Zapomnij o telefonie! Prowadź dziennik podróży

Początek

Tworzenie wizualnego dziennika z podróży zmusza nas do zastanowienia się, co jest dla nas naprawdę ważne

Jest 19 kwietnia 2020 roku. W Montauk, najdalej na wschód wysuniętym fragmencie Long Island, czuć przejmujący chłód, a od Atlantyku wieje silny wiatr. Świat boryka się ze szczytem pierwszej fali pandemii. Jednak przyroda w rejonie Camp Hero State Park wydaje się nieporuszona. Wrzosowiska, wysokie skarpy wdzierające się w ocean i dzikie mimo bliskości Nowego Jorku lasy tworzą surowy i niedostępny krajobraz.

Niebieska, polarowa bluza i takież sportowe buty do biegania odznaczają się w gęstej zieleni. Ciało jest nieruchome. Miejscowy myśliwy patrzy długo, zanim niepewnie podejdzie do leżącego.

Jeszcze tego samego dnia lokalny „New Hampton Star” poda wiadomość, która kilkanaście godzin później – po potwierdzeniu przez policję – natychmiast obiegnie świat. Znalezionym martwym mężczyzną jest cierpiący na demencję Peter Beard, który dziewiętnaście dni wcześniej opuścił dom i ślad po nim zaginął.

Wielu wkrótce powie, że 82-latek zmarł tak jak żył: zawsze na swoich prawach i zawsze wśród ukochanej natury.

Niezbyt znany w Polsce Peter Beard był w Stanach prawdziwą legendą. Człowiekiem, którego życiorysu nie da się ująć w kilku słowach. Człowiekiem niezwykłych talentów i sprzeczności. Fotograf mody i dzikich zwierząt, oryginalny twórca i bon vivant, przyjaciel Warhola, Rolling Stonesów i awanturnik żyjący bez prądu na kenijskim ranczu, niepoprawny romantyk i cyniczny podrywacz, idealista walczący z degradacją środowiska i miłośnik narkotyków, których nie żałował sobie do końca życia. Artysta, którego prace sprzedawano za dziesiątki tysięcy dolarów i rozchełstany poszukiwacz przygód, który omal nie zginął stratowany przez słonia.

Największą miłością Bearda była Afryka i jej przyroda.

Tam spędził większość życia i z Kenią ściśle związana była jego twórcza praca. Beard był przede wszystkim fotografem, jednak zdjęcia traktował tylko jako twórczy materiał, po którym malował, pisał, łączył je z malarstwem, stopniowo tworząc jeden z najbardziej oryginalnych konceptów sztuki wizualnej drugiej połowy ubiegłego stulecia. Z czasem prace tego obdarzonego filmową urodą beatnika trafiały na ściany największych galerii świata, on jednak zdawał sobie z tego nie wiele robić. Sztuka Bearda była jak jego życie. W wiecznym pędzie, nienasyceniu, spalająca się w żywiołowej obsesji przeżycia jak najwięcej.

Peter Beard pracuje nad wizualnymi dziennikami podczas pobytu w Kenii / fot. Taschen

Beard miał jeszcze jedną pasję, w której twórcze zapędy w najściślejszy sposób związały się z jego szaloną biografią. Były to prowadzone przez niemal całe życie dzienniki. Mimo pożaru, w którym znaczna ich część spłonęła, zachowane archiwum liczy setki, a może i tysiące notesów, notatników, zeszytów, skoroszytów. Większość z nich nie ujrzała jeszcze światła dziennego, ale te, które można zobaczyć na oficjalnej stronie zajmującej się dziedzictwem Bearda lub w publikacjach z jego twórczością, robią niezwykłe wrażenie. Dziesiątki gęsto zapisanych stron z powklejanymi zdjęciami, dodanymi rysunkami, szkicami, najróżniejszymi artefaktami, często pobrudzone, pomalowane, zaplamione (Beard słynął z tego, że zamiast czerwonej farby chętnie używał krwi – zakupionej u rzeźnika lub własnej).

Twórczość ta powala ogromem. Gargantuiczną wręcz nadprodukcją z jednej strony, a z drugiej niezwykłą konsekwencją.

Pracując latami nad zapełnianiem stron, artysta wydaje się podejmować jakąś syzyfową próbę zapisania wszystkiego.

Zarejestrowania życia z całą jego wielowątkowością, nieprzewidywalnością, pięknem i wyrażanym często wprost bólem. Te prace, tworzone wyłącznie z wewnętrznej potrzeby, prace, które nie miały w założeniu stać się nigdy obiektem galeryjnym, to gest artystyczny w najczystszym wyrazie.

Nie każdy musi być artystą i nie każdy z nas może stać się drugim Peterem Beardem, co zresztą, biorąc pod uwagę jego styl życia, wypadki, w których cudem unikał śmierci i narkotykowy koktajl w codziennym menu, mogłoby być dość ryzykownym wyborem.

Jednak szalona, imponująca spuścizna wizualnych dzienników Petera Bearda może być niezwykle inspirująca dla każdego, kto podróżuje, wędruje albo po prostu stara się w uważny sposób przyglądać światu. Z tego przyglądania zwykle prędzej czy później rodzi się przecież myśl: jak zatrzymać lub chociażby spróbować zatrzymać to, co tak ulotne?

Nie, nie łudźmy się, że to możliwe. Lepiej powiedzmy sobie wprost: zapisanie świata nie jest możliwe, a wszystkie artefakty naszej pamięci prędzej czy później i tak znikną.

Ale samo ich tworzenie może nadawać naszemu byciu w świecie troszkę wyraźniejszy stempel. Wizualny dziennik, bez względu na formę, bo tu ogranicza nas właściwie tylko wyobraźnia, zmusza nas do zastanowienia się, do selekcji wspomnień i wyobrażeń, do odpowiedzenia sobie na pytanie, co jest dla nas naprawdę ważne, mobilizuje do działania, pobudza inwencję i zwalcza prokrastynację. Czasem po prostu mobilizuje autora-podróżnika lub dyscyplinuje chaos codzienności.

Od kilku lat zabieram w podróże szkicowniki i w miarę możliwości rysuję to, co napotykam. Fotografowanie ograniczam do nielicznych dokumentacji iPhonem i zdjęć analogowych, które z samej swojej natury wymagają bardziej skupionego podejścia do procesu. Z czasem te szkicowniki zaczęły rozrastać się w coś więcej: pojawiał się tekst, skrótowe notatki, wklejone bilety, wizytówki, fragmenty znalezionych drobiazgów, wydrukowane fotografie, różne media i techniki.

Nie oszukujmy się, że odkrywamy Amerykę.

Instagram i YouTube zmonetyzował już wszystko, jest więc pełen lukrowanych poradników jak zacząć przygodę z art journalingiem, bullet journalingiem, scrapbookingiem i kilku pokrewnymi, doskonale skonwencjonalizowanymi aktywnościami.

Radzę, żeby w ogóle tam nie zaglądać. Jeżeli chcemy zapisać nasze osobiste doświadczenie, to porady innych są najgorszym tropem, jakim możemy pójść. Weź po prostu stary zeszyt w podróż. Zacznij rysować. Nie umiesz rysować? Rysuj tak, jak umiesz. Pisz, wklejaj, nie wyrzucaj, dodawaj, łącz. Pozwól się nieść. Taki dziennik z czasem zaczyna żyć własnym życiem i to on będzie ciebie prowadził.

Mówienie o analogowych odtrutkach na cyfrowy świat trąci dziś już straszliwym banałem, ale nie da się ukryć, że obcowanie z wymierną, namacalną materią daje nam doznania inne niż ekran. Gdzieś głęboko czujemy, że to powrót do czegoś istotnego. Nawet jeżeli będzie to istotne jedynie dla nas i kilku najbliższych nam osób, a za kilka dekad nasze notatniki rozpłyną się w czasie niczym Deckardowskie łzy w deszczu.

https://buycoffee.to/travelmagazine

Rafał Reyman

Chciał być malarzem, został reżyserem. Autor filmów "Strange Sounds" i "Nie wracaj do mnie w snach". W Travel Magazine zajmuje się głównie przygotowaniem ilustracji do tekstów.

1 Comment

  1. Interesujący tekst. Jak dużo gubimy z naszych podróży, gdy rozproszymy materiały z nich. Dobrze jest prowadzić taki dziennik podróży, jaki prezentuje Peter Beard,

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe