Dzikie Śniardwy. Historie z południowych Mazur

Początek

Mimo popularności Mazur, nadal można znaleźć tu spokojne i niemal dzikie miejsca

Fot. Małgorzata Szymańska

Tafla jeziora ciemnieje. Płaskie, niemal geometryczne liście grzybieni delikatnie drżą. Podchodzę na skraj pomostu i widzę ławicę wartko przepływających, małych okoni. Tego gatunku nie pomyli się z żadnym innym – wyróżniają go ciemne pręgi i jaskrawopomarańczowe płetwy. Okonki mkną w kierunku szuwarów przy brzegu. Na skutek ruchu ryb woda mętnieje, po chwili jednak znów staje się spokojna i przejrzysta.

Grzybienie także nieruchomieją. Zauważam, że ich żółte kielichowate kwiaty są ulubionym stanowiskiem polujących ważek. Owady przysiadają na nich co chwila, prezentując smukłe skrzydełka i błękitne, tyczkowate odwłoki. Podejrzewam, że panuje tu mikroklimat sprzyjający grzybieniom, bo w polu widzenia są ich dziesiątki, jeśli nie setki. W dawnym języku bałtyjskim określało się je lukne, a ja jestem w osadzie Łuknajno, nad brzegiem jeziora Śniardwy.

śniardwy
W dawnym języku bałtyjskim grzybienie określało się jako lukne. Od tego słowa wzięła się nazwa osady Łuknajno, nad brzegiem jeziora Śniardwy oraz samego jeziora Łuknajno

Mazurski dworek

Samochód zostawiłam na skraju lasu, naprzeciwko starych zabudowań folwarcznych. Z otwartych drzwi żółtawego, lekko odrapanego budynku wyskoczył czarny pies. Spojrzał z ukosa, obwąchał auto i czmychnął z powrotem.

Pod schodami ganku ktoś wyrył w glinie datę 1914 – nie wiem co upamiętnia, bo dom istniał już wcześniej. Po szerokim froncie i charakterystycznym dachu poznałam, że to dawny dworek. Otaczają go ułożone w czworobok zabudowania gospodarcze, z których dobiega meczenie kóz. Przed stu laty folwark był własnością ziemiańskiej rodziny Lingnauów – położony na przesmyku między jeziorami Śniardwy i Łuknajno tworzył przyjemną przestrzeń do życia. Był także miejscem pracy lokalnej społeczności oraz świadkiem wiejskich spraw i wydarzeń.

Po wojnie ten krajobraz zniknął – wskutek zmiany granic, ale nie tylko. Celem reformy rolnej była likwidacja warstwy ziemiańskiej i uzyskanie poparcia wśród chłopów, nowe władze wysiedliły więc właścicieli majątków i skonfiskowały ich dobra. Kulturotwórczą i opiekuńczą funkcję, jaką we wspólnotach sprawowali panowie ziemscy, miało zastąpić państwo. Więc nawet gdyby dworek w Łuknajnie zamieszkiwali wcześniej Polacy, i oni najpewniej musieliby opuścić swoją ziemię.

Folwark został upaństwowiony i zaadaptowany na PGR, w którym zatrudniono nowych mieszkańców okolicznych wsi. Nie byli to tylko wysiedleńcy z ziem przyłączonych po wojnie do ZSRR – na Mazury gromadnie przybywali Polacy z sąsiednich regionów, głównie z Kurpiowszczyzny. Porzucali ojcowizny, mamieni wizją lepszego życia w poniemieckich gospodarstwach. Czy ich wyobrażenia się spełniły, mogli ocenić dopiero po latach.

Śniardwy, mazurskie morze

Wzdłuż ścieżki nad jezioro stoją tabliczki informacyjne – dowiaduję się z nich, że Śniardwy to najgęściej zarybiony akwen w Polsce. Przemykająca pod powierzchnią wody ławica okoni czy sandaczy nie jest tu zatem rzadkim zjawiskiem. Nad brzegiem stoi wieża widokowa, z której da się objąć wzrokiem kilka otoczonych trzcinowiskami zatoczek.

śniardwy
Spacer w kierunku największego polskiego jeziora staje się nauką geografii

Śniardwy są nazywane Mazurskim Morzem – to największy naturalny zbiornik wodny w Polsce, o powierzchni niemal 114 m² i linii brzegowej liczącej około 65 km. I choć tego dnia widzę przed sobą zastygłą w bezruchu taflę, jezioro potrafi się wzburzyć. Fale sięgają nawet 1,5 metra wysokości, a nagły szkwał momentalnie zawraca łodzie do portów. Z kolei przy łaskawej pogodzie aż roi się tu od żaglówek, stateczków i jachtów, korzystających z ciągnącego się od Rucianego-Nidy do Węgorzewa, liczącego ponad 130 km długości Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich.

Mazury. Jak uciec przed tłumami

Do Łuknajna, położonego w północno-zachodniej części jeziora, ten wodniacki zgiełk zdaje się nie docierać. Mimo, że pogoda jest stabilna, nie dostrzegam na horyzoncie ani jednej żaglówki. Nie dobiegają też do mnie dźwięki motorówek, które lubią się rozpędzać na otwartych przestrzeniach i rozrzucać z hukiem wodną pianę.

Słyszę natomiast świergot, trzepot skrzydeł, kwiczenie i pohukiwania – znajduję się w ptasim królestwie. Jezioro Łuknajno, połączone ze Śniardwami 500-metrowym kanałem, jest największą ostoją łabędzia niemego w Europie. Ptaki upodobały sobie niedostępność akwenu – nie ma tu plaż czy kąpielisk, są za to gęste trzcinowiska, bagna i podmokłe łąki. W takich warunkach nie trzeba się martwić, że zabraknie pożywienia. Z naturalnych bogactw, jakie oferuje Łuknajno, chętnie korzystają też inne gatunki – perkozy, kormorany, czaple czy rybitwy.

Baba na talerzu

Wracając znad brzegu Śniardw znalazłam się z powrotem koło dworku Lingnauów. Budynek mieści obecnie restaurację „Pod Łabędziem” – w menu przeważają regionalne potrawy, takie jak mazurska baba ziemniaczana, wędzona sielawa czy dzyndzałki z kaszą gryczaną. Właściciele dbają o tradycyjne receptury i jakość dań, dzięki czemu w 2024 roku gospoda dołączyła do sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmii i Mazur.

śniardwy
W Łuknajnie lokalne, mazurskie potrawy serwuje między innymi gościniec Pod Łabędziem

Naprzeciwko zauważam wejście na kolejną ścieżkę przyrodniczą, tym razem prowadzącą do jeziora Łuknajno. Dróżka jest błotnista – splątany gąszcz roślin sprawia, że słońce dociera do niej z trudem. Mijam grupkę turystów mówiących po niemiecku. Mają lornetki, więc będą pewnie przyglądać się ptakom z drewnianej wieży na końcu ścieżki. Zmiana wysokości uatrakcyjnia wrażenia widokowe, dlatego wież buduje się coraz więcej. Wokół Łuknajna jest ich aż trzy, a na całych Mazurach co najmniej kilkadziesiąt. Nie zmienia to faktu, że zajęcie, jakim jest obserwacja ptaków, wymaga cierpliwości. Mazurskie gatunki potrafią się maskować – kormorany są w stanie wytrzymać pod wodą nawet pół minuty, a specyficzne ubarwienie perkoza sprawia, że trudno odróżnić go od wodnych szuwarów.

Niespieszny wypoczynek

Opuszczam Łuknajno i ruszam drogą wzdłuż północnego brzegu Śniardw. Coraz bardziej oddalam się od tłumnego Szlaku Wielkich Jezior. Na wąskim pasie lądu, tym razem łączącym Śniardwy z jeziorem Tuchlin, przycupnęła maleńka wioska – Suchy Róg (z niem. Trockenhorn). Przed ponad stu laty była majątkiem prywatnym – na wzgórzu stał dworek z gankiem wspartym na kolumnach, działała także destylarnia.

Dziś osada przyciąga głównie wędkarzy, ornitologów i amatorów niespiesznego wypoczynku. Z przesmyku rozciągają się zachwycające widoki na Mazurskie Morze, a na horyzoncie majaczy największa z ośmiu wysp Śniardw – Szeroki Ostrów. Historyczne przekazy mówią, że w czasach przedsłowiańskich była miejscem kultu Galindów, bałtyjskiego plemienia zamieszkującego dzisiejszy teren Mazur. Po świętych gajach, kamiennych kręgach i kurhanach nie ma już śladu, za to wprawne oko dostrzeże zagłębienia po piwnicach, resztki podmurówek i zdziczałe czereśnie. To pozostałości niemieckiej wsi opuszczonej po 1945 roku, a potem rozszabrowanej. Obecnie nikt nie zamieszkuje wyspy na stałe, jest za to świetnym miejscem na biwak. Klifowe brzegi, wznoszące się nawet do 10 metrów ponad poziom wody, dodają jej nostalgicznego, nieco Byronowskiego charakteru.

Kościół malowany

Trzymając się północnego brzegu Śniardw, docieram do Okartowa. Nad niską zabudową wsi góruje drewniana wieża kościoła wzniesionego w miejscu dawnego grodu pruskiego. Jego bryła nie wyróżnia się szczególnie na tle innych mazurskich kościółków, za to wnętrze owszem. Roślinno-geometryczne ornamenty, namalowane przez lokalnego artystę, wypełniają każdą wolną przestrzeń ścian i stropu.

Miejscowi opowiadają, że podczas I wojny światowej kościół uległ poważnym zniszczeniom, a gdy tylko walki ucichły, parafianie postanowili jak najszybciej go odbudować. Wiejski kowal użyczył do tego celu wóz i konia Jakuba – zwierzę dzielnie transportowało budulec, aż świątynia podniosła się z gruzów. Wkrótce odbyła się msza dziękczynna, w której mieli wziąć udział mieszkańcy zaangażowani w odbudowę. Córka kowala przyprowadziła do kruchty konia Jakuba, co wywołało wśród wiernych ogromne poruszenie. Pastor nie krył oburzenia gwarem, jaki panował w kościele podczas nabożeństwa – udzielił zgromadzonym surowej reprymendy dodając z przekąsem, że koń jako jedyny potrafił zachować skupienie.

Rozglądam się po wnętrzu odnowionej świątyni. Przez otwarte drzwi wpadają promienie słońca, muskając żyrandole i figurę Matki Bożej w ołtarzu. Wciśnięte w ławki kolumny są wsparciem dla bocznych antresoli, również całych w polichromii. Na deskach stropu dostrzegam wizerunek konia zaprzęgniętego do wozu i wykaligrafowane w niemieckim gotyku zdanie: „Ja, koń Jakub, większą część kamieni na budowę tego kościoła przybliżyłem”. Rola zwierzęcia w odbudowie świątyni musiała być nadzwyczajna.

Letni spokój

W Okartowie chcę raz jeszcze rzucić okiem na Śniardwy. Na niewielką plażę prowadzi mnie betonowa droga, po której turlają się dzikie jabłka – małe i twarde. Ich cierpka woń wypełnia powietrze i wywołuje we mnie, niczym magdalenka u Prousta, błogie wspomnienie wakacji spędzanych na wsi. Po chwili dochodzę nad brzeg. Siedzi tam starszy pan z wędką, który uczy małego chłopca łowić ryby na spławik. W oddali błyszczą żaglówki, a od strony jeziora Tyrkło, które łączy się tu ze Śniardwami, zbliżają się dwa kajaki. Jeszcze trochę i ruch ustanie, a Mazurskie Morze pogrąży się w ciszy ciepłego, letniego wieczoru.


Travel Magazine może istnieć dzięki Waszemu wsparciu. Postaw nam kawę, byśmy mogli pracować nad kolejnymi numerami naszego magazynu:

Małgorzata Szymańska

Małgorzata Szymańska

Romanistka, warszawianka, pasjonatka podróży po Polsce. Autorka bloga o tematyce krajoznawczej. Interesuje się wielokulturowością II Rzeczypospolitej, z entuzjazmem szuka jej śladów i ocalałych tradycji. Publikowała m.in. w magazynie "Podróże". W wolnych chwilach czyta reportaże, jeździ na rowerze i gra na skrzypcach.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe