkują ją „prawdziwi ludzie”.

Ich codzienność od kilkunastu lat dokumentuje fotograf Thomas Boivin. Wchodzące w skład dwudziestki Bellville i Mélimontant, dawne gminy wchłonięte przez stolicę, to dziś dzielnice rezydencjalne, zwyczajne i oddalone do turystycznej marszruty. W obiektywie Boivina stają się jednak piękne i ponadczasowe. Uchwycona w czerni i bieli poezja prostego życia zachwyca bardziej niż blichtr Pól Elizejskich. Zamiast słynnych literackich cafés czy wziętych coffee shopów artysta uwiecznia tradycyjne kawiarnie, gdzie kawa nadal kosztuje grosze, a o mleko owsiane lepiej nie pytać. Od drogich butików woli stare sklepiki z mydłem i powidłem. Gdyby nie samochody, reklamy i wieloetniczna populacja, zdjęcia Boivina mogłyby powstać na początku poprzedniego wieku: są analogowe, czarno-białe, lekko staroświeckie. 

Tym, co odróżnia go od wielkich mistrzów fotografii humanistycznej – Roberta Doisneau czy Henriego Cartier-Bressona – jest skromność. Boivin nie szuka „decydujących momentów” czy wyrafinowanych kadrów, nie poluje na anegdotę (skok nad kałużą, namiętny pocałunek). Zadowala się zwykłym. 

Czy dzięki celebrującym codzienność tekstom i fotografom bliskości straciłam ochotę na egzotykę? Bynajmniej.

Tyle że, gromadząc siły i środki (i oszczędzając emisje dwutlenku węgla), nie będę bierna. Nie ma wymówki na gnuśność i biadolenia – świat jest na wyciągnięcie ręki. Jak pisała noblistka, wszystkiego i tak nie poznam: „Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę/ co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę/ Nie zdążę wszystkiego odróżnić od próżni”. 

Na początek można więc zadowolić się bliskim. 

Przy pisaniu tekstu korzystałam z artykułu Małgorzaty Fabrycy, „Codzienność. Georges Perec i jego kontynuatorzy”, Teksty Drugie 6, 2023 s. 377 – 390.


  1. Joseph Roth, Proza podróżna, tłum. M. Łukasiewicz, wyd. Austeria 2018, s. 83. ↩︎
  2. Adam Zagajewski, „Autoportret”, Wiersze zebrane, wyd. a5 2017, s. 207. ↩︎
  3. Jolanta Brach-Czaina, Szczeliny istnienia, Wydawnictwo eFKa 1999, s. 55. ↩︎
  4. Georges Perec, L’infra-ordinaire, wyd. Seuil, 1989, s. 11 (tłum. fragmentu M. Fabrycy) ↩︎
  5. Annie Ernaux, Życie zewnętrzne. tłum. Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne 2025, s. 8.  ↩︎
  6. Ibid., s. 11.  ↩︎

Jakościowe dziennikarstwo jest kosztowne. Udostępniamy ci Travel Magazine bez opłat – wspomóż naszą działalność dowolną kwotą. Dziękujemy!

Dorota Malina

Dorota Malina

Anglistka z wykształcenia, frankofilka z powołania, tłumaczka literatury pięknej i książek kucharskich. Pochodzi z Krakowa, mieszka w Paryżu.

1 Comment Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe