Wędrówka przez budzącą się do życia puszczę
“Notatki terenowe” są cyklem, w którym przyglądamy się najbliższemu otoczeniu – przyrodzie, krajobrazowi, przechodniom, architekturze, najdrobniejszym śladom życia. To podróże w skali mikro, zaczynające się tuż za drzwiami naszych domów.
Fot. Michał Głombiowski
Dziesięć kilometrów. Pętla wijąca się po wschodniej stronie Puszczy Kampinoskiej. Zaczynająca się i kończąca w Truskawiu, do którego w weekendy ściąga pół Warszawy, bo dojazd jest niezły, a parking pozwala zostawić swobodnie samochód.
Tym razem nie ma jednak tłumów, mimo że to sobota i jeden z pierwszych ciepłych, wiosennych tygodni. Im dalej od parkingu, tym łatwiej można pozostać przez chwilę w samotności.
Mała Pętla Truskaw (duża ma około piętnastu kilometrów) biegnie przez podmokłe tereny, które ucywilizowano rzuconą nad mokradłami drewnianą kładką, by później wbić się w sosnowy las pełen mchu i jagód, a po chwili ocierać się o dębowy bór prześwietlony słońcem.
Lubię sobie wyobrażać, że tak właśnie wyglądała mazowiecka puszcza.
Prastary las ciągnący się przez setki kilometrów, dobry tysiąc lat temu, zanim zaczęli zapuszczać się do niego myśliwi, smolarze i bartnicy. A w końcu rolnicy, którzy ze swoim niegasnącym apetytem na grunty wzięli się za systematyczne karczowanie drzew. Oczywiście to ułuda, ledwie zabawy wyobraźnią, gdyż ten wiekowy bór musiał wyglądać inaczej. Dzisiejsze jego powidoki bardziej przypominają zadbany park niż ostępy dzikości. Pełna korzeni leśna ścieżka klei się do granicy obszaru ścisłej ochrony – rezerwatu Cyganka – do którego nie można wchodzić i być może tam, za tą efemeryczną, trudną do dostrzeżenia granicą kryje się odrobina odległej przeszłości.
Przy parkingu słyszymy bogatki odzywające się jeszcze bez większego animuszu, gdy jednak wchodzimy w las, wpadamy w ciszę. Tak, jakby ptaki jeszcze nie ocknęły się z zimowej zgryzoty, nie odzyskały sił. Obok wiruje cytrynek, chwilę później zastąpiony przez rusałkę drzewoszek (lub pokrzywnik, nie potrafię ich odróżnić). Oba gatunki zimują u nas w postaci dorosłej, pojawiają się więc najszybciej, wraz z pierwszymi cieplejszymi dniami. Te, które zagrzebane w glebie w formie poczwarek przetrwały mrozy, potrzebują chwili, by się przepoczwarzyć – zorzynki, zieleńczyki, rusałki kratkowce.
Takiej dłuższej chwili zdaje się potrzebować jednak cały las.
Puszcza tkwi w limbo – w zawieszeniu, w przestrzeni „pomiędzy”, ściśnięta przeszłością i przyszłością. Dostrzeżenie drobinek świeżej zieleni wymaga wysiłku. Konary są nagie, rozczapierzone, pozornie pozbawione życia. Tylko leszczyny sypnęły żółtymi, kłosowatymi kwiatami, które zwieszają się gęsto z palców gałęzi, kołyszą się hipnotycznym ruchem. Leszczyny bywają jednak nieobliczalne. Zdarzało się mi widywać ich kwiaty w środku zimy – potrafią wypuścić bazie już w połowie stycznia. Traktowanie ich jako znaku końca najchłodniejszej pory roku często prowadzi na manowce.

Nasączony wilgocią stopniałego śniegu mech płonnik zyskał żywy odcień zieleni, jeszcze zaznaczony nieśmiało, podobnie jak krzewinki jagód, wciąż bez listków, ale wychylone ku górze, z prężnymi gałązkami, w których buzują już roślinne soki. Równocześnie wodę na oczkach wody, pośród drzew, nadal skuwa na poły lód.
Ścieżka pobrużdżona korzeniami wywołuje w pamięci obrazy z wypraw rowerowych po Kampinosie.
Długie godziny spędzone na walce z opornym terenem, męczące chwile, które w końcu rodzą poczucie czystej, niezmąconej radości. Droga wychodzi na niewielką polanę i wpada w piaszczyste wydmy, które również pamiętam z tamtych wyjazdów. Przebycie takich fragmentów nawet na grubszych oponach jest niemożliwe. Trzeba zsiadać i przeklinając w duchu przeprowadzać rower, który traci nagle swoją lekkość, stając się balastem wbijającym w ziemię.
Nie rozumiem tego piachu. Jest połowa marca, gruba warstwa śniegu zniknęła zaledwie dwa czy trzy tygodnie temu. W wielu punktach drogi wciąż czuć pod stopami uginający się, wilgotny grunt. Jeżeli teraz, gdy wszystko jeszcze jest nabrzmiałe po zimie, droga zamieniła się już w piaskownicę, jak będzie wyglądać w czerwcu czy lipcu?
Dziesięć kilometrów pozwala przemierzyć całą Puszczę. Zobaczyć wszystko.
Przesunąć się od mokradeł i olsów do wydmowych borów. Przejść pomiędzy sosnami, brzozami, dębami. Zahaczyć o łąki. Minąć stawy. Pozwolić zapaść się stopom w mchu i piachu. Wspinać się na kserotermiczne murawy. Przemierzać grądy. A w końcu minąć miejsca upamiętniające uciekinierów i buntowników toczących bitwy z wrogiem. Z Rosjanami podczas powstania styczniowego, nazistami w czasie II wojny światowej.


