Oderbruch. Odrzańska podróż wyobrażona

Rowerem wzdłuż rzeki
Początek

Leżący na niemieckim brzegu Odry Oderbruch to jeden z najmocniej przekształconych przez człowieka terenów Europy Środkowej

Fot. Artur Czermak, rys. Rafał Reyman

Niegdyś regularnie zalewane ogromne mokradła, po których Odra potrafiła płynąć nawet kilkoma korytami naraz. Teren, który człowiek siłą umysłu inżynierów i mięśni robotników wydarł wodzie pod uprawę roli. Rzekę skrócono o 25 kilometrów, przekopując nowy kanał i zmieniając jej bieg. Jadę więc rowerem wzdłuż Alte Oder, Starej Odry, by zobaczyć, co po niej pozostało. Więź z rzeką sprawia, że choć pozornie nic mnie z tą krainą nie łączy, odnajduję w niej również kawałek swojego dziedzictwa.

To rodzaj podróży, który nazywam wyobrażoną.

(Nie)rzeczywistość

Pierwsze krople deszczu spadły w idealnym momencie – akurat, gdy postawiłem rower pod wiatą piknikową, tuż przy wejściu do Bastionu Filip, gdzie mieści się Muzeum Twierdzy Kostrzyn. Zmierzchało, a deszcz miał według prognoz siąpić do rana. Pomyślałem, że to dobre miejsce na nocleg.

Odpiąłem sakwy, ale gdy wyciągałem namiot nagle obleciał mnie strach. Nie dlatego, że bałem się ludzi. Chodziło właśnie o tę pustkę. O myśl, że na jeden dzień stanę się jedynym mieszkańcem nieistniejącej Kietzenstrasse. I o fakt, że śledzie od namiotu wbijam w ziemię, pod którą wciąż kryje się piwnica stojącej tu niegdyś kamienicy. A tam, parę metrów pode mną? Może nic, bo krótko po zagładzie miasta piwnicę wyszabrował jakiś pijany Buriat. Ale równie dobrze ostatnim, kto do niej wszedł, mógł być przerażony dzieciak z Volkssturmu. Uklęknął pod ścianą, usłyszał wybuch, trzask, a potem hałas ucichł i został tam, klęczący, na zawsze. Nie wiem, ale nie mam już wyjścia, bo leje. Muszę zostać. Podróżuję przez miejsca, których już nie ma.

Spacer ulicami kostrzyneckiej starówki to doświadczenie z pogranicza rzeczywistości. Zbiega się ona bowiem często z wrażeniem nierealności, dotknięciem niematerii, tak jak na wysokości Kostrzyna od zawsze zbiegały się wody wielkich rzek: Odry i Warty. Ze względu na strategiczne położenie, od XVI wieku Stare Miasto zaczęła otaczać twierdza złożona z kilku bastionów i fortów. Zdjęcia sprzed drugiej wojny światowej zdradzają nam, że toczyło się tu zwykłe życie: na parterach kamienic kwitł handel, tramwaj zabierał pasażerów z Rynku, a kościelny dzwon zwoływał wiernych na mszę. Ba, przy kościele stał nawet joannicki zamek rozbudowany przez Krzyżaków.

I niby to wszystko wiem, ale będąc tu już kolejny raz, wciąż trudno mi w to uwierzyć.

Na początku 1945 roku załoga twierdzy miała stoczyć swój ostatni bój. Stąd już rzut kamieniem do Berlina, więc Adolf zarządził fanatyczną obronę przed nacierającą Armią Czerwoną. Dwumiesięczne, zaciekłe walki obróciły miasto w zwały gruzu, pod którymi poległo dziesięć tysięcy osób.

Obecność

By zwiedzić Kostrzyneckie Pompeje, jak czasem nazywa się tutejszą starówkę, trzeba się trochę wysilić, choć wcale nie fizycznie. Łatwo jest bowiem, tym bardziej dziś, podróżować do miejsc bezsprzecznie realnych, namacalnych. Teraźniejszych, nawet jeśli wiekowych. Istniejących. Takich, które możemy dotknąć, sfotografować. Veni, vidi, a czasem – jeśli faktycznie rozumiemy, na co i dlaczego patrzymy – również vici.

Dużo trudniej doświadczyć miejsca, którego nie ma – i to właśnie nazywam podróżą wyobrażoną. Rodzaj obecności, który wymaga zaprzęgnięcia do pracy wyobraźni, wspartej sięgnięciem do źródeł pisanych i starych fotografii, a później, już u celu, wyszukania takich elementów krajobrazu, które posłużą za punkty odniesienia. I kto wie, być może paradoksalnie właśnie w podróży do miejsc nieobecnych, angażującej nie tylko zmysły, ale i wyobraźnię, jesteśmy najbardziej obecni.

Tak przynajmniej czuję się, gdy mijam wyrastające znad bruku schody donikąd. Na kostrzyneckiej starówce zachował się przedwojenny układ ulic, a wzdłuż nich miejscami również przyziemia budynków. Te kilka schodków, które kończą się w gęstwinie zarośli porastających ruiny, to portale do przeszłości tego miejsca. Nie do wielkiej historii, bitew i królów, a zwykłej codzienności mieszkańców, którzy na tym kawałku ociosanego kamienia zostawili tysiące zatartych już śladów.

Niektóre z przyziemi są tak wyraźne, że gdyby patrzeć tylko pod nogi, można by nie zorientować się, że brakuje całej reszty. Stając przed ślepym wejściem, wyobrażam sobie kamienicę, zdobienia na fasadzie i wychodzącą zza drzwi elegancką kobietę albo przyczajonego za winklem cwaniaka w kaszkiecie.

Centralna polana otoczona dziś drzewami to z kolei niegdysiejszy Rynek. Na obraz na siatkówce oczu nakładam widoki ze starych pocztówek, słyszę stukot kopyt, pokrzykiwania fiakrów, gwar. Widokówki z XIX wieku są jednak często przeskalowane. Wszystko wydaje się większe, bardziej przestrzenne – i to wrażenie nie opuszcza mnie również, kiedy próbuję pojąć, gdzie mieściły się tu te wszystkie kamienice, pomnik wojny prusko-francuskiej i renesansowy ratusz. Chwilę później wchodzę jeszcze na dziedziniec starego zamku – ostatniej ofiary trotylu. Zamek przetrwał wojnę w znośnym stanie i w roku 1968 został wpisany na listę zabytków. Najwyraźniej jednak jego niemieckość raziła w oczy radzieckich żołnierzy, którzy stacjonowali na drugim brzegu Odry. Być może to na ich polecenie rok później polscy saperzy wysadzili zamek w powietrze.

Kapsułami czasu są zasypane piwnice. Niektóre rozszabrowano po wojnie. Od czasu do czasu pasjonaci lokalnej historii odkrywają nowe wejścia, usuwają gruz, torują drogę przez wąskie szczeliny – i wyciągają: nieśmiertelnik żołnierza Fritza Andersa z Berlina, karabin ostatniego burmistrza Kostrzyna, hełmy. Albo talerze, widelce, lampy, miski dla psów. Wybrane pamiątki trafiają później do lokalnego muzeum, obok którego spędziłem noc z duchami.

Gdy z rana przestaje padać, pakuję sakwy na bagażnik roweru i wyruszam na drugą stronę Odry, do krainy, która jest głównym celem tej krótkiej podróży – niemieckiego Oderbruchu.

Odrzańskie błota

Przejeżdżam most w Kostrzynie i kieruję się na północ. Niemrawe, szare chmury wiszą nisko nad wałem przeciwpowodziowym, po którego koronie jadę wyasfaltowaną ścieżką. Ciszę przerywa poświstywanie wiatru i krakanie wron. Po prawej rozciągają się szerokie łąki zalewowe. Czasem wśród stada krów przemknie sarna. Drzewa albo rosną, albo leżą – te drugie przyniosła wielka woda. Tuż za nimi płynie bowiem Odra.

Po lewej zaś niemal po sam horyzont ciągną się pola uprawne. Gdzieniegdzie tylko wyrastają z nich kępy drzew, niby wyspy na morzu, wśród których kryją się domy. Na gałęziach przysiadają pustułki i taksują okolicę bystrym spojrzeniem. Mają tu gdzie polować, lubią ten habitat – w końcu to jedne najżyźniejszych terenów rolniczych w Niemczech.

niemcy rowerem
Oderbruch to z niemieckiego „Odrzańskie Błota”. Nazwa może dziś jednak wprowadzać w błąd. Jakie to mokradła, skoro jak okiem sięgnął – wszędzie uprawy?/ fot. A. Czermak


Oderbruch to z niemieckiego „Odrzańskie Błota” czy też „Odrzańskie Mokradła”. Ta nazwa może dziś wprowadzać w błąd. Jakie to mokradła, skoro jak okiem sięgnął – wszędzie uprawy? Nie zawsze tak jednak było. Nazwa regionu wywodzi się jeszcze od jego naturalnego charakteru – czyli niegdyś jednego z największych terenów podmokłych tej części Europy. Wody Odry rozlewały się szeroko po płaskiej jak deska Kotlinie Freienwaldzkiej. Płynęły jak chciały: jednym, dwoma, pięcioma korytami, czasem na szerokości nawet dwudziestu kilometrów.

Swój meandryczny taniec zaczynały jeszcze przed Kostrzynem, na wysokości Lubuszu. Przez kolejnych sześćdziesiąt kilometrów na północ, mniej więcej do Cedyni, tworzyły mozaikę kanałów, stawów i bagien. Wyobrażam sobie brodzące po nich łosie, których już tu nie ma, choć jeden pojawił się w 2016 roku – wiem, bo pisały o tym gazety.

Mieszkali tu właściwie tylko rybacy z dziada pradziada, którzy umieli z tą przestrzenią współistnieć. Domy stawiali na palach, a głównym środkiem transportu były łodzie – szczególnie w trakcie cyklicznych wylewów rzeki. I to właśnie one kształtowały Oderbruch. Przychodziły zazwyczaj dwa razy do roku. Najczęściej na zimę, przez zatory lodowe, lub wczesną wiosną wskutek roztopów, a latem, po obfitych deszczach.

W rejonie było kilka miasteczek: Wriezen, Bad Freienwalde i Oderberg. To pierwsze słynęło z najlepszego na Odrze targu rybnego. Handlować przypływali tu rybacy z całego Oderbruchu. Na straganach królowały szczupaki, miętusy, a nawet jesiotry, dziś już w Odrze nieobecne. Statki, którymi spławiano towary do Szczecina, mogły się zatrzymać na noc albo drobne naprawy również na północy, w Oderbergu – chyba że portem docelowym był Berlin, wtedy przed Oderbergiem musiały odbić na zachód, na wody nowego Kanału Finow – jednej z pierwszych sztucznych dróg wodnych w Europie.

Żegluga po dzikiej rzece nie była łatwa, ale się odbywała. Szyprowie, kapitanowie rzecznych statków, znali Odrę. Wiedzieli, gdzie mogły pojawiać się mielizny, a którędy bezpiecznie przepłynąć.

Tak było tu kiedyś. Po tamtej krainie zostały powidoki, które staram się dostrzec i zebrać.

Wspomniane już punkty odniesienia w procesie wyobrażania. Ze starej nomenklatury pozostała nazwa regionu, a w krajobrazie: dawne koryto rzeki. Odra-Matka. Albo właściwie Odra-Prababka, bo opowieść, którą niosą jej wody, cofa nas jeszcze do XVIII wieku.

Rzeka w służbie króla

Za mną kilkanaście kilometrów w dół rzeki. Ścieżka nieprzerwanie prowadzi wałem, a więc i widoki pozostają niezmienne: po prawej łąki i rzeka, po lewej pola. W pewnym momencie dojeżdżam do stojącego przy ścieżce kamienia pamiątkowego z tablicą z czarnego granitu. Z wyrytego na niej portretowego owalu zerka na mnie dystyngowany mężczyzna w lokowanej peruce, modnej na osiemnastowiecznych salonach. To Simon Leonhard von Haerlem – inżynier, który na zawsze zmienił krajobraz i charakter bagiennej krainy.

Oderbruch był solą w oku pruskiego króla Fryderyka II zwanego Wielkim – tego od pierwszego rozbioru Polski. Już jego ojciec, Fryderyk Wilhelm, chciał obwałować rzekę, żeby powstrzymać powodzie, ale był już za stary na takie przedsięwzięcia. Zajął się tym więc jego syn, który dostrzegł w terenach zalewowych rolniczy potencjał. Była połowa XVIII wieku, środek epoki oświecenia, gdy człowiek zawzięcie uczył się poskramiać naturę dla swoich potrzeb. W związku z tym Fryderyk II, który był przecież fachurą w podbojach militarnych, z dumą stwierdzał nawet, że „zagospodarowywanie terenu interesuje go bardziej od mordowania ludzi”

Król wezwał więc na Oderbruch von Haerlema, znakomitego inżyniera wodnego i budowniczego wałów. Ten uznał, że najłatwiej będzie Odrę… przesunąć. To znaczy skrócić jej bieg o 25 kilometrów, odcinając stare koryto i przekopując kanał wzdłuż wschodniej krawędzi Kotliny Freienwaldzkiej. Jego początek miał się znajdować na wysokości wsi Güstebiese, czyli dzisiejszych Gozdowic, gdzie główne koryto Odry skręcało na zachód w kierunku Wriezen i Bad Freienwalde, a następnie po opłynięciu wzgórza Neuenhagen docierało do Oderbergu. Przekop kończyć się miał na wysokości miejscowości Hohensaaten i być dokładnie obwałowany, by woda zalewowa nigdy już nie wdzierała się na swoje naturalne rozlewiska.

Ponadto von Haerlem zaplanował dokładną regulację pomniejszych ramion Odry w ramach osuszanego terenu, które razem z nowymi kanałami odwadniającymi miały wyprowadzić wodę powierzchniową z Oderbruchu, a tym samym przystosować grunty pod uprawy.

Wielka akcja regulacyjna rozpoczęła się w 1747 roku. Do pracy skierowano m.in. dotychczasowych mieszkańców regionu, czyli rybaków. Najbardziej pracochłonnym i jednocześnie najtrudniejszym zadaniem był przekop kanału o długości niemal dwudziestu kilometrów. To była katorżnicza praca, często w błocie po pas, latem i zimą.

Lotem błyskawicy rozprzestrzeniały się choroby, nie brakowało ofiar. Nic dziwnego, że rybacy na widok swojej małej apokalipsy robili wszystko, by ją powstrzymać. Sabotowali prace, a nocami niszczyli wały, które usypywane były z ziemi pozyskanej z przekopu. W tej sytuacji król, jak to król, wysłał na miejsce wojsko. Rola żołnierzy nie ograniczała się jednak do pilnowania robotników – sami też musieli chwycić za łopaty, a król nadzorował prace podczas osobistych inspekcji.

Mimo wszystkich trudności kanał udało się przekopać w ekspresowym, wydaje się, tempie, bo w sześć lat. Woda płynie nim od 2 lipca 1753. Wtedy to wysadzono w powietrze groblę, która była ostatnią obrończynią starego ładu. Odra wdarła się z impetem w nowe, proste koryto.

Viadrus niezdecydowany

Do Güstebiese dojeżdżam na wieczór. Zatrzymuję się tam, gdzie Odra meandrowała niegdyś ku zachodowi. Patrząc z wału na okolicę, wydaje mi się, że dostrzegam delikatnie zagłębienie w rzeźbie terenu. Faktycznie, potwierdza to zdjęcie satelitarne – to tu.

Kilkadziesiąt metrów przed meandrem na niewielkim wzniesieniu stoi czerwona instalacja. To metalowy pomnik Viadrusa, boga Odry z ludowych wierzeń, który z wiosłem pod ręką pilnuje okolicy. Pomnik ma jednak nietypową formę, bo odrzański bóg wyrzeźbiony jest w dwóch cienkich metalowych płytach krzyżujących się ze sobą na środku. Tym samym spogląda on jednocześnie na zachód i północ. Na stary bieg rzeki, powidok tutejszej natury, i na nowy kanał, symbol kultury. Jakby nie mógł lub nie chciał wybierać tylko jednego. Jakby nie zapomniał o swoich korzeniach.

niemcy rowerem

Znamienne, że pomnik stanął tu w 2009 roku. Może to przypadek, ale w tym samym czasie tuż obok wybudowano pod wałem przepompownię. Stare koryto Odry, które wciąż służy do odprowadzania z pól wód powierzchniowych, często bowiem zamulało się. W takiej sytuacji woda nieruchomieje i cały system przestaje działać. Tymczasem przecież rzeka musi płynąć. Trzeba więc nieustannie czyścić kanały, a to żmudna i powtarzalna praca, dlatego wymyślono prostszy sposób: napędzenie przepływu poprzez wtłaczanie do starego koryta wód z Odry dzisiejszej. Tym samym po 250 latach rzeka wróciła do macierzy – nawet, jeśli tylko symbolicznie.

Zmierzcha już, gdy za jakimś gospodarstwem znajduję ścieżynkę do wąskiego kanału podpisanego Alte Oder, Stara Odra, nad którym rozbijam namiot. To cień byłej potęgi. Kajak by się tu nie zmieścił, a pomyśleć, że to tędy ciągnęły kiedyś wielgachne flisackie tratwy.

Powidoki

Jednocześnie z budową głównego kanału i melioracją bagien rozpoczęła się wielka akcja kolonizacyjna. Pruskie władze, chcąc zachęcić rolników z innych stron królestwa do przeprowadzki, gwarantowały im swobody wyznaniowe, podatkowe czy nawet zwolnienie ze służby wojskowej. Kuszone wizją objęcia w posiadanie ziemi – jak przekonywano – niezwykle żyznej, wyruszały w swoje rolnicze odyseje rodziny z Hesji, Meklemburgii, Saksonii, Wirtembergii, a nawet z Austrii i Szwajcarii.

Pierwszą wsią założoną w 1753 roku było Neulietzegöricke. Dziś jest pomnikiem historii, typową kolonijną ulicówką. Począwszy od niej wszystkie następne budowano według identycznego wzoru. Domy z muru pruskiego stawiano równolegle do głównej drogi, na wszelki wypadek na sztucznych wzniesieniach i z kanałem odwadniającym pomiędzy.

Pierwsi koloniści musieli być zawiedzeni swoją ziemią obiecaną. Melioracja szła wolno, na polach wciąż stało mnóstwo wody, zamiast więc sadzić nasiona, chwytali za łopaty i kopali rowy. Dla miejscowych, wciąż niepogodzonych z losem, byli intruzami. Mimo to osad przybywało. Neubarnim, Neulewin, Neutornow, Neuranft, Neureetz. Wszyskie „neu”, nowe. I tylko z rzadka przewijają się pomiędzy nimi wsie z przedrostkiem „alt” – te, które żyły tu z Odrą.

Mijam ich kilka, gdy zostawiam Neulietzegöricke i dojeżdżam do Wriezen. Choć ich mieszkańcy z rybaków stali się rolnikami, niektóre wsie zachowały dawny układ. Skupione są raczej w okręgu czy trójkącie wokół centralnego placu, a nie, jak wsie kolonizatorów, wzdłuż ulicy.

Wjeżdżając do Wriezen, zatrzymuję się na moście nad Wriezener Alte Oder, jak nazywa się tutejszy odcinek starego koryta. Jest zdziczałe, brzegi są gęsto zarośnięte, a nad lustrem wody pochylają się wierzby. W tym miejscu robi się już jednak znacznie szerzej, spokojnie mogłyby się minąć dwie łodzie wiosłowe, choć kiedyś – nawet parowce. Zza drzew na lewym brzegu wystają dwa ceglane, stożkowe kominy. To piece wapiennicze, które przypominają o starym porcie.

Nie wiem, czy to tutaj funkcjonował sławny targ rybny, bo nie udaje mi się znaleźć na ten temat choćby strzępka informacji. Natomiast współczesny port istniał jeszcze do lat 60. poprzedniego wieku. Jak się bowiem okazuje, Stara Odra – choć odcięta, odrzucona – pozostała istotną w rejonie drogą wodną. Do Wriezen docierała nitka kolei, na którą z barek przeładowywano towary. I choć dziś o szczycie chwały tutejszej żeglugi przypominają już tylko stare ryciny, to Stara Odra wciąż służy człowiekowi. Wpada do niej cały szereg kanałów, zarówno sztucznych, jak i będących pamiątkami po pomniejszych ramionach Odry, które odprowadzają nadmiar wody z pól uprawnych, utrzymując je w optymalnej kondycji rolnej.

Choć tereny Oderbruchu to już nie mokradła, pozostają systemem hydrologicznych naczyń połączonych. Rzeka zmieniła swoją funkcję, ukryła się w rowach melioracyjnych między łanami zboża, ale wciąż jest.

Kawałek na północ od Wriezen znajduję piękne zejście do rzeki z niewielkim pomostem wędkarskim. Stara Odra zaprasza mnie, kusi, ale jest odrobinę za zimno na kąpiel. Wchodzę więc tylko po kolana. To mi jednak wystarcza – czuję ją, a to kolejny dowód, że nie zniknęła. Tymczasem czytając o ujarzmianiu Oderbruchu byłem przekonany, że ze starego koryta nie zostało nic, może poza jakimś zarośniętym kanałem. Musiałem tu przyjechać, żeby przekonać się, że przetrwała.

Przepełniła mnie nieoczekiwana ulga. Jakby bliska osoba, o którą martwiłem się, nie mogąc się do niej dodzwonić, wreszcie odebrała telefon.

Zmienne perspektywy

Mijam Muzeum Odebruchu w Altranft i miasteczko uzdrowiskowe Bad Freienwalde. A właściwie Bad Freienwalde (Oder) – to jego pełna nazwa, mimo że rzeka oddaliła się od niego o osiem kilometrów. Uzdrowisko jest malowniczo położone tuż pod zachodnią granicą Kotliny Freienwaldzkiej, którą wyznacza Płaskowyż Barnim. Tworzy się tu swego rodzaju naturalny stopień – nagle nad kotlinę wyrastają ponad stumetrowe wzgórza.

Zostawiam je z lewej strony i jadę dalej na północ: na wyspę Neuenhagen. Kiedyś była właściwie kępą wysoczyznową, czyli częścią moreny polodowcowej. A mówiąc jeszcze prościej: wybrzuszeniem w płaskim terenie, które Odra opływała od zachodu. Nowy kanał rzeki przekopano jednak po wschodniej stronie wzniesienia, odcinając je tym samym od lądu.

Bramą na wyspę jest dla mnie most w Schiffmühle. Stara Odra płynie pod nim niemal na wysokości morza, a najwyższy punkt wzgórza Neuenhagen wznosi się na 90 metrów. Instynktownie szukam na mapie jakiegoś punktu widokowego, ale nie znajduję go.

Nachodzi mnie myśl: czy kilkaset lat temu mieszkańcy Oderbruchu potrafili cieszyć się pięknem swojej krainy? Czy mieli sekretne punkty widokowe, gdzie zabierali rodziny na zachód słońca? Jakie emocje wywoływał w nich wiosną widok kilometrów zalanych łąk? Kochali je, podziwiali? Przecież wiemy, że sabotowali zarządzone przez króla przekształcanie krajobrazu. A może wpadam w pułapkę romantyzowania, bo tak naprawdę przez wszystkie trudności, które Oderbruch stwarzał, szczerze go nie cierpieli, a bronili go jedynie ze strachu przed nieznanym? Może przerzucenie się z rybołówstwa na rolnictwo wyszło im na dobre?

Łatwo nam oceniać ujarzmianie natury przez poprzednie pokolenia z dzisiejszej perspektywy. Dziś nauka mówi jasno, że mokradła są nam niezwykle potrzebne. Wiążą ogromne ilości dwutlenku węgla, a osuszanie powoduje jego emisję do atmosfery, potęgując zmiany klimatyczne. Bagna i torfowiska to magazyny wody, którą czerpią z roztopów, obfitych deszczów i wylewów rzek. Zatrzymują ją w krajobrazie, stopniowo i powoli oddając glebie. Gdy ich nie ma, cenna słodka woda ucieka nam przez palce, a w konsekwencji mierzymy się z suszą hydrologiczną. Nie wspominając już nawet o tym, że mokradła to siedliska bioróżnorodności flory i fauny.

Z pozycji wygodnego fotela łatwo zapomnieć, że od zarania dziejów wszystkie działania naszych przodków miały na celu polepszenie warunków ich życia. A głównym czynnikiem, który je utrudniał, była właśnie kapryśna natura. Nie znając długofalowych skutków tych działań, kolejne pokolenia wierzyły więc, że przekształcając ją, zmieniają świat na lepsze.

Alte Oder wiecznie żywa

Po drugiej, północnej stronie wzgórza Neuenhagen leży Oderberg – chyba najsłynniejsza ze staroodrzańskich miejscowości. Nad odcinkiem rzeki góruje kilka domów szachulcowych wybudowanych tuż pod stromą, czterdziestometrową skarpą, od której miasto wzięło swoją nazwę. Zza niej panoramy dopełnia jeszcze neogotycka wieża kościoła św. Mikołaja.

Koryto Starej Odry, które przecina Oderberg na pół, jest tu szerokie na kilkadziesiąt metrów. Musi być, bo to ostatni jej odcinek wciąż wykorzystywany do żeglugi, zupełnie jak czterysta lub więcej lat temu. Choć flisackie tratwy i szkuty ze zbożem pływały tędy już wcześniej, ruch na rzece ożywił się w 1620 roku, po otwarciu jednej z pierwszych sztucznych dróg wodnych Europy, czyli Kanału Finow.

niemcy rowerem
Koryto Starej Odry, które przecina Oderberg na pół, jest tu szerokie na kilkadziesiąt metrów / fot. A. Czermak

Kanał, który zaczynał się właśnie w Oderbergu, stanowił wówczas cud hydrotechniki, w skład którego na dystansie czterdziestu dwóch kilometrów wchodziło dwanaście śluz do pokonywania różnic w wysokości terenu. Na długo przed osuszeniem Oderbruchu połączył on Odrę z leżącą dalej na zachód Hawelą, umożliwiając tym samym transport towarów między Berlinem a portem morskim w Szczecinie. Nie podziałał jednak długo, bo zniszczenia wojny trzydziestoletniej wyłączyły go z użytku na kilka kolejnych dekad. Jego odbudowę przeprowadził w połowie XVIII wieku nie kto inny jak znany nam już z kart odrzańskiej historii Fryderyk II. I od tamtego czasu kanał pozostawał motorem napędowym brandenburskiej gospodarki, a stolicę Prus zaopatrywał w plony z nowopowstałych pól uprawnych.

Ze względu na położenie Oderberg jako jedyne miasto w Oderbruchu wyszedł bez szwanku z bagiennej apokalipsy, praktycznie nie zmieniając swoich funkcji. Nowy przekop Odry odsunął jej główne koryto od miasta, to fakt, ale ze względu na istniejący kanał życie dalej kręciło się wokół rzeki. Długo jeszcze przetrwały tu tradycje rybackie, kwitło portowe życie, a lokalne stocznie produkowały i naprawiały łodzie, o czym świadczą licznie zachowane widokówki sprzed stu i więcej lat.

Znaczenie miasta nie zmalało też, gdy przestarzały Kanał Finow zastąpiono nowym, otwartym w 1914 roku kanałem Odra-Hawela – bo i on wiódł przez Oderberg.

Wcześniejsza, siedemnastowieczna droga wodna była na początku ubiegłego stulecia nieustannie zakorkowana, bo ilość barek wzrastała, a śluzy wymagały ciągłych napraw. Przepłynięcie czterdziestokilometrowego odcinka mogło zajmować nawet dwa tygodnie, czyniąc transport rzeczny równie mozolnym, co lądowy. Rozwiązaniem był nowy kanał, który wykorzystywał innowacyjne rozwiązanie inżynieryjne: podnośnię statków.

Wybudowano ją kilkanaście lat później w nieodległej miejscowości Niederfinow, leżącej na zachodniej krawędzi Kotliny Freienwaldzkiej. Ta krawędź to nic innego jak wyniesienie terenu, które barki dotąd musiały Kanałem Finow opływać. Teraz, dzięki podnośni, miały być podnoszone o trzydzieści sześć metrów w wielkiej żelaznej wannie na szczyt wzgórza, dalej wykorzystując już tylko naturalny spadek terenu – sunęły jak po zjeżdżalni, tak, że nie trzeba było na trasie budować kolejnych spowalniających żeglugę śluz. Nie znaczy to jednak, że Kanał Finow popadł w zapomnienie. Do dziś wykorzystywany jest turystycznie przez wodniaków, stanowiąc – tak jak podnośnia w Niederfinow – jedną z atrakcji regionu.

Dziedzictwo rzeki

Tego wszystkiego dowiaduję się m.in. z lokalnego Muzeum Żeglugi Śródlądowej (MŻŚ). To zdecydowanie najciekawsza z (wciąż nielicznych) instytucji poświęconych historii Odry.

Ekspozycję otwiera makieta panoramy Oderbergu z przełomu XIX. i XX. wieku. Wydaje się przerysowana, wręcz niedorzeczna. Parowe holowniki i barki żaglowe ciągną na niej jedna za drugą w obu kierunkach, jakimś cudem nie taranując się nawzajem ani nie wpadając w koło młyńskie. Ba, pomiędzy nimi przeciskają się jeszcze pomniejsze łodzie rybackie.

A jednak, jeśli sięgniemy do starych pocztówek, to zobaczymy, że taka kompozycja to nie wymysł muzealników. W nurcie faktycznie było tłoczno. Najwięcej pływało w okolicy barek typu finowskiego, czyli konstruowanych tak, żeby mieściły się w ciasnych śluzach starego kanału. Kadłuby były wąskie, ale nadrabiały długością, sięgającą nawet czterdziestu metrów.

Szczegółową, całkiem sporą replikę tzw. finowki oglądam w kolejnej części ekspozycji, tak samo zresztą jak i całą masę innych: od najstarszych szkut, przez tzw. berlinki, pływające między Berlinem a Szczecinem (a także po Wiśle przez Kanał Bydgoski) po późniejsze motorowe barki typu wrocławskiego, zwane breslauerkami. Jest ich wszystkich w muzeum chyba z setka.

Mam słabość do tych modeli, więc z zaciekawieniem przyglądałem się szczegółom konstrukcyjnym, których często nie sposób dostrzec na archiwalnej fotografii: zadartej kafie, czyli podniesionemu, zagiętemu ku górze dziobowi zmniejszającemu opór wody, czy mocowaniu żagla rozprzowego używanego, gdy wiatr szczęśliwie wiał od rufy. Szczęśliwie, bo gdy nie wiał, kilkusettonową barkę płynącą w górę rzeki trzeba było burłaczyć, to znaczy holować siłą mięśni na długich linach z brzegów. Skanuję te repliki wzrokiem i zapisuję ich trójwymiarowy obraz w pamięci. To niezwykle pomocne dla wyobraźni przestrzennej, w której później staram się ożywić kadry z czarno-białych klisz.

Spodziewałem się, że wystawa mnie zaciekawi – nie przypuszczałem jednak, że będzie miała również swój wymiar sentymentalny. W pewnym momencie moją uwagę przykuły dwie plansze poświęcone odrzańskim stoczniom. Choć na przestrzeni wieków większych i mniejszych szkutni istniały setki, muzealna narracja wspomina tylko dwie: szczecińską Stettiner Oderwerke i wrocławską stocznię Caesara Wollheima. Ta druga znajdowała się w podmiejskiej wsi Cosel. Dziś to Kozanów – spore blokowisko nad Odrą z końcówki lat osiemdziesiątych, na którym mieszkam od urodzenia. Mój dom.

Do starej stoczni mam trzy, może cztery minuty na piechotę. Dziś nie słychać tu krzyków ani metalicznego stukotu towarzyszącego nitowaniu blachy, a śpiew rudzików pochowanych w gęstwinie, która zarosła okolicę. W basenie portowym funkcjonuje niewielka przystań: jest pomost, cumują ze dwie żaglówki i jakaś łódka. W krajobrazie zachowały się jednak elementy świadczące o pierwotnym przeznaczeniu zatoczki, na czele z pochylnią, na której budowano, a później wodowano statki. Od małego znam dobrze stare zdjęcia tego miejsca, swego czasu przestudiowałem na nich każdy szczegół.

Wiedziałem, że była to jedna z najnowocześniejszych stoczni na Odrze, która budowała statki dla całej Europy. Zamówienia potrafiły przychodzić nawet z Sankt Petersburga czy Konstantynopola. Trzy ze zwodowanych tu statków weszły nawet z czasem w skład Marynarki Wojennej II RP. Nie znałem jednak liczb. Ze zdumieniem czytałem więc, że w ciągu pierwszych dwudziestu lat istnienia stocznia wyprodukowała ponad 500 jednostek – nowe statki zjeżdżały pochylnią raz na dwa tygodnie.

Takie statystki jednak, choć imponujące, pozostają zazwyczaj abstrakcyjne, dopóki brak im jakiegoś punktu odniesienia, wizualizacji, namacalnego dowodu. Z pomocą przychodzą tu kolejne muzealne modele. Ot, choćby taki parowiec kołowy CW X: długi na ponad pięćdziesiąt metrów i szeroki na dziesięć. Owoc pracy tuzinów robotników, być może okupionej wypadkami, utratą zdrowia; maszyna, której później drugie tyle żeglarzy poświęciło kawał życia.

To wszystko historia, która sto lat temu działa się w miejscu, skąd pochodzę. Historia zapomniana, a przecież warta ocalenia. Nawet mimo tego, że to jednocześnie historia kompletnie mi obca, bo nie dość, że nie mam nic wspólnego z żeglugą śródlądową ani szkutnictwem, to jeszcze jestem zwolennikiem rzek dzikich, nie służących za autostrady dla barek. Nie chciałbym ich powrotu na Odrę i kolejnych regulacji koryta.

Paradoksalnie jednak przepełnia mnie poczucie, że właśnie to jest moje dziedzictwo. Zupełnie jakbym oglądał rodzinny album, a nie muzealną wystawę. Dziedzictwo rzeki.

W poszukiwaniu Odry-prababki

Na Ziemiach Odzyskanych wszyscy są skądś. To utarty frazes, ale do bólu prawdziwy. Stały się one sceną największej wymiany ludności w nowożytnej historii Europy. Również ja nie mam tu korzeni, choć urodziłem się we Wrocławiu dokładnie pół wieku po wojnie i czuję silny związek z regionem. Jestem Wrocławianinem, to na pewno.

Co mógłbym jednak odpowiedzieć na pytanie o moją odziedziczoną spuściznę? Nie mogę się pochwalić dziadkami z Kresów. Nikt z mojej rodziny nie był w AK. Nie walczył w powstaniu, nie był krakowskim profesorem ani artystą, legionistą Piłsudskiego ani nawet nie zginął w żadnym obozie. Ba, połowa mojej rodziny od strony mamy pochodzi z Bałkanów i sami mają pewnie podobną zagwozdkę, bo są urodzonymi w Bułgarii Turkami.

Znaczna część mojego dorosłego życia upłynęła mi na podróżach. Wyjeżdżałem to na miesiąc, to na rok, zazwyczaj daleko: na Bliski Wschód, w Himalaje, do Azji Centralnej albo Ameryki Południowej. Spotykałem przedstawicieli ludzi z różnych kultur, którzy mimo globalizacji doskonale znali i pielęgnowali swoje korzenie. Być może to właśnie dlatego w pewnym momencie sam zacząłem pochylać się nad kulturową identyfikacją samego siebie.

Zbiegło się to z czasem, kiedy w trakcie spacerów nad Odrą, nad którą przecież mieszkam od urodzenia, coraz częściej ciekawiło mnie, co jest za ostatnim jej meandrem, który widzę na co dzień. Postanowiłem więc, że tym razem zamiast jechać gdzieś na drugi koniec świata, przepłynę kajakiem swoją rzekę. Szybko miało się okazać, że ta najmniej odległa z podróży stanie się zarazem jedną z najbardziej fascynujących.

Zobaczyłem przede wszystkim przepiękne, a mało znane zakątki Polski, jak Graniczne Meandry Odry, Kraina Łęgów Odrzańskich czy Międzyodrze. Poznałem też jednak historię ludzką. Opowieści o regulacjach i ujarzmianiu rzeki, wielkiej żegludze i jej wpływie na rozwój nadodrzańskich miast i wsi.

W pewnym momencie zorientowałem się, że im bardziej poznaję rzekę, tym mocniejszą czuję z nią więź. I że właśnie to jest to, co łączy mnie z poprzednimi pokoleniami mieszkańców jej brzegów, zarówno polskich, jak i wcześniejszych: niemieckich, pruskich.

Różne to mogły być rodzaje więzi, zgoła inne od mojej. Z pewnością przez stulecia dominowała więź ekonomiczna. Ale wierzę, że rybacy i szyprowie barek dostrzegali w Odrze nie tylko źródło zarobku. Jestem przekonany, że na widok porannej mgły albo zachodu słońca przy ognisku potrafili zadumać się nad jej pięknem, o czym świadczą choćby słowa pieśni, które napotykam na wystawie w MŻŚ:

(…) wszystkie regiony, przez które przepływam, śpiewają mi pieśń Odry / Śpiewa ją każdy port, każde miasto, bo miłość do ciebie nie zna granic / Wzdłuż brzegu rozciągają się rozległe lasy i bujne, zielone łąki / A pośrodku leży moja flisacka wieś / Ach, jak kocham to miejsce, które nazywam domem.

Myślę o tym wszystkim, gdy rozbijam ostatni biwak. Znajduję niewielką łączkę nad Starą Odrą między Oderbergiem a Hohensaaten, gdzie kończy się Oderbruch. Na co dzień to miejsce służy pewnie lokalnym wędkarzom, ale tej nocy jestem tu sam. Noc jest ciepła, więc po zachodzie długo jeszcze siedzę przed namiotem z kubkiem herbaty, patrząc na leniwy, ledwo zauważalny nurt.

Odra-Prababka płynęła tędy od zawsze i tak samo, jak patrzę na nią ja, patrzyły na nią dziesiątki pokoleń wstecz. To równorzędne spojrzenie nie gaśnie również dziś: znaczy to samo w oczach Czecha z Ostrawy i Niemca z Frankfurtu. I to samo znaczyło kiedyś w oczach Wilhelma z Breslau, co dziś Artura z Wrocławia.

Oczywiście, możemy mieć różne wizje rzeki. Jedni, uderzając w patriotyczne tony, chcieliby ponownie widzieć ją jako dźwignię gospodarki z rozwiniętą żeglugą. Inni, świadomi unikatowości jej ekosystemu, po ponad dwustu latach ekonomicznej eksploatacji i ingerencji w przyrodę, woleliby wreszcie dać zmęczonej rzece odetchnąć, by nigdy już nie powtórzyła się katastrofa z 2022 roku. Wierzę jednak, że rzeka, znad której pochodzimy, bardziej nas łączy, niż dzieli.

Wszyscy jesteśmy Odrzanami. Dziedzictwo rzeki jest więc również moim dziedzictwem. Z tego względu podróż śladami starego koryta Odry jest dla mnie tym samym, co poszukiwanie przodków i odkrywanie swojego drzewa genealogicznego. Tak sobie to wyobrażam – i dlatego Odra-Prababka to dla mnie ciut więcej, niż tylko metafora.


https://buycoffee.to/travelmagazine

Artur Czermak

Artur Czermak

Miłośnik podróży w poszukiwaniu historii i emocji, blisko przyrody. Autor książek "Empiria" i "Błękit pokory" oraz projektu "Odryseja", wyróżnionego m.in. na Kolosach 2025.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe