Kosowski odcinek Via Dinarica przebiega przez jedne z najdzikszych gór Europy
Fot. Joanna Chmara
Budzik wyrywa mnie ze snu po zaledwie trzech godzinach. Po ciemku ubieram się i, z na wpół otwartymi oczami, schodzę po skrzypiących drewnianych schodach.
Sama nie zmotywowałabym się do wstania o trzeciej nad ranem. Nasza przewodniczka, Uty Ibrahimi, zaplanowała jednak dla nas wschód słońca na szczycie Hajla. Zaspani sznurujemy buty i zakładamy czołówki. Na zewnątrz panuje cisza. Jesteśmy na szlaku zanim jeszcze budzą się pierwsze ptaki.
Niebo nad najwyższymi szczytami Gór Dynarskich rozświetla się najpierw na różowo, potem przechodzi w pastelowy pomarańcz, aż w końcu pierwsze promienie słońca ogrzewają nam twarze.
Góry zamiast polityki
Hajla (2403 m n.p.m.) to jeden z najbardziej spektakularnych szczytów Kosowa. Przebiega przez niego Via Dinarica – megaszlak utworzony w 2010 roku wspólnymi siłami pasjonatów z całych Bałkanów Zachodnich, takich jak Uta.

2000-kilometrowy korytarz łączący Słowenię, Chorwację, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, Serbię, Albanię i Kosowo szybko został okrzyknięty jednym z najlepszych długodystansowych szlaków górskich w Europie. W regionie do niedawna targanym konfliktami, transgraniczna trasa miała
„zastąpić politykę naturą”, a turystów przyciągnąć nie tylko na czarnogórskie czy chorwackie plaże, ale też w bałkański interior.
Choć w ciągu ostatnich lat liczba zagranicznych turystów zwiększyła się kilkukrotnie, Kosowo nadal pozostaje białą plamą dla większości podróżujących, w przeciwieństwie do przeżywającej intensywny boom Albanii.
– Coraz więcej ludzi szuka spokoju, ciszy, dzikiej przyrody – mówi Uta. – Nasze góry są pod tym względem idealne.
Przyroda ponad wszystko
Przebiegający przez Góry Przeklęte (Bjeshkët e Nemuna) kosowski odcinek Via Dinarica daje możliwość wędrowania przez jedne z najdzikszych gór Starego Kontynentu. Tutejszy park narodowy jest domem rzadkich rysi bałkańskich, niedźwiedzi czy kozic. Wyznaczając Via Dinaricę, konsultowano się z przyrodnikami, by zapewnić, że turystyka nie wpłynie negatywnie na faunę i florę.
– Ważne było, by nie popełnić tych samych błędów, co wcześniej, na przykład przy tworzeniu szlaku Peaks of The Balkans – mówi Fatos Lajçi, współzałożyciel organizacji ekologicznej ERA i fotograf, który jest naszym gospodarzem w chacie ERA Lodge pod Hajlą. – Via Dinarica biegnie głównie grzbietami górskimi, a nie przez lasy, dzięki czemu turyści nie zakłócają życia dzikiej zwierzyny ani ich migracji. To bardzo ważne, szczególnie w przypadku krytycznie zagrożonych gatunków, takich jak ryś bałkański.

Logistycznie wędrówka jest nieskomplikowana. Na start Via Dinarici w Peji można dojechać autobusem. Dzięki dostępnym online śladom gpx, nawigacja nie sprawia problemu. Wzdłuż szlaku nie brakuje też małych rodzinnych pensjonatów, w których można spędzić noc.
Bałkańska gościnność
W gościńcu Bojtina Lojza standard jest skromny – osiem dziewczyn z naszej grupy dzieli jeden domek z łóżkami piętrowymi. Krótko po tym, jak docieramy na miejsce, zaczyna się burza z gradobiciem. W konsekwencji w rogu pokoju ciurka woda – na szczęście nad łóżkami dach jest szczelny. Po burzy wychodzi słońce i warunki robią się idealne, by pomoczyć się w basenie (z widokami lepszymi niż w Białce czy Bad Gastein). Właściciel, Zeke, częstuje nas arbuzem – schłodzonym w górskim strumyku, słodkim i soczystym.


Kolacja nie należy do skromnych. Mięsożercy dostają wielki kawał pieczonego kurczaka oraz masę warzyw, wegetarianie – pieczone warzywa i ser. Porcje są ogromne. Jadalnia wypełniona jest gośćmi z różnych zakątków globu. Siedzę między młodą Australijką i starszą parą z Niemiec. Przy stoliku obok znalazła sobie z kolei miejsce przemiła rodzina ze Stanów. Internetu nie ma (Bujtina Lojza zasilana jest głównie panelami słonecznymi, więc podczas deszczu router nie działa). W sumie to i lepiej – nikogo nie kusi relacjonowanie dzisiejszej wędrówki na instagramie czy odpowiadanie na zaległe maile.
Góry, które widziały wiele
W czasie wojny pod koniec lat 90. Góry Przeklęte były świadkami krwawych walk między Armią Wyzwolenia Kosowa (UCK) a siłami zbrojnymi Jugosławii. Dziś o nadal niestabilnej sytuacji politycznej przypomina obecność pokojowych sił KFOR pod przewodnictwem NATO. Strzegą wpisanego na listę UNESCO monastyru Peć, średniowiecznego klasztoru Patriarchatu Serbskiego. Żołnierzy NATO spotykamy też w supermarkecie w Peji, gdzie zaopatrujemy się przed ruszeniem w góry. Siły pokojowe biorą także udział w ćwiczeniach z miejscowymi ratownikami górskimi i angażują się w misje poszukiwawcze z użyciem śmigłowców.
Po ulewie kolory i zapachy na szlaku są szczególnie intensywne. Wszechobecna zieleń w tysiącach odcieni na ósmym etapie Via Dinarici to balsam dla oczu, które na co dzień zdecydowanie zbyt długo wpatrują się w różne ekrany. Nawet na wysokości 2000 m n.p.m., przyroda jest bujna i soczysta. Pastwiska pokrywa gęsty dywan żółtych dziurawców, a powietrze wypełnia zapach igliwia i mchu.

– Hajde, hajde! – woła Uta, gdy grupa ociąga się zbyt długo, fotografując kładkę przechodzącą przez górski potok. To pochodzące z tureckiego słowo oznacza mniej więcej to samo co “dawaj, dawaj”. Jest zrozumiałe dla wszystkich na Bałkanach, niezależnie od języka i narodowości.
Kobiety na szczyty
Uta ma w Kosowie status gwiazdy. Niedawno, jako pierwsza kobieta z Bałkanów, zdobyła koronę Himalajów i Karakorum. Patrząc na jej figlarną krótką grzywkę, dziewczęcą sportową spódniczkę i delikatną, pogodną twarz trudno uwierzyć, że zaledwie parę tygodni wcześniej stała na szczycie Kanczendzongi, swojego czternastego ośmiotysięcznika.
– Zrobiłam to nie tylko dla siebie, nie tylko dla widoków w Himalajach, ale także dla mojego kraju – mówi Uta cichutko odpowiadając na niekończące się pytania dotyczące jej himalajskich podbojów.
Uta wykorzystuje popularność, by przyciągnąć więcej osób, zwłaszcza kobiet, do turystyki górskiej. Jej projekt Ajo Mal (po albańsku Ona Góra) pozwolił dziewczynom i kobietom z Kosowa zdobyć kluczowe w górach umiejętności i doświadczyć wolności związanej z ich zdobywaniem.
– W czasie wojny jako dziecko słyszałam opowieści o masakrach i przemocy, których wynikiem był strach przed samotnością w górach – opowiada Uta o motywacjach. – Przez lata, zmagając się z tym strachem, udało mi się zwiedzić wiele gór w Kosowie i poza nim, często samotnie. Dzisiaj chcę otworzyć kobietom i dziewczętom drzwi do ponownego połączenia się z ich korzeniami, z górami Kosowa.
Przez góry Kosowa
W pensjonacie Gacaferi czeka na nas nowoczesna łazienka (miło dla odmiany wytrzeć się świeżo wypranym ręcznikiem, zamiast mikrofibrą z Decathlonu). A na kolację tony jedzenia: burek, naleśniki, zapiekanki, górskie sery i rozgrzewająca zupa.
Jesteśmy blisko trójstyku granic. Z jednej strony widać szczyty Alp Albańskich, z drugiej czarnogórski masyw Bogicevica, z trzeciej zaś masyw Gjeravicy – najwyższy wierzchołek Kosowa (2656 m). Przed domem dumnie powiewają dwie flagi: dwugłowy albański orzeł na czerwonym tle i ciemnoniebieska flaga Kosowa, z konturem kraju i sześcioma gwiazdami. Symbolizują one sześć głównych grup etnicznych zamieszkujących ten niewielki kraj. Poza Albańczykami i Serbami w Kosowie żyją Romowie, Turkowie, Bośniacy i Gorani.
– Nie idziecie jutro czasami do Albanii? – zagaduje nas para Kanadyjczyków, którzy też nocują w Gacaferi. – Przyplątał się z nami stamtąd piesek. Martwimy się, czy się nie zgubił.
Niestety, nasz cel na następny dzień jest inny, ale pieskowi zdaje się to nie przeszkadzać. Postanawia ruszyć z nami. Co paręset metrów odwraca się, by sprawdzić, czy grupa jest w komplecie. Jeśli ktoś zatrzymuje się zrobić zdjęcie, psiak natychmiast do niego biegnie i niecierpliwie czeka aż maruder dołączy do stada.




Wspinamy się wyżej przez zacieniony żleb. Ścieżka przecina zalegający śnieg o konsystencji gęstego, lodowego deseru. Nasz psi przewodnik jest w siódmym niebie. Szybko wbiega na szczyt śniegowego płatu i beztrosko się ześlizguje.
Mijamy kolejne jezioro, Zemra, którego kształt przypomina serce. W drodzę na Gjeravicę krajobraz robi się coraz bardziej wysokogórski i skalisty.
Dzikość, którą trzeba chronić
Każdy etap Via Dinarici przynosi odmienne krajobrazy. W okolicach Decani czuję się jak w tolkienowskim Shire. W wysokich partiach Gjeravicy surowy krajobraz przypomina tatrzańskie turnie. A w regionie Hajli pasące się krowy i owce przywodzą na myśl szwajcarskie pastwiska.
Jedno się nie zmienia: pejzaż pozostaje minimalnie, jak na Europę, zmieniony przez człowieka. Jednak także tutaj, podobnie jak choćby po albańskiej stronie Gór Przeklętych, chciwość i chęć rozwoju pozostaje zagrożeniem dla delikatnego ekosystemu.
Na szczęście kosowskie Góry Przeklęte mają swoich obrońców, takich jak Fatos Lajçi. Okoliczne doliny, szczyty i pastwiska to dla niego coś więcej niż tylko krajobraz. Tu się wychował, tu stracił brata, tu spędza większą część roku.
– Gdy dorastałem, te góry były kompletnie dzikie – mówi Fatos z nostalgią w głosie. – Żadnego asfaltu, samochodów. Do wyżej położonych wiosek dało się dotrzeć tylko pieszo lub konno. Po 1999 roku zaczął się wielki boom, władze chciały rozwijać infrastrukturę, lać asfalt, nie zważając na przyrodę. Ludzie nie mieli pieniędzy, więc zaczęła się też nielegalna wycinka drzew. Dlatego, razem z paroma osobami, założyłem ERA (Environmentally Responsible Action). I od tego czasu jesteśmy w ciągłej walce z lokalnymi władzami, by zachować to miejsce. Niektórzy uważają mnie za zdrajcę, kogoś kto blokuje postęp. Nie obchodzi mnie to, uważam że należymy do natury. My pójdziemy w piach, a przyroda nadal tu będzie.
Szukając przyjaciół
Dla Fatosa góry oraz ochrona przyrody mają także dodatkowy wymiar. Choć jego brat zginął jako żołnierz Armii Wyzwolenia Kosowa z rąk wojsk Slobodana Milosevica, Fatos ma nadzieję, że wspólne projekty przyczynią się do pojednania w Kosowie.
– Nikt mnie nie zmusi do tego, żeby nagle kogoś pokochać. To musi przyjść naturalnie. Jak? Przez dzielenie problemów, wspólne aktywności i cele – filozofuje Fatos. – Kiedy rozmawiamy o niedźwiedziach, rysiach czy górach, kiedy tworzymy coś razem, przestaje się liczyć, kto jest Albańczykiem, a kto Serbem. Nie ma co płakać i patrzeć w przeszłość. Trzeba usiąść przy stole, poprosić się nawzajem o przebaczenie i powiedzieć “koniec tego, zacznijmy współpracować”. I ruszyć naprzód.
Informacje praktyczne:
Dojazd:
Z Polski na start szlaku Via Dinarica najszybciej można dotrzeć samolotem, lecąc do albańskiej Tirany (liczne bezpośrednie połączenia z wielu miast w Polsce). Stamtąd z kolei kursują bezpośrednie autobusy do Peji (podróż trwa około 4 godzin).
Istnieją dwa warianty trasy: jeden prowadzi do Decani, drugi do miasteczka Junik. Z obu miasteczek można autobusem wrócić do Peji.
Podróż samochodem do Kosowa jest dość czasochłonna – z Krakowa do Peji jedzie się około 15 godzin. Na granicy trzeba wykupić specjalne ubezpieczenie komunikacyjne.
Odcinki szlaku:
Długość dziennych odcinków szlaku wynosi od 8 do 18 km. Szczegółowy opis wszystkich etapów szlaku Via Dinarica Kosowo znajduje się na oficjalnej stronie projektu. Można tam także znaleźć pliki gpx do pobrania. Przed wyruszeniem na trasę warto też zajść do biura informacji turystycznej w Peji, gdzie dostępne są papierowe mapy szlaku.
Pod względem technicznym szlak Via Dinarica Kosowo jest raczej mało wymagający. Konieczna jest jednak dobra kondycja – na niektórych dziennych etapach trasy trzeba liczyć się z podejściami rzędu 1200 m.
Noclegi:
Noclegi wzdłuż szlaku Via Dinarica są zazwyczaj w prostym, schroniskowym standardzie. W cenie noclegu (około 35 euro/noc) zazwyczaj wliczone jest wyżywienie (kolacja i śniadanie). Liczba miejsc noclegowych jest ograniczona, dlatego warto wcześniej zarezerwować miejsce przez telefon. Listę obiektów noclegowych wzdłuż szlaku można znaleźć na oficjalnej stronie internetowej.
Przydatne informacje:
- W schroniskach i pensjonatach obowiązuje wyłącznie płatność gotówką. Walutą obowiązującą w Kosowie jest euro.
- Poza terenem parku narodowego można nocować na dziko pod namiotem. W okolicy żyje jednak sporo niedźwiedzi. Trzeba więc powziąć szczególne środki ostrożności, takie jak umieszczenie jedzenia poza namiotem oraz ostrożne wybieranie miejsca na biwak.
- Należy mieć ze sobą 2-3 litry wody do picia na każdy etap szlaku. Po drodze znajdują się źródła z wodą pitną, w których można uzupełnić zapasy.
- Miejsca, w których można kupić coś do jedzenia są ograniczone. Warto mieć ze sobą zapas przekąsek na każdy dzień lub zapytać o możliwość zrobienia kanapek na drogę w schroniskach i pensjonatach.
- W Kosowie prężnie działa ochotnicza górska służba ratunkowa. W razie problemów można wezwać pomoc dzwoniąc na numer telefonu +383 49 840 228.
- Sezon trekkingowy w kosowskich Górach Przeklętych zaczyna się pod koniec maja (w wyższych partiach gór nadal może wtedy zalegać śnieg) i trwa zazwyczaj do końca września.
Niezbędnik
- Buty trekkingowe, najlepiej za kostkę.
- Kurtka przeciwdeszczowa.
- Okulary przeciwsłoneczne i krem z filtrem.
- Czapka i rękawiczki (nawet latem poranki bywają chłodne).
- Szybkoschnący ręcznik.
- Czołówka.
- Apteczka pierwszej pomocy.