Różnorodność tego lasu, nawet teraz, gdy jest on częściowo uśpiony, budzi we mnie ciekawość. Myślę o naturalnych liniach, które świat zawsze wytaczał sobie samoistnie, dbając o to, by znalazło się miejsce na wszystko i o tym, że zanim zalaliśmy przestrzeń betonem i asfaltem nie istniał krajobraz stały i niezmienny. Wędrowanie po nim w tempie przynależnym człowiekowi – kilka kilometrów na godzinę, które jesteśmy w stanie osiągnąć podczas marszu – pozwalało zauważać, odczuwać, a w końcu gładko przekraczać przechodzące płynnie jedna w drugą granice między lasem a łąką, borem a grądem, wydmą a starorzeczem. Jakże to musiało być przyjemne!
Ale i dziś ten spacer jest przyjemny. Ma w sobie coś lekkiego, jakby samo dotrwanie do wiosny niosło wibrującą radość.
Mam też poczucie, że niczego jeszcze nie przegapiłem. Za moment, gdy ta buzująca w tle, na razie jeszcze ukryta energia wybuchnie, każdy kolejny dzień będzie już inny niż poprzedni. Wiosenny spektakl – mimo całej cudowności – naznaczy już przemijanie. Nerwowy pośpiech, poczucie, że nie można nawet na moment odpuścić, bo zaraz to wszystko przemknie przed oczami i bezpowrotnie zniknie, być może niedostrzeżone. Dziś czuję się jeszcze jak niegdyś w ostatnich dniach czerwca. Już w wakacje, ale jeszcze przed ich prawdziwym początkiem, zanurzony w wolności bez naruszenia pełnych dwóch miesięcy dziecięcego, ustawowego lata.

Na wiotkich gałęziach przydrożnego krzaka kołysze się z ruchem powietrza wyschnięty, żółty wianek z traw. Przez moment myślę, że to ptasie gniazdo, które ześlizgnęło się z przynależnego mu miejsca. To jednak dzieło ludzkich rąk. Miesiące temu, na długo przed nadejściem zimy, ktoś splótł wiązki soczystych traw, tworząc z nich równy krąg. Czy jakaś dziewczynka niosła go przez las na głowie? Czy uplotło go dziecko, dorosły, wróżka? I czy ktoś znudzony swym dziełem rzucił je w końcu na gałęzie krzaka? A może ten wianek niepostrzeżenie wymknął się z dłoni i spadł na drogę i dopiero później, kolejny spacerowicz natknął się na niego i powiesił na wysokości oczu, tak by ewentualny poszukiwacz mógł odnaleźć zgubę?
Pięć kilometrów przed parkingiem przysiadamy na upadłym pniu drzewa, by zjeść kanapki.
W wyznaczonym miejscu ktoś pali ognisko, a pod drewnianymi wiatami przysiedli spacerowicze. Kątem oka dostrzegamy za nimi, w gęstwinie ogołoconych z liści drzew jakiś ruch, ale tak szybki, że nie jestem w stanie rozpoznać, czy to umykająca sarna, czy łania. A gdyby to był łoś? Cóż miałby tu robić, tuż przy polanie wypełnionej turystami, po cóż miałby się tu pchać? Ale widzieliśmy to zwierzę przez tak cudownie krótkie mgnienie, że równie dobrze możemy uznać, że był to poczciwy łoś, może ten sam, którego kilka lat temu widzieliśmy, gdy po nocy w chacie pośród łąk, wsiedliśmy na rowery i natknęliśmy się na jego komiczną sylwetkę pod lasem, jakieś pięćdziesiąt metrów od nas. Możemy więc uznać, że widzieliśmy teraz łosia, że to on przemykał przez pogrążone w brązie i szarości krzewy, dlaczego w zasadzie nie, przecież jest wiosna i możemy kształtować rzeczywistość tak, jak tylko zechcemy.
