O tym dlaczego warto chodzić codziennie, jak przeżyć dzień bez serwisów społecznościowych i czy Jeff Bezos zasługuje na swoją fortunę
Fot. Craig Mod
Craig Mod jest amerykańskim pisarzem, fotografem i twórcą cyfrowym. Od 25 lat mieszka w Japonii. Zasłynął wielodniowymi pieszymi wędrówkami po dawnych szlakach pielgrzymkowych, takich jak Kumano Kodō.
Anna Janowska: „Chodzę po dwadzieścia, trzydzieści kilometrów, czasem więcej, aż stopy zaczynają mi omdlewać, miejscami piec, jakby zostały zmielone. Przestaję dopiero, gdy wiem, że nie zdołam już postawić ani jednego kroku. I to samo robię następnego dnia. I kolejnego. Powtarzam tę czynność codziennie tygodniami, miesiącami” – piszesz w swojej niedawno wydanej w Polsce książce „Gdzie rosną cedry. Zapiski z wędrówki przez Japonię”.
Craig Mod: Mam wrażenie, że podczas wędrówki ujawnia się najlepsza wersja mnie. Jest coś wyjątkowego w samym chodzeniu. Kluczowe jest to, by robić to codziennie, w sposób ciągły i nieprzerwany. Wiele osób w Japonii mówi: „przeszedłem szlak Nakasendō, przeszedłem trasę z Tokio do Kioto”. Ale robią to etapami, na przykład w weekendy, powiedzmy dziesięć weekendów rozłożonych na rok czy dłużej. Jednak dla mnie prawdziwa wartość wędrówki tkwi w ciągłości, musi ona być nieprzerwana, by można było osiągnąć ten medytacyjny stan. Dopiero około dwudziestego czy dwudziestego piątego dnia wchodzi się w pełny rytm. Ciało idealnie dostraja się do marszu i ma się poczucie, że można by tak iść w nieskończoność, każdego dnia. Wtedy właśnie chodzenie zamienia się w medytację. Dlatego tak bardzo lubię długie, samotne wędrówki.
„Nic na świecie nie może się równać ze spokojem trzeciej godziny udanego długiego dnia wędrowania. Tylko w tym stanie, w tej hipnozie wywołanej przemierzaniem drogi, umysł w końcu zyskuje zdolność przyjęcia osobliwych darów świata” – czy o to właśnie chodzi w tym twoim wędrowaniu?
Chodzenie jest dla mnie czymś wielowymiarowym. Po części to medytacja, po części sposób na nawiązanie głębszej więzi z danym miejscem czy krajem. To też element antropologiczny, zwykła ciekawość – po prostu przyjemnie jest ruszyć w drogę. Nie przepadam za wędrówkami wyłącznie wśród natury, więc tego nie robię. Nie interesują mnie trasy w rodzaju Szlaku Appalachów, gdzie cały dzień spędza się w lesie i można co najwyżej spotkać innych piechurów. Mnie ciekawią miasteczka i wioski po drodze. Dlatego szlaki pielgrzymkowe mają dla mnie taką siłę oddziaływania – wiąże się z nimi historia infrastruktury stworzonej z myślą o pielgrzymach. To nie jest po prostu wyjście w góry, wspinaczka i samotność na łonie natury. To raczej uczestnictwo w pewnym ciągu życia, miejscowości i punktów, które istnieją po to, by wspierać ideę pielgrzymowania.
No właśnie, w książce wędrujesz po dawnych szlakach pielgrzymkowych przecinających półwysep Kii, który opisujesz jako: „pulchny, obwisły penis Japonii. Zwisa dokładnie z podbrzusza cielska Honsiu”. Taki mało romantyczny opis.
Ale tak właśnie rozmawiam z moim kumplem z dzieciństwa, Brianem, a te rozmowy są osią książki…
Dodajmy, że chodzi o Briana, z którym wychowywałeś się w amerykańskim miasteczku w stanie Connecticut, zanim w wieku 19 lat nie przeniosłeś się do Japonii.
Dokładnie. A wracając do półwyspu Kii, no sama spójrz na mapę, ten półwysep faktycznie tak wygląda!
No trochę tak.
Jest on jednym z najbardziej deszczowych miejsc okolicy podzwrotnikowej, spada tam więcej deszczu niż w Amazonii. Porastają go wilgotne lasy strefy umiarkowanej oraz lasy gospodarcze. Jest pocięty dziesiątkami wiekowych ścieżek i szlaków pielgrzymkowych, wszystkie noszą osobne nazwy, za to wiele z nich zbiorczo tworzy słynny Kumano Kodō. Sporo szlaków liczy sobie tylko kilkadziesiąt kilometrów długości, ale przejście ich wszystkich może zająć wiele miesięcy, połączenie ich w całość – wiele lat, a poznanie – całe życie. Dawni pielgrzymi każdego dnia przechodzili dziesięć ri. Jedno ri ma około czterech kilometrów. Odmierzało się je za pomocą ichi-ri-zuka, takich odpowiedników kamieni milowych, czyli wielgachnych kopców usypanych przy drodze. Da się je jeszcze gdzieniegdzie odnaleźć, jeżeli wiesz, za czym się rozglądać.


Muszą niesamowicie wyglądać. Ale nie są to takie kopczyki, do których każdy dorzuca kamień, przechodząc obok?
Nie, to potężne kopce ziemne, przy nich stoją kamienne drogowskazy, zazwyczaj na rozstajach, pośród dzikiej przyrody. To naprawdę niezwykłe. Dawni pielgrzymi nosili sandały ze słomy, zwane waraji, które kupowało się po pięć sen, czyli pięć setnych jena, zupełne grosze. Zdzierali po kilka par dziennie, a zużyte służyły jako pasza dla zwierząt. Na plecach dźwigali całe życie. Kiedy moje ciało narzeka w czasie wędrówek, myślę o tych silnych mężczyznach i kobietach.
Szlak Kumano Kodō jest wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. Jako jeden z dwóch takich szlaków na Ziemi.
Pierwszy to Droga Świętego Jakuba w północnej Hiszpanii i drugi to właśnie Kumano Kodō. Górzysta niedostępność półwyspu Kii umożliwiała buddyzmowi i sintoizmowi wzajemne przenikanie się nawet po tym, jak dziewiętnastowieczne edykty nakazały ich rozdzielenie. I to ze względu na to wzajemne przenikanie się – które trwa do dzisiaj – pewne ścieżki i miejsca kultu znalazły się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Na półwyspie Kii kryje się jeden z najważniejszych i najświętszych chramów szintoistycznych w Japonii – Ise Jingu, czyli Wielki Chram Ise. Miejsce kultu bogini Słońca Amaterasu. Czy gdy przybywasz jako pielgrzym, masz możliwość wejścia do środka?
Poza najwyższymi rangą kapłanami i rodziną cesarką nikt nie ma wstępu do wewnętrznych sanktuariów. Przechowywane jest w nich Święte Zwierciadło [najważniejsze z Trzech Świętych Skarbów Japonii, czyli regaliów cesarskich, które według mitologii cesarze otrzymali od bogów jako dowód prawa do tronu – przyp. AJ]. Ale na teren chramu może wejść każdy, do niektórych części za dodatkową opłatą.

Czy to nie paradoks – z europejskiego, a pewnie i z amerykańskiego punktu widzenia – że te chramy, choć z jednej strony są bardzo stare, to mają de facto zaledwie dwadzieścia lat?
Ise właśnie z tego słynie. Na terenie chramu znajdują się dziesiątki obiektów i budowli odbudowywanych co dwadzieścia lat w ten sam sposób, bez użycia ani jednego gwoździa. Gdy się nad tym zastanowić, o weźmy rzymskie Koloseum… Właściwie nawet nie wiemy, jak je zbudowano! A tutaj mamy ideę przekazywania wiedzy co dwie dekady. Nad projektem pracują jednocześnie trzy pokolenia. To fascynujący sposób, niemal jak w tradycji ustnej.
Wartością nie jest wiek budynku?
W shintoizmie wiele aktów czci odnosi się do elementów natury. Chramy są ważne, ale ważniejszy może okazać się na przykład głaz czy drzewo tuż obok. Chrześcijaństwo przyzwyczaiło nas do potężnych katedr, natomiast w shintoistycznym podejściu ważniejsza bywa natura otaczająca budowle.
Zmieniając temat. Wygląda na to, że masz szczególną słabość do lokali zwanych kissa, czym one właściwie są?
To japoński odpowiednik baru typu diner. Jestem pewien, że w Polsce też istnieją takie miejsca, rodem z innej epoki. Ich wnętrza mają charakter, choć niekoniecznie są ładne. Nie to, co kawiarnie, które – mam wrażenie – zaczynają wyglądać identycznie niezależnie od tego czy są w Londynie, Nowym Jorku czy Tokio. Popularność kissy to reakcja na globalną uniformizację, która bywa nieco przygnębiająca. Co więcej kissy są nierozerwalnie związane z miejscem, w którym się znajdują, a historie ludzi, którzy stoją za ladą od 40 czy 50 lat są naprawdę ciekawe. Pełnią funkcję lokalnych centrów społeczności i jest w tym coś naprawdę budującego. To miejsce, które jest bardzo przystępne. Można tam wpaść na śniadanie za dwa dolary. Taka bezpieczna przystań, swoisty dom, a jednocześnie coś unikalnego dla Japonii.
Wygląda na to, że w trakcie wędrówek właśnie w kissach najłatwiej poznać ludzi?
Tak, bo kissy często znajdują się na prowincji, a tam po prostu brakuje ludzi – to jeden z dziwnych aspektów Japonii. W ciągu ostatnich dziesięciu lat problem nadmiernej turystyki dotknął Tokio, Kioto, Osakę, a pewnie w pewnym stopniu i Nagoję, ale poza tymi miastami populacja gwałtownie spada. W niektórych rejonach Japonii mogę wędrować całymi dniami, spotykając zaledwie kilka osób. A taka kissa jest przynajmniej otwarta. Na pewno zastaniesz tam właściciela. W najgorszym razie będzie to tylko jedna osoba, ale ktoś tam będzie.
To jeden z pobocznych wątków, o których chciałam porozmawiać. Kwestia starzenia się społeczeństwa. W książce przytaczasz statystyki, wedle których średni wiek osób mieszkających na japońskiej prowincji przekracza sześćdziesiątkę. Wędrując po półwyspie Kii widzisz, jak całe wioski powoli znikają. To chyba dziwne uczucie wędrować po miejscu-widmie?
Podczas wędrówek trudno nie myśleć o tym, że jest się jedną z ostatnich osób, które mogą obserwować, jak te miejsca wciąż funkcjonują. Wiesz, za 10 czy 20 lat właściciele domów w tych wioskach poumierają, a wiele z nich po prostu zniknie. Problem ten dotyka nie tylko Japonii, to kwestia globalna. Włochy zmagają się z poważnym wyludnianiem. Korea Południowa ma jeden z najniższych wskaźników urodzeń na świecie – chyba nawet niższy niż Japonia. Chiny czeka ogromny problem wyludniania wsi, bo wpompowały mnóstwo pieniędzy w infrastrukturę mającą ściągnąć ludzi do miast.

Japonia jest może nieco bardziej zaawansowana w tym procesie niż inne miejsca, ale nie aż tak bardzo. Wyludnianie wiąże się też z ubóstwem i utratą miejsc pracy. Wiele miasteczek na półwyspie Kii żyło z przemysłu drzewnego, rybołówstwa czy rolnictwa, a miejsca pracy zniknęły, gdy przenieśliśmy biznes gdzieś do Chin. Gdy praca przestaje być opłacalna, ludzie migrują do miast. To sedno problemu na całym świecie. Japonia radzi sobie z tym z godnością. Nieliczni pozostali mieszkańcy wyludniających się miejsc nie mają poczucia, że o nich zapomniano, bo wciąż dba się o infrastrukturę: kursują autobusy i pociągi, remontuje się drogi. W tym, jak japońskie społeczeństwo potrafi zadbać o swoich członków widzę pewną nadzieję.
Wracając do twojego wędrowania. Nie sposób nie zadać ci pytania: jakim cudem udaje ci się wygospodarować na wędrówki te 30 czy 40 dni z rzędu? I to kilka razy w roku!
Masz na myśli kwestie logistyczne? Cóż, po prostu znajduję na to czas. Poza tym stało się to moją pracą. Mam program członkowski i wielu subskrybentów, którzy płacą mi składki, na przykład roczne. Oczekują ode mnie właśnie takiej aktywności, a możliwość przekucia tego w książki i tym podobne rzeczy to miły dodatek. Można powiedzieć, że dzięki finansowaniu społecznościowemu pełnię rolę swego rodzaju antropologa.
A jak to się stało, że wędrowałeś z Jeffem Bezosem?
Usłyszał o wędrówkach „Walks and Talks” organizowanych po szlakach całego świata przeze mnie i mojego przyjaciela Kevina Kellego [podróżnik, legendarna postać amerykańskiej branży technologicznej, uznawany za jednego z najważniejszych „cyfrowych proroków” i myślicieli naszych czasów, autor teorii 1000 prawdziwych fanów i książek analizujących naturę technologii oraz sztucznej inteligencji – przyp. AJ]. I się do nas odezwał.
Tak po prostu? Zastanawiam się, jak to możliwe, że twoja przygoda z chodzeniem nagle pojawiła się w mikrokosmosie tak zajętego człowieka?
Cóż… Kevin Kelly i ja od lat wędrujemy z wieloma ciekawymi ludźmi. Nasze spacery połączone są z rozmowami, w efekcie stają się czymś naprawdę głębokim, ludzie się podczas nich otwierają. I wielu potem mówi, że były to jedne z najlepszych tygodni w ich życiu. Zorganizowaliśmy już chyba z dziesięć czy jedenaście wypraw. Wzięło w nich udział około 70 czy 80 osób, wiele z nich to ludzie odnoszący sukcesy, kreatywni, ambitni. Jeden z uczestników okazał się być znajomym Jeffa, opowiedział mu o tym, a Jeff na to: „o, też tak chcę”.
I jak było?
Dobrze. Poza logistyką, z jaką musiałem się wcześniej zmierzyć. Sam Jeff był bardzo miły, niezwykle pozytywnie nastawiony, zabawny, zaangażowany, w pełni obecny. Ale myślę, że raz wystarczy, nie poszedłbym z nim na kolejny spacer (śmiech). A to dlatego, że sama organizacja była dość irytująca, szczególnie to niekończące użeranie się z jego asystentami. Nie lubię nikogo traktować w sposób szczególny podczas wędrówek i Jeffa też nie traktowałem inaczej, ale koordynacja tego przedsięwzięcia wiązała się z wieloma specjalnymi ustaleniami. Mimo to – ostatecznie – było warto. Mieliśmy cztery dni na rozmowy o biznesie, życiu, badaniach i przeróżnych sprawach.
Fajnie było nieco odczarować jego wizerunek i dostrzec w nim po prostu człowieka, ale jednocześnie utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nikt nie powinien mieć możliwości zgromadzenia aż tylu pieniędzy. System jest wadliwy, skoro pozwala komuś skumulować tak wielkie bogactwo. Bo choć Jeff jest sympatycznym człowiekiem, nie różni się zbytnio od ciebie czy ode mnie. I w tym sensie nie zasługuje na posiadanie, powiedzmy, 400 miliardów dolarów czy jakiejkolwiek innej zawrotnej kwoty. To szalona dysproporcja władzy, która niekoniecznie odzwierciedla wartość samego człowieka.
Chodzenie wydaje się być dla ciebie formą terapii, medytacji, czymś duchowym. Pomagają w tym zasady, których przestrzegasz i rzeczy, których programowo nie robisz podczas marszu.
Zasady są kluczowe. Chodzi o to, by się odciąć i nie dać się rozpraszać. To istotna sprawa: jak funkcjonować w dzisiejszym świecie, w którym nasza uwaga jest nieustannie atakowana przez korporacje? Walczą one o nasze spojrzenia dla zysków z reklam, budując odpowiedniki cyfrowych kasyn, automatów do gry czy maszyn stymulujących wyrzut dopaminy, zwał, jak zwał. Jak się od tego uwolnić? W jaki sposób przypomnieć sobie, jak wyglądało nasze życie, zanim pojawiło się to urządzenie, które trzymam teraz w dłoni i dzięki któremu z tobą rozmawiam?
Dla mnie praktykowanie radykalnego trybu offline podczas wędrówek okazało się kluczowe. Powiedziałbym, że przez ostatnie siedem czy osiem lat pomagało mi ono pamiętać, jak to jest mieć kontrolę nad swoim umysłem. Jak to jest przeżyć cały dzień bez serwisów społecznościowych, bez „lajków” czy innych tego typu bzdur. Brak wiadomości, brak zabijaczy nudy, bo przecież, gdy tylko mamy chwilę wolnego, odruchowo chwytamy za telefon… Przełamanie tego cyklu i tych nawyków to jedna z największych zalet wędrowania offline.
Do tego dochodzi dyscyplina: całodniowy marsz, a wieczorem trzymanie się zasady, że muszę pisać przez trzy, cztery godziny, obrobić zdjęcia, coś opublikować. Taki harmonogram – powtarzany dzień po dniu – uczy mnie, jak świadomie przeżyć dzień, w który angażuję zarówno moje ciało i umysł. Jak to jest czuć empatię do ludzi i starać się do nich dotrzeć tam, gdzie się akurat znajdują. Wsłuchuję się w ich historie, w jakimś sensie daję im głos. Łączenie tego wszystkiego z samym aktem chodzenia to najprostsza droga, by znaleźć się w specyficznym stanie ducha, ale w codziennym życiu trudno mi o takie odczucia.
Pisałeś też – albo mówiłeś w jednym z wywiadów – że te spacery są dla ciebie trochę jak wizyta w kościele?
Bezdroża półwyspu Kii faktycznie emanują inną energią, może właśnie dlatego wytyczono tam szlaki pielgrzymkowe. Myślę, że to dodatkowo wzmacnia duchowy wymiar wędrówki. Ale w stwierdzeniu, o które pytasz chodziło mi o coś zupełnie innego, a mianowicie o utratę duchowości. Jako społeczeństwo zaszliśmy niezwykle daleko dzięki naszej skłonności do wiary. To religia pozwoliła nam ze sobą współpracować i wspólnie działać. Tymczasem nowoczesność sprawiła, że straciliśmy wiarę. Dlatego dla kogoś takiego, jak ja – w dużej mierze ateisty czy agnostyka – odnalezienie zdrowej duchowości nie było łatwe. Czujemy pustkę i wypełniamy ją TikTokiem czy Instagramem. To jeden z powodów, dla których serwisy społecznościowe tak zdominowały nasze życie. Możliwość wypełnienia tej pustki chodzeniem i doświadczeniami towarzyszącymi wędrówce to dla mnie wielkie szczęście. Uwielbiam to robić, wtedy bardziej kocham ludzi i siłą rzeczy samego siebie. Dlatego też mówię znajomym: „po prostu ruszajcie w drogę”.
Z jednej strony wydaje się to takie proste i oczywiste, a z drugiej – tak trudne do zrealizowania.
Wiem, wiem, na tym właśnie polega cały paradoks.

