Czy prawdziwa zmiana jest możliwa?
W swoim debiucie reżyserskim znany aktor Harris Dickinson oddaje pole Frankowi Daillane’owi. Wciela się on w rolę młodego mężczyzny próbującego uciec przeznaczeniu.
Dickinson stworzył inteligenty, choć dość konwencjonalny, film o Mike’u, który spędził pięć lat na ulicach Londynu, a po kilkumiesięcznej odsiadce za pobicie i kradzież, próbuje poskładać życie w całość i zacząć od nowa. Gra go Frank Dillane paradujący po ekranie z rozczochraną fryzurą i plecaczkiem na ramieniu, któremu udało się stworzyć złożoną i wielowarstwową postać. W doskonały sposób oddaje on zagubienie bohatera, jego nerwowość, wrażliwość i determinację. Przesuwa się swobodnie na całej skali – od chłopięcej niedojrzałości i niewinności po złość i agresję.
Równocześnie jednak Mike jest bohaterem mocno antypatycznym – nieodpowiedzialnym, niepewnym, z kruchym kręgosłupem moralnym i o zaskakująco niskim poziomie empatii. To nie jest postać, której widz może łatwo kibicować. Uczynienie z niej głównego bohatera pokazuje, że Dickinsonowi zależało na tym, by uciec od stereotypowej historii o człowieku upadłym, który przechodzi bolesną przemianę i zyskuje odkupienie.
W filmie brytyjskiego reżysera ta przemiana okazuje się w zasadzie niemożliwa. Mike, mimo dobrych chęci, nie jest w stanie wyrwać się z zaklętego kręgu losu. Dostaje niemal wszystko, co wydaje się potrzebne do odrodzenia, okazuje się jednak, że wciąż jest to zbyt mało. System skonstruowany jest w taki sposób, że jedno potknięcie oznacza natychmiastowe znalezienie się na samym dnie.
Łobuz – recenzja filmu Harrisa Dickinsona
Reżyser w niemal laboratoryjny sposób pokazuje, że ryzyko katastrofy towarzyszy nam nieustannie. Wpadnięcie w otchłań okazuje się zaskakująco łatwe – nie potrzeba do tego wielkich dramatów, niespodziewanych wydarzeń czy wyjątkowego pecha. Ocalenie i zgubę dzieli ledwo widoczna granica, a przekroczenie jej może zależeć od drobnych ruchów, błahej decyzji, momentu słabości. W przypadku Mike’e jego droga w dół zaczyna się na dobre wraz z przyjęciem kreski ketaminy. Ta chwila, dla towarzyszących mu na imprezie osób w zasadzie bez znaczenia, dla głównego bohatera oznacza otwarcie drzwi do piekła.
Równocześnie jednak reżyser stara się uniknąć społecznej wiwisekcji oraz ostrej krytyki zarówno systemu politycznego i osób, które padły jego ofiarą. Jego film, choć czerpie ze tradycji kina Kena Loacha czy Mike’a Leigh, nie ma ambicji reprezentowania szerzej danej grupy społecznej. Dickinson skupia całą uwagę na jednym bohaterze. Tworzy indywidualny portret osoby, która swoimi nerwowymi ruchami traci kolejne szanse na inne życie.
Niepotrzebny surrealizm
Sposobem na ucieczkę od porównań z brytyjskim kinem społecznym miały być też zapewne sceny surrealistyczne o symbolicznym znaczeniu. Ken Loach nigdy by sobie na nie pozwolił. I choć mają one uzasadnienie, będąc ilustracją stanu umysłu bohatera (zmąconego porcją ketaminy), nie do końca się jednak tu sprawdzają. Dla wielu widzów mogą okazać się zbyt daleko idącą przeciwwagą dla realistycznego, surowego obrazu ulic Londynu. Tym bardziej, że wizje opustoszałych leśnych jaskiń czy ciągnących się w nieskończoność korytarzy gotyckiego opactwa okazują się jednak dość banalne i mało oryginalne.
Choć ten film jest nierówny, chwilami grzęznąc na mieliznach, nie wyróżniając się też jakoś szczególnie pośród krytycznych tytułów społecznych, finalnie okazuje się jednak udanym wkroczeniem Dickinsona na drogę reżyserską. Trzeba docenić, że aktor – kojarzony głównie z Babygirl czy W trójkącie – odważył się wyjść z kolein typowo hollywoodzkiej drogi i nakręcić szorstki, chwilami nieprzyjemny i mocno krytyczny film społeczny o miejskim marginesie.
„Łobuz” („Urchin”), reż. Harris Dickinson, w kinach od 10 kwietnia.

