Sakura. Czy warto wybrać się do Japonii na kwitnienie wiśni?

Początek

Opowieść o najpiękniejszym spektaklu wiosny

Fot. Aleksander Szojer

W Japonii wiosna nie zaczyna się datą w kalendarzu. Zaczyna się wtedy, gdy pierwszy pąk sakury — delikatny, jeszcze niepewny — odważy się otworzyć. Gdy to robi, cały kraj wstrzymuje oddech. A potem dzieje się coś, co Japończycy znają na pamięć, ale czego nigdy nie traktują rutynowo: świat zaczyna pachnieć różem.

Co roku miliony turystów przybywają, by choć przez chwilę uczestniczyć w tym naturalnym przedstawieniu. Media publikują precyzyjne prognozy kwitnienia wiśni, podając orientacyjne daty otwarcia pierwszych pąków, pełnego rozkwitu i końca sezonu.

Sakura jest kapryśna. Wystarczy chłodniejsza noc, odrobina deszczu albo silniejszy wiatr, by delikatne płatki zaczęły opadać. A jednak każdego roku tłumy siadają na błękitnych matach pod wiśniami, jakby wciąż chciały dać naturze kredyt zaufania.

Podczas moich dwóch wypraw w czasie kwitnięcia sakury nauczyłem się, że ta podróż nie polega na „oglądaniu kwiatów”. To raczej spotkanie z kulturą, w której celebrowanie natury staje się stylem życia — i lustrem dla własnych emocji.

Osaka – wieczór, który otoczył nas różową poświatą

Pierwszy wieczór w Osace wygląda jak scena z baśni. W fosie zamku odbijają się miejskie światła i księżyc w pełni. Płatki wiśni drżą na gałęziach, jakby miały zaraz opaść. Ludzie jedzą yakitori, rozmawiają półgłosem, popijają sake. Niemalże w ciszy. Na trawie młodzi rozłożyli niebieskie piknikowe płachty, świętując ostatnie dni hanami (okresu kwitnięcia wiśni). Patrzą w górę, jakby chcieli zapamiętać tę noc na wypadek, gdyby jutro przywitały ich już tylko nagie gałęzie. Na tym polega wyjątkowość tego spektaklu – setki nieznajomych wspólnie podziwia coś, co jutro może już nie istnieć.

Kioto – piękno wśród tłumów

Nazajutrz, w pełnym słońcu, poszukujemy kwiatów w Kioto. Park Maruyama o poranku jest pogrążony w spokoju. Roszone trawniki pachną świeżością, ptaki śpiewają, jakby próbowały prześcignąć się z dźwiękami w pobliskiej świątyni Yasaka. Słynne drzewo na wysepce kwitnie zazwyczaj jako jedno z pierwszych, ale tym razem spóźniliśmy się o kilka dni. Nie szkodzi. Inne drzewa eksplodują intensywnymi odcieniami różu. Wokół świątyni roznosi się zapach kadzideł, a kapłan w szarej tunice kroczy powoli, niosąc poranną ofiarę.

japonia sakura

Pokonanie drogi do Kiyomizu-dera okazuje się jednak sprawdzianem cierpliwości. Tłum, napływający z każdej strony, zamienia się w gęstą rzekę ludzi. Gdy próbujemy się przebić, mama postanawia zaczekać przy jednym ze sklepów. Idziemy dalej, robi się coraz ciaśniej. Z tarasu świątyni rozpościera się widok na Kioto — wzgórza otaczające miasto, smukła wieża telewizyjna, gęste morze zieleni i czerwień dachów na tle dominującego różu ukwieconych drzew.

Kiedy wracamy na dół, żeby zabrać mamę — jej nie ma.

Najpierw racjonalne myśli. Potem fala nerwów. Wreszcie panika. Obiegamy okoliczne restauracje, sklepy, toalety. Rozdzielamy się. Wbiegam ponownie na wzgórze, choć wiem, że mama z chodzikiem nie mogła się tam dostać. Chaos. Tłum. Milczący telefon.

W końcu trafiam na równoległą uliczkę. Idę kilkadziesiąt metrów i widzę ją — lekko zaniepokojoną, ale spokojną.

— Gdzie tak długo byliście? — pyta. Okazało się, że to my straciliśmy orientację, nie ona.

Nogi się pode mną uginają, tym razem z ulgi. Kioto uczy, że popularność miejsca ma swoją cenę.

Gion – delektowanie się chwilą

Wieczór w dzielnicy gejsz Gion. Drewniane fasady domów, bambusowe żaluzje, dziewczyny w kolorowych kimonach, które chcą być gejszami choćby na jedno popołudnie. A między nimi — prawdziwe maiko, które przemkną jak cień, jak wspomnienie dawnych czasów.

Zatrzymujemy się w kawiarni prowadzonej przez kobietę o dłoniach pachnących kawą. Opowiada o tym, jak zakochała się w espresso, jak długo uczyła się od włoskich baristów, jak przywiozła stamtąd ziarna i marzenie, które urzeczywistniło się w formie intensywnego naparu, którym się właśnie zachwycamy. Uświadamiamy sobie, że sakura to nie tylko drzewa. To także ludzie, którzy w tym kraju pasją, oddaniem i poświęceniem przemieniają ulotne, codzienne rytuały w dzieła sztuki.

Inne Kioto. Ninna-ji, Daikakuji – wiśniowa zadurzenie

Poranna wizyta w Kinkaku-ji ze słynnym Złotym Pawilonem. Tłum nie daje szans na spokojną kontemplację. Uciekamy więc do Ninna-ji — świątynnego ogrodu, w którym białe i różowe korony tysięcy wiekowych wiśni wyglądają jak delikatna akwarela.

japonia sakura

W Daikakuji spacerujemy wokół stawu, na którym płatki tworzą różową poświatę. Powiew wiatru porusza świątynne szarfy, a my wreszcie czujemy, że dotykamy sakury takiej, o jakiej marzy każdy fotograf — bez pośpiechu, bez tłoku, bez hałasu.

Popołudniowa przechadzka wzdłuż Ścieżki Filozofów syci nas pięknem niemal filmowym. Płatki setek drzew opadają do leniwie płynącej rzeki. Na tle kamiennych mostów fotografują się turyści i mieszkańcy Kioto, szykowni niczym z paryskiego wybiegu. Sakurowy spektakl w pełni.

Nara – między świątynią a jeleniami

Nara to inny świat. Po Kioto wydaje się wioską. Jelenie krążą po ścieżkach niczym wiekowi mieszkańcy, którzy widzieli już wszystko. Choć unikając horrendalnych cen noclegów w Kioto, nocujemy tu już od dwóch dni, dopiero ostatniego znajdujemy czas na jej poznanie.

W Tōdai-ji podziwiamy monumentalny budynek buddyjskiej świątyni – podobno największy drewniany na świecie. Patrzymy na ogromnego Buddę, a brat próbuje przecisnąć się przez otwór w kolumnie, co ma przynieść szczęście. Największe wrażenie robią jednak uginające się od kwiatów leciwe wiśnie okalające świątynny dziedziniec.

Na wzgórzu Wakakusayama dostrzegamy widok, który sprawia, że na chwilę milkniemy. Przestrzeń, światło, drzewa w końcówce kwitnienia — wszystko układa się w kompletny, efemeryczny obraz, który towarzyszy naszej dalszej podróży.

Tsumago, Kiso, Takayama – śladami dawnej Japonii

Ruszamy w stronę japońskich Alp. Po drodze zatrzymujemy się w Tsumago — maleńkiej wiosce na dawnym szlaku pocztowym z Kioto do Edo, czyli dzisiejszego Tokio. Domy są tu drewniane, skromne, stare. Spacer szlakiem Kiso Kaidō jest jak podróż w czasie: buczyna szumi, wodospady chłodzą powietrze, a strome ścieżki prowadzą do domu sprzed wieków.

Takayama wita nas deszczem. Drewniana zabudowa nasiąka wilgocią jak papier washi, a my błądzimy między niemal identycznymi fasadami, szukając sklepu z ceramicznym jenotem tanuki, na którego wypatrzenie poświęcamy ponad godzinę. Przemoczeni, doceniamy jedwabisty dotyk yukat i kąpiel w gorących źródłach naszego ryokanu.

W Shirakawa-go deszcz zamienia się w deszcz ze śniegiem. Chaty Gassho-zukuri — „złożone jak dłonie do modlitwy” — robią ogromne wrażenie. Wiatr rozrywa parasole, trzęsiemy się z zimna, ale zdjęcia wychodzą jak z pocztówki.

Matsumoto – zamek „czarna wrona” w różowej ramie

Matsumoto to czysta filmowość. Jeden z dwunastu odratowanych zamków kraju, zwany ze względu na kolor elewacji „czarną wroną”, odbija się w wodzie jak starannie skomponowany obraz. Wokół kwitną wiśnie, które w górskim klimacie dopiero otwierają pąki. To sakura w wersji mniej turystycznej – czystszej, spokojniejszej. Po raz pierwszy mamy wrażenie, że zakwitły tylko dla nas.

Fuji i 1500-letnia Jindai-zakura

Kiedy w trakcie jazdy samochodem do Tokio widzimy ośnieżony szczyt Fuji, automatycznie zwalniamy.

Przy Jindai-zakurze — wiśniowym drzewie mającym ponad 1500 lat — spędzamy długie chwile po prostu patrząc. Gałęzie jak ramiona starej istoty, powyginane, wsparte drewnianymi filarami. A jednak kwitnie — jakby wbrew logice.

W ciszy popołudnia, gdy ostatni turyści już odjechali, drzewo wygląda jak strażnik historii. Gaj młodych drzew wokół, w pełni kwiecia, zdaje się mówić o paradoksie przemijania, któremu sensu nadaje ciągle odradzająca się przyroda i przekazywana przez pokolenia tradycja.

Tokio – jeden dzień to za mało, ale wystarcza, by poczuć puls

Tokio tylko muskamy. Folderowa świątynia Sensō-ji tonie w turystach – uciekamy. Sky Tree okazuje się niedostępne bez wcześniejszej rezerwacji, ale w Ueno miłośnicy cosplayu mieszają się z piknikowiczami pod drzewami, a ulica Kappabashi wciąga na długo między garnki, noże i porcelanę.

Handlowo-rozrywkowa dzielnica Shibuya — jak zawsze — pulsuje.

Kamakura – miasto, do którego zawsze wracam

Kamakura, moja ulubiona, wita nas aleją wiśni prowadzącą prosto na plażę. Słońce gra na falach, a ostatnie płatki spadają na włosy, kiedy jemy cytrynowe ciasto z pobliskiej cukierni.

W Hase-derze tysiące figurek Jizō stoi jak małe strażniczki pamięci. Na wzgórzach Kamakury cedry pachną świeżością, a Fuji pokazuje się tylko na moment, niczym prezent na drogę.

Odawara, Kawazu, Izu i Kii — finał podróży

W Odawarze zamek, choć odbudowany, nadaje miastu sens istnienia. W kłującym oczy zielenią trawy parku wciąż kwitną wiśnie, a złote ryby w fosie walczą o każdy okruch rzucany przez porannego spacerowicza.

Kawazu kusi wodospadami Nanadaru, wzdłuż których oniemieli pięknem krążymy. Jemy zimny makaron soba z wasabi pochodzącym wprost z hodowli w tutejszych wodnych basenach.

japonia sakura

Na półwyspie Kii budzi nas krzyk mew i skoro świt wyruszamy w kierunku plaży, przy której umościła się świątynia Futami Okitama. Ścieżka, przy której stoją żeliwne figurki żab, prowadzi prosto do dwóch skał wyrastających z morza. Połączone grubymi linami, wyglądają jak para trwająca razem mimo fal i sztormów. W szintoizmie symbolizują harmonię, dlatego o świcie wierni gromadzą się tu w ciszy, by oddać im cześć. Meotoiwa — „zaślubione skały” — pozostają popularnym miejscem także dziś. Widać w tym coś charakterystycznego dla Japonii: nowoczesność pędzi naprzód, ale szacunek dla natury i starych znaków pozostaje nienaruszony.

Na noc wracamy do rodzinnego pensjonatu, w którym byłem już kilkakrotnie. Zanurzamy się w naturalnym onsenie nad rzeką, budując z kamieni prowizoryczne „baseny”, w których gorąca woda miesza się z zimną falą rzeki. Słuchamy cykad i patrzymy w gwiazdy.

To moment, dla którego warto było przejechać pół świata.


Czy warto jechać na sakurę?

Tak, zdecydowanie. Nie tylko dla piękna drzew, nie tylko dla zdjęć, ale dla doświadczenia. Sakura to lekcja uważności, wdzięczności i akceptacji — tego, że życie jest piękne, właśnie dlatego że jest krótkie.

I choć warto zobaczyć Kioto i Tokio, prawdziwe piękno sakury kryje się zwykle tam, gdzie mało kto zagląda.

A jeśli nie sakura — to jesień. Kouyou, japoński spektakl kolorów, bywa równie piękny.

Informacje praktyczne

Koszty

Choć Japonia uchodzi za kraj drogi, obecne realia ekonomiczne — deflacja i słabszy jen — sprawiają, że codzienne wydatki są porównywalne z tymi w Polsce. Zjeść można taniej, niż sugerują stereotypy, a zakupy w sklepach spożywczych nie nadwyrężą budżetu bardziej niż w Europie.

Największe koszty to wciąż przejazdy shinkansenami oraz noclegi w Tokio i Kioto, gdzie ceny rosną proporcjonalnie do popularności.

Transport — jak się przemieszczać

Japonia może pochwalić się jednym z najbardziej niezawodnych systemów transportu publicznego na świecie. Pociągi — od lokalnych po ekspresowe — jeżdżą z legendarną punktualnością, a sieć autobusów zapewnia dostęp do miejsc poza głównymi trasami.

Jeśli jednak chcemy zobaczyć zakątki mniej dostępne, świetną opcją jest wynajem samochodu. Auta mają najczęściej automatyczną skrzynię biegów, dzięki czemu choć po lewej stronie drogi, prowadzi się je komfortowo.

Potrzebne będzie międzynarodowe prawo jazdy wydane według Konwencji Genewskiej — co istotne, nie mylić z siostrzaną Wiedeńską. Warto zawczasu potwierdzić zasady w wybranej wypożyczalni. Toyota, Nissan i Nippon Car oferują obsługę po angielsku i są przyjazne podróżnym.

Język

W dużych miastach angielski pozwala załatwić większość spraw, a w miejscach turystycznych komunikacja jest wyjątkowo łatwa. W mniejszych lokalizacjach pomocne będzie tłumaczenie online — Japończycy są życzliwi i zaskakująco cierpliwi wobec gości, więc uśmiech i translator rozwiążą niemal wszystkie lingwistyczne problemy.

Kiedy jechać

Najpiękniejsze pory to wiosna, czyli między innymi sezon sakury (z wyjątkiem pierwszego tygodnia maja – Golden Week, kiedy podróżuje cała Japonia) oraz późna jesień, słynąca z wyjątkowych, ognistych kolorów liści.

Lepiej unikać lipca i sierpnia — to czas wysokiej wilgotności, intensywnego upału i tajfunów, które potrafią skutecznie utrudnić zwiedzanie.


W „Travel Magazine” dbamy o najwyższą jakość dziennikarską dzięki mecenasom i stałym czytelnikom. Wesprzyj naszą pracę.

https://buycoffee.to/travelmagazine
Aleksander Szojer

Aleksander Szojer

terapeuta i trener, którego pasją jest odkrywanie miejsc, potraw oraz ludzi, którzy je przyrządzają. Większość swojego czasu spędza w podróżach służbowych tym bardziej doceniając powroty do domu i bliskich. Ślązak i globtroter, co obrazują jego książki "Moja babcia gotowała dla Gierka" oraz "Japoński rok od kuchni" (stworzona wraz z Anną Jassem i sześcioma japońskimi kucharzami).

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe