Morze Martwe. W poszukiwaniu ukrytych miejsc i zaginionych pomników przeszłości w Palestynie
W drugim dniu świąt Bożego Narodzenia 2022 roku padał ulewny deszcz. Chcieliśmy przejechać samochodem z położonego na wyżynach centralnych Ramallah nad Morze Martwe – którego brzegi oraz lustro wody znajdują się czterysta dwadzieścia siedem metrów poniżej poziomu morza – ale po licznych doniesieniach o błyskawicznych powodziach w dolinach rzek okresowych spływających do morza postawiliśmy przełożyć naszą wycieczkę.
W ostatnich czterech latach mieliśmy zimą obfite opady, lecz ich wpływ na poziom wody w Morzu Martwym był znikomy.
W 2022 roku poziom ten obniżył się o 1,27 metra, o jedenaście centymetrów więcej niż w poprzednim roku. Od trzydziestu lat spada przeciętnie o metr w ciągu roku. Przez wiele dekad znajdowaliśmy tam piękno, przestrzeń i pocieszenie. Teraz jednak, tuż przed Nowym Rokiem, myśleliśmy o naszej pierwszej popandemicznej wyprawie nad Morze Martwe z drżeniem serca, nie wiedzieliśmy bowiem, co zastaniemy.
To bezodpływowe, śródlądowe jezioro usytuowane w najniższym punkcie Wielkiej Doliny Ryftowej – jego brzegi stanowią najniżej położone elementy naturalnej rzeźby terenu na Ziemi – jest narażone na rozmaite niebezpieczeństwa. Powstało, gdy dwie płyty tektoniczne rozsunęły się, tworząc tak zwane Wielkie Rowy Afrykańskie, rozciągające się od południowej Turcji po Mozambik. Morze Martwe jest wtulone między góry Moabu od wschodu a klify wznoszące się nad naszymi zachodnimi brzegami, gdzie spędziliśmy wiele pamiętnych chwil.
Czas w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku spędzany na tamtejszej publicznej plaży En Gedi, gdzie często spotykaliśmy się z przyjaciółmi, by cieszyć się swoim towarzystwem i doznaniem unoszenia się na słonej wodzie tego najbardziej tajemniczego z jezior, był iście sielankowy. Wiele palestyńskich rodzin zażywało tutaj kąpieli i urządzało pikniki na plaży, na ślicznym piaszczystym odcinku wybrzeża, na który dało się dojechać z Zachodniego Brzegu po 1967 roku i po wybudowaniu przez Izrael nowej drogi kilka lat później.
Dzisiaj izraelski checkpoint zagradza drogę zarówno tym rodzinom, jak i większości naszych przyjaciół z dowodami tożsamości z Zachodniego Brzegu.
Sama plaża jest natomiast zamknięta dla wszystkich, gdyż pojawiło się nowe niebezpieczeństwo w postaci lejów krasowych, tych oznak zmian klimatycznych, które erodują ziemię wokół wysychającego Morza Martwego. Masowe przekierowywanie wód Jordanu, głównego źródła wody dla Morza Martwego, powoduje, że poza zimowymi deszczami do jego północnych brzegów dociera jedynie strużka. Tymczasem coraz więcej wody wykorzystuje przemysł wydobywczy minerałów. Cofające się morze zostawia za sobą pokłady soli, a te z kolei zapadają się, tworząc leje o głębokości dochodzącej nawet do stu pięćdziesięciu metrów i dwukrotnie większej szerokości. Leje te nie zawsze są widoczne na pierwszy rzut oka, a według ostatnich obliczeń powstało ich w sumie co najmniej sześć tysięcy. Czterdzieści lat temu nie było ich wcale.
Mimo wszystko w ostatnich dniach roku, kiedy przestało padać, ale Ramallah nadal spowijały mgła i chłód, Morze Martwe wezwało nas do siebie. A że przybyło nam lat i nastały mroczniejsze czasy, jadąc tam, nie mieliśmy pewności, czy uda nam się odtworzyć magię naszych wcześniejszych pobytów nad zanikającym morzem.
W połowie drogi z Jerozolimy odetchnęliśmy z ulgą na widok pstrokato udekorowanego wielbłąda, który wskazuje poziom morza – dyżurował zupełnie jak dawniej na poboczu, a turyści mogli wsiadać na niego i dokumentować swój pobyt w tym miejscu za pomocą zdjęć.
Był to dla nas upragniony znak, że wydobywamy się z pandemii, która przyniosła wyraźny spadek ruchu turystycznego w tym miejscu. Po chwili po raz pierwszy ukazało się nam morze. Ten moment jest zawsze lekkim szokiem ze względu na kontrast między błękitną wodą a spieczonym słońcem pustkowiem otaczającym Jerozolimę.
Kiedy Raja był dzieckiem, na pustej działce po prawej stronie drogi, w pobliżu zjazdu w kierunku Morza Martwego, widywało się gromadę wielbłądów czekających na udział w popularnych wyścigach organizowanych za czasów władzy jordańskiej na Zachodnim Brzegu. Teraz jedyne wielbłądy to atrakcje dla turystów.
Po lewej mieliśmy opuszczony budynek bez dachu, otoczony śmieciami i nieco oddalony od brzegu. Były to ruiny Lido, założonego na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku ulubionego miejsca wycieczkowego palestyńskich rodzin w czasach przed izraelską okupacją Zachodniego Brzegu. Jedno z ukochanych wspomnień Raji z dzieciństwa wiąże się z rodzinnymi wyprawami na ten właśnie północny kraniec Morza Martwego w księżycowe wieczory. Jego rodzina parkowała przy plaży i pokonywała pieszo krótką odległość do morza. Dobra znajoma Olive George przywoziła ze sobą akordeon i na nim przygrywała. Te wieczory miały w sobie magię, blask księżyca połyskiwał na gładkiej, pozbawionej fal tafli wody. W pobliskiej Restauracji Lido często siedziało pełno zadowolonych klientów.
Teraz nazwę Lido nosi już tylko bar na stacji benzynowej przy skrzyżowaniu.
Przeszliśmy przez ten lokal, wypełniony Izraelczykami, z garstką palestyńskich rodzin z Izraela. Większość pracowników stanowili Palestyńczycy z Jerycha. Słyszało się i arabski, i hebrajski, ale do naszych uszu dolatywał przede wszystkim głośny hebrajski. Było to popularne, gwarne miejsce. Jednak po skorzystaniu z usługi na stacji benzynowej nie mogliśmy znaleźć w sobie chęci, żeby zrobić przystanek i przejść drogą prowadzącą do pozostałości pierwszego Lido, które stanowiło palestyńską własność. Nie chcieliśmy, żeby ten przykry widok odebrał nas przyjemność związaną z wycieczką.
– Zatrzymamy się tu po drodze, jak będziemy wracali – zadecydował Raja – kiedy Morze Martwe i wędrówka po rezerwacie En Gedi rozproszą nasze zimowe smutki.
Oto ono – jego woda mieniła się bladym błękitem, który w promieniach słońca zamieniał się w turkus, a po wschodniej, jordańskiej stronie wznosiły się różowe urwiste zbocza gór Moabu.
Choć napływające masowo doniesienia o nieubłaganym kurczeniu się Morza Martwego były nam nazbyt dobrze znane, na chwilę pozwoliliśmy sobie zapomnieć o najnowszych alarmujących wieściach i chłonąć przynajmniej piękno, jeśli nie sól z tego najbardziej słonego akwenu na planecie, mieszczącego w swoich wodach dziesięć razy tyle soli co oceany.
Brzegi były obstawione tablicami z ostrzeżeniem o lejach krasowych. Tylko co zrobić z tymi ostrzeżeniami?
Wiedzieliśmy, że gdyby grunt miał się osunąć nam spod stóp – albo, co gorsza, spod samochodu – stałoby się to nagle i bez ostrzeżenia. Przewiduje się, że w najbliższych dwóch latach liczba lejów się podwoi.
Prognoza, owszem, trudna do zignorowania. Morze, na które spoglądaliśmy na naszej zimowej wycieczce, wydawało się równie odległe jak nasze młodzieńcze nadzieje i animusz. Ale też, jak sobie przypomnieliśmy, Morze Martwe to najmłodszy z większych naturalnych zbiorników wodnych na świecie – ma „tylko” dwanaście tysięcy lat. Jezioro Lisan, które istniało przed nim, powstało siedemdziesiąt tysięcy lat temu i było sześć razy dłuższe niż obecne morze, rozciągało się poza Tyberiadę. Urwiska, które tak podziałały nam na wyobraźnię – zarówno gór Moabu po wschodniej stronie, jak i klify jerozolimskich pustkowi, które mieliśmy za sobą – były znacznie starsze.
Czerwony piaskowiec nubijski stanowiący wierzchnią warstwę skał Moabu liczy sobie jakieś czterysta milionów lat, jest więc o wiele starszy niż sam Rów Jordanu, który uformował się trzy miliony lat temu. Geologiczna skala czasu, trudna do ogarnięcia myślą, powinna być brana pod uwagę szczególnie teraz, gdy ludzkość w antropocenie pędzi na złamanie karku ku kolejnym katastrofom. Jest to zarówno pocieszenie, jak i wyzwanie dla myślenia zawężonego do naszej planety.
Docieramy do rezerwatu przyrody En Gedi, fantastycznej oazy o czterech źródłach w dwóch kanionach, które wznoszą się nad Morzem Martwym szeregiem wodospadów.
Przez dziesiątki lat ten rezerwat był bezpiecznym schronieniem zarówno dla nas podczas naszych wędrówek, jak i dla dzikich zwierząt – zwinnych koziorożców nubijskich, dostojnych kóz bezoarowych, które można spotkać na skałach nad Morzem Martwym, oraz góralków, skromnych zwierzątek chroniących się w tutejszych krzakach i rozpadlinach skalnych. Lampart arabski, który tam niegdyś grasował, został wytrzebiony przez myśliwych i uznany za gatunek wymarły, choć jednego samotnego samca widziano niedaleko południowych brzegów Morza Martwego w 2017 roku.
(…)
Za każdym razem trudno zdecydować, który z dwóch kanionów poddać eksploracji danego dnia, ale w końcu wybraliśmy ten z najbardziej niesamowitymi wodospadami – Wadi Sidar (nazwany od krzewu jujuby) w języku arabskim albo Wadi Dawid (od króla Dawida) po hebrajsku. Nie byliśmy odosobnieni w swojej decyzji, bo oprócz nas ściągnęli tu amerykańscy i japońscy turyści, a niezliczone autokary zwoziły kolejne grupy izraelskich nastolatków. Nie dziwiło nas, że mądre koziorożce wybierały skały za wysokie dla niezdarnych istot ludzkich. Jesteśmy zaiste bardzo hałaśliwym gatunkiem.
Mimo to, gdy wchodziliśmy po wyrzeźbionych w skale stopniach wzdłuż wodospadów – dziękując w duchu strażnikom rezerwatu za szalenie przydatne poręcze – odgłosy paplaniny przycichły, a ich miejsce zajął szum wody. En Gedi wciąż było azylem. W trakcie odpoczynku przy sadzawce szukaliśmy wzrokiem koziorożców na skałach nad naszymi głowami, ale widzieliśmy tylko poszarpane granie i czyste zimowe niebo. Kiedy w pobliżu nas coś zaszeleściło, Penny szepnęła:
– Patrz, góralek.
Lecz odpowiedź Raji ją rozczarowała:
– Widziałem ich milion.
To fakt, że góralek wygląda jak krzyżówka szczura z przerośniętą świnką morską, ale ma szlachetnych krewnych: jego dalekimi kuzynami są słonie i zebry.
– Sam widzisz, Rajo – zauważyła Penny.
Odłożyliśmy na moment przytyki i niechętnie wróciliśmy ze wspinaczki, wyznaczywszy sobie mniej wzniosłą misję: ustalić miejsce, gdzie w latach osiemdziesiątych XX wieku znajdowała się plaża publiczna En Gedi, i zbadać ten teren dzisiaj, aby spróbować zrozumieć przyszłość Morza Martwego.
Po wyjeździe z rezerwatu niepewnie pokonaliśmy dwa ronda na nowej drodze, zbudowanej, a potem przebudowanej z ominięciem wkraczających tu lejów krasowych, z których część mogłaby spokojnie połknąć zbłąkany samochód. Naszą uwagę zwrócił podłużny fragment terenu za nowym przystankiem autobusowym usłany ogromnymi głazami, ale stwierdziliśmy, że leży zbyt wysoko nad poziomem wody, by kiedykolwiek pełnić funkcję plaży. Ale już chwilę potem, obracając się, znaleźliśmy ją: kawał starej, nieużywanej drogi wysadzanej palmami i sporej wielkości wypłaszczony brzeg – oto nasza plaża!
– Spójrz, spójrz! – zawołał Raja z przejęciem.
Kilka gazeli zbiegło ze wzgórza w pobliżu rezerwatu, przeskoczyło ogrodzenie, przemknęło przez nową szosę i zdążało w stronę brzegu morza, zwykle nieuczęszczanego przez te górskie zwierzęta, które podobnie jak koziorożce wolą wyżej położone miejsca.
Co one tu porabiały? Smukłe gazele szły gęsiego wzdłuż brzegu, ostrożnie stawiając kroki, aby uniknąć lejów, w kierunku grupy palm daktylowych. Wszystko stało się dla nas jasne po chwili, gdy spróbowaliśmy się postawić w ich sytuacji. Dwa stanowiska palm daktylowych koło rezerwatu zostały ogrodzone po stronie bliższej drogi – by chronić nas, głupich ludzi, przed wejściem na ten teren i napotkaniem lejów. Od strony brzegu zapewne nie ma ogrodzenia, albo przynajmniej jest w nim luka, dzięki czemu gazele mogą się dostać do swojego ulubionego pożywienia. Przed kilku laty propozycje ogrodzenia palm daktylowych spotkały się ze sprzeciwem, gdyż ich owoce były również pokarmem dla koziorożców. Miejmy nadzieję, że i one znalazły sposób na obejście ludzkich planów. Co prawda, jest bardzo mało prawdopodobne, że jeszcze kiedykolwiek przyjdzie nam cieszyć się tą plażą, jednak odjechaliśmy z nadzieją, że koziorożce i gazele będą nadal trafiały do palm daktylowych, by posilać się ich owocami.
W drodze powrotnej zachwycaliśmy się zmienną barwą wody, kiedy promienie zachodzącego słońca padały na góry Moabu, a te odbijały się różowymi smugami na tafli. Po dotarciu na północny kraniec Morza Martwego wyruszyliśmy w stronę Starego Lido. Nadszedł czas przejść się opuszczoną drogą i zwiedzić jego pozostałości.
Budynek zastaliśmy w ruinie, nietknięte były tylko jego dwie boczne ściany, które niczym stwór z rozdziawioną paszczą gapiły się beznamiętnie na coraz bardziej się oddalające Morze Martwe, już teraz odległe o kilka kilometrów.
Na stopniach prowadzących w dół, na opustoszały fragment skalistej plaży, siedziała grupka młodych chłopaków i dziewczyn, którzy śmiali się i debatowali z przejęciem, ewidentnie paląc marihuanę. Kiedy usłyszeli, że się zbliżamy, umilkli, może z obawy przed naszą reakcją. Patrząc na nich, uświadomiliśmy sobie, że są zbyt młodzi, by pamiętać jezioro w całej jego minionej krasie, więc ruszyliśmy dalej, a ich zostawiliśmy w spokoju, by cieszyli się choć tym, co pozostało z tych znikających wód.
Gdy wracaliśmy do zimnego Ramallah, myśleliśmy nie o niebezpieczeństwie wpadnięcia w leje krasowe nad brzegiem, lecz o widowiskowo pięknej linii brzegowej z pokładami skrystalizowanej soli uformowanymi w rozmaite kształty, przypominające raz to dziwne jaskinie, raz to stalagmity. Kilka miesięcy później zwiedzaliśmy nową wystawę w Muzeum Izraela, zatytułowaną The Burning Sea [Palące morze] izraelskiej artystki Sigalit Landau. Byliśmy ciekawi, jak potraktowała ona owe tajemnicze formy. Przez wiele lat fotografowała Morze Martwe i tworzyła rzeźby przy użyciu pozyskanej z niego soli – od chrzcielnicy po parę pokrytego jej kryształami obuwia roboczego, które umieściła w dziwnym miejscu, a mianowicie na zamarzniętym morzu koło Gdańska.
W niektórych z solnych rzeźb istotnie kryło się niesamowite piękno, ale Penny zapytała cicho:
– A gdzie samo morze?
Bo choć w jednym prezentowanym filmie kamera śledziła chłopaka chodzącego po linie rozpiętej między dwoma brzegami, to samo Morze Martwe było tam niemal nieobecne.
Czyżby więc pokryte solą rzeźby miały być wszystkim, co pozostanie po drogim sercu, jedynym w swoim rodzaju akwenie, Morzu Martwym, oddziałującym od tylu wieków na ludzką wyobraźnię? Niepokojąca wizja.
(…)
Lecz Morze Martwe jeszcze ciągle z nami jest, mamy je przed oczyma, nawet jeśli z trudem dostrzegamy z Lido cofającą się linię brzegową i nie możemy podążyć śladem gazel na jego obecny skraj. Tak samo jak w przypadku różnych katastrof klimatycznych, które nam grożą, problem nie polega na tym, że nie wiemy, co trzeba by było zrobić – jednym oczywistym przykładem rozwiązania byłoby ożywienie dogorywającego Jordanu, głównej rzeki zasilającej Morze Martwe, przez stanowczy zakaz pobierania z niej wody na różne cele. Rzecz w tym, że nie robimy nic.

