Najgłupsze podróżnicze pytanie

18 lutego, 2023
przeczytasz w mniej niż 3 min.

Ile czasu potrzebuję na to, by zwiedzić dane miejsce?

Publikujemy dziś materiał o Sopocie – fragment książki Tomasza Słomczyńskiego, której premiera zaplanowana jest na 15 marca. Czytając go, myślę o tym, jak mocno różni się turystyczny obraz świata od rzeczywistości mieszkańców danego miejsca.

Sopot jest mi bliski, bo się w nim wychowałem i spędziłem tam kawał życia. Zaułki, o których pisze Słomczyński, w większości znam.

Dla kogoś, kto traktuje Trójmiasto jako cel podróży, zaskoczeniem może być jednak, że najsłynniejsze miejsca Sopotu pojawiają się w książce tylko w tle. Plaża, molo, Krzywy Domek, Monciak są zaledwie dodatkiem. Zamiast nich mamy opowieści o starym, ale wciąż działającym serwisie rowerowym. Albo o dawnej ubikacji publicznej, która stała się później punktem usługowym, a później pubem (dziś czeka na kolejną odsłonę swojej historii).

Czy wreszcie o sopockim lesie, z którym kurort w ogóle nie jest kojarzony. Tymczasem jest on miejscem codziennych spacerów mieszkańców. Pośród tych zalesionych wzgórz dzieją się epokowe życiowe momenty: pierwsze pocałunki, starcia bawiących się dzieciaków, sukcesy i katastrofy rowerzystów górskich, utraty alkoholowych dziewictw, itd. A to wszystko z dala od turystycznego zgiełku, szalonych cen i półnagich letników paradujących po głównych ulicach miasta.

Ponieważ Sopot znam, mógłbym podrzucić Wam kilka miejsc, do których warto zajrzeć.

A więc wspomniany las, hipodrom, Stadion Leśny oraz jar Swelini i potok Swelinia. Niegdyś wyznaczał on granicę między Polską a Wolnym Miastem Gdańsk, a dziś jest miejscem życia wypławka alpejskiego, reliktowej formy płazińca. Są też peerelowskie osiedla Brodwino i Przylesie, w których nie dzieje się nic spektakularnego poza zwykłym życiem, idealnym do podpatrywania z ławki.

By do tego typu miejsc dotrzeć, trzeba jednak dysponować większą ilością czasu. Kto z nas bowiem zdecyduje się, przyjeżdżając do Sopotu tylko na weekend, zrezygnować z plaży i molo, na rzecz spaceru po lesie albo stąpania pomiędzy końskim nawozem na hipodromie (mającym też, swoją drogą, kilka zabytkowych budynków)? Gdy jesteśmy gdzieś krótko, wybieramy zazwyczaj to, co jest najbardziej znane, polecane i czego opis łatwo znaleźć w internecie. Chcemy zobaczyć miejsca, z którymi kojarzy się dane miejsce.

Czy to źle? Nie. Ale z doświadczenia wiem, że eksplorując teren w bardziej dogłębny sposób, wchodzimy na inny poziom doświadczeń. I tworzymy dużo żywsze wspomnienia. Szybkie zwiedzanie jest trochę jak czytanie w książce wyłącznie tytułów rozdziałów lub w przypadku artykułów – ograniczanie się do leadu. Owszem, czegoś się dowiemy, wciąż jednak pozostajemy na powierzchni.

Z tego powodu mam wrażenie, że zadawane często w podróżniczo-turystycznym światku pytanie: „ile dni (godzin) potrzeba na zwiedzenie danego miejsca”, jest błędne w samym swoim założeniu.

Nie da się na nie uczciwie odpowiedzieć. Niemal każda miejscowość, wieś, punkt ma bowiem prawie niewyczerpalny potencjał. Można w nich przebywać w nieskończoność, odkrywając coraz to kolejne warstwy tworzące rzeczywistość. Której zresztą i tak nigdy w pełni nie poznamy.

Jasne, jeżeli chcemy zobaczyć w Sopocie molo, plażę i Monciak, wystarczy pewnie pół dnia. Ale co to w zasadzie znaczy „zobaczyć”? Przecież nawet na tym zbanalizowanym sopockim deptaku można by spędzić i tydzień. Patrząc na przelewającą się rzekę ludzi albo grę świateł i cieni, każdego dnia nieco inną. Na pędzel prowadzony ręką ulicznego ilustratora rysującego karykatury turystów. Na przemykających chyłkiem miejscowych. I na “niebieskie ptaki” wiecznie rozglądające się za darmowymi papierosami lub kilkoma drobniakami. Czy nawet wyłapując aktualny nastrój kelnera czy kelnerki w knajpce, w której popijamy codziennie kawę. A wciąż przecież mówimy tylko o jednej ulicy!

Nie istnieją chwile, w których nic się nie dzieje. Nie ma miejsc, w „których niczego nie ma”. Świat jest zbyt bogaty, zbyt złożony, by mógł być nudny. Wszystko jest tylko kwestią tego, ile czasu i uwagi mu poświęcimy.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe