Internetowe relacje z podróży stały się świadectwem ignorancji i pychy
Fot. Lucas Hemingway / Unsplash
Mój brat podesłał mi filmik udostępniony na Facebooku przez jakichś podróżniczych twórców internetowych (kiedyś nazywanych blogerami, ale bycie blogerem wymaga pisania bloga, a to już dziś dla większość osób zbędny wysiłek). Na filmiku para przemierza zalewane strugami deszczu, pokryte błotem ulice indyjskiego miasta. Kamera skierowana jest na idącego przodem mężczyznę, filmująca kobieta jest natomiast narratorką. I mówi o tym, w jak fatalnym miejscu się znaleźli. Kto chce, znajdzie ten film łatwo w sieci, dla opisu sytuacji wystarczy jednak podpis pod relacją (pisownia oryginalna):
Dzień 2. Doszliśmy do wniosku, że Delhi to najgorsze miejsce na Ziemi w jakim byliśmy
Delhi dojeżdża nas na każdym kroku. Wszechobecny syf, smród, scam, ciągłe zaczepianie przez dziwnych ludzi, a dzisiaj deszczowa pogoda w gratisie… Tak wygląda piekło. Zapłaciłam za to żeby tu być z pewnością niezapomniane doświadczenie.
Nie kryjący oburzenia podróżnicy są przy tym najwyraźniej przekonani, że niczym wytrawni reporterzy odkrywają właśnie jakąś nieznaną prawdę o świecie.
Tego typu materiałów jest w sieci oczywiście sporo. Wyborcza rozpisywała się ostatnio o popularnym YouTube’rze, który wybrał się do Białorusi. Nakręcił film pełen przekłamań, niedopowiedzeń i naiwnych zadziwień, idąc nieświadomie (?) w sukurs apologetom Łukaszenki i Putina. Autorka tekstu pisze:
Oglądałam kolejne odcinki z rosnącym zdumieniem. Każdy ma prawo podróżować wszędzie. Każdy ma prawo do własnego spojrzenia. Pytanie, jakie koszty warto zapłacić za podróż. Albo inaczej: jak bardzo można odciąć się w imię przygody od wiedzy obiektywnej o Białorusi, wiedzy, która jest czymś więcej niż zlepkiem ładnych obrazków.
Tak dziś wygląda świat podróżniczy w internetowym wydaniu.
Zastanawiam się, czego owa para przemierzająca Delhi się spodziewała. Czy pojechali do jednego z większym miast na świecie, nie mając pojęcia o tym, że ma ono – jak większość zresztą indyjskich molochów – różne oblicza? Czy naprawdę nie zdawali sobie sprawy, że większość miejsc globu nie wygląda jak z turystycznego folderu? Ani jak ze zdjęć na Instagramie? Jak bardzo trzeba być oderwanym od rzeczywistości, by być zaskoczonym faktem, że prawdziwe życie bywa ciężkie? Że istnieje bieda, nierówności społeczne i że wywodząc się z uporządkowanego świata zachodniego, możemy się cieszyć przywilejami dla większość ludzi niedostępnymi?
Z tego filmu przebija jakiś zadziwiający poziom ignorancji oraz brak elementarnego przygotowania. By wiedzieć, czego się spodziewać w podróży do tego typu krajów, wystarczyłoby przejrzeć kilka książek. Przeczytać parę artykułów w prasie (najlepiej także zagranicznej), obejrzeć jakiś film, poszperać w historycznych dokumentach. To jednak wymagałoby jednak wysiłku. A robienie kwerendy przed wyjazdem nie wypada w „socialach” tak interesująco, jak spacer w deszczu i potoku jednoznacznych ocen.
Zdumiewające oczekiwania – wzięte zapewne z kadrów influencerów – zazwyczaj nie mają szans w konfrontacji z rzeczywistością.
Świat nie jest, i nigdy nie był, płaski. Wybieranie sobie, niczym z menu restauracji, szczegółów, które nam się podobają i odrzucanie wszystkich innych jest wyrazem pychy. Jakiś rodzajem egocentryzmu, w którym to nasza wygoda i nasze miłe doświadczenia mają prymat nad wszystkim innym. To one są najważniejsze, jeżeli więc przestaje być miło (czysto, cicho, tanio, ładnie, itd.), wyrażamy oburzenie.
Arogancją jest pojechanie do czyjegoś domu i przekazywanie całemu światu, że mieszkańcy tego domu żyją w najgorszym możliwym miejscu na świecie (“w piekle”). To o tyle zdumiewające, że sami jesteśmy na podobne oceny wyczuleni. Jeżeli, nie daj boże, jakiś zagraniczny turysta zawita do Polski i stworzy mało pochlebny materiał, krzyczymy o wielkiej krzywdzie (równocześnie pławiąc się w rozkoszy, jeżeli tylko ktoś nasz kraj pochwali). Szukamy nieustannie potwierdzenia swojej wyjątkowości, równocześnie przyznając sobie prawo do bezlitosnego oceniania innych.
Tak na marginesie – nasz niedosyt pochwał dobrze widoczny był, gdy New York Times uznał ostatnio Warszawę za jedno z 52 miejsc wartych odwiedzania w tym roku (pisałem o tym kilka tygodni temu). Większość osób i mediów przytaczających ten fakt, podkreślała, że magazyn umieścił nasz kraj na drugim miejscu listy. Co jest prawdą, tyle że zestawienie 52 miejsc, publikowane co roku, nigdy nie było rankingiem – założenie jest takie, by podać jedno miejsce na jeden tydzień w roku.
To że Warszawa znalazła się akurat na 2. miejscu jest czystym przypadkiem i nie świadczy, że nasza stolica znalazła się na podium – żadnego podium tam po prostu nie ma. Najwyraźniej jednak nie wystarczył nam fakt, że amerykańscy dziennikarze uznali Warszawę za miejsce interesujące, doceniając zmiany jakim podlega. Musieliśmy do tego dorobić fałszywą teorię, że jesteśmy niemalże liderem tego zestawienia, a więc pobiliśmy pięćdziesiąt innych krajów.
Wracając jednak do internetowych relacji podróżniczych: mamy dziś do czynienia z masowym opowiadaniem nie o odwiedzanych miejscach, lecz o osobach te miejsca odwiedzających.
Większość materiałów skonstruowana jest wokół wyrażanej przez twórców opinii na temat przestrzeni, do której dotarli.
A więc tego, czy im się podoba, czy nie, czy obiad im smakował czy nie, czy są zmęczeni, czy zadowoleni. W ten sposób konstruujemy opowieść o samych sobie. To ja i moje opinie stają się najważniejsze. Podróż jest tylko pretekstem do snucia opowieści na własny temat.
Jest to jedna z głównych przyczyn, dla których w zasadzie przestałem takie materiały oglądać. Jestem zmęczony ludźmi mówiącymi o sobie. Tego typu historie są oczywiście łatwe w konsumpcji, da się je szybko przyswoić, czasem bywają nawet zabawne lub można z nich wyłowić przydatne informacje. Ale tym łatwiej wpaść w wir ich odtwarzania, które – jeżeli się nad tym dłużej zastanowić – niewiele wnosi.
Podróżowanie jest obecnie przede wszystkim rozrywką.
Sposobem na spędzenie przyjemnie czasu i pochwalenie się przed innymi. Widok brudnych ulic Delhi ten zamysł psuje, trudno się w takich realiach relaksować. Podróżowanie w swojej istocie nigdy nie było jednak czystą rozrywką – to wymysł przemysłu turystycznego. Całe bogactwo podróżowania kryje się w tym, że stykamy się ze światem w jego pełnej złożoności. Czasem jest fascynująco i ekstatycznie, a czasem męcząco i brudno. Próby rozdzielenia tego przypominają próby jedzenia wyłącznie deserów.
Być może powiecie, że się czepiam, a pierwszoosobowa narracja jest przecież solą dziennikarstwa. W tekstach pojawia się autor, a w wielu programach i relacjach mamy reportera, który przemierza świat.
To prawda, samo pojawienie się w kadrze prowadzącego nie musi jednak oznaczać przekierowania uwagi widzów na własną osobę. Idealnym tego przykładem są programy robione dla CNN przez Anthony’ego Bourdaina. Mimo że nie był on w zasadzie dziennikarzem, trzymał się ważnej dziennikarskiej zasady: próbować zrozumieć daną przestrzeń. Pojawiał się na ekranie, ale zamiast gadać o tym, jak się akurat czuje, albo czy ulice są brudne i czy wokół jest „syf”, siadał z kimś do stołu, zadawał pytania i słuchał z uwagą odpowiedzi. Czasem tych odpowiedzi nie rozumiał, a czasem jego pytania były niewystarczająco głębokie. Zawsze jednak dotyczyły ludzi i kultury danego miejsca, a nie samego Bourdaina.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś o świecie, musisz przestać mówić o sobie. To kwintesencja dobrych relacji podróżniczych.
„Travel Magazine” możemy wydawać dzięki mecenasom i stałym czytelnikom. Wspieraj naszą pracę:

