Jak nauczyłem się języka japońskiego

Początek

Zapisywałem nazwy przystanków. Z menu w restauracjach spisywałem znaki kanji, a potem przepisywałem je po wielokroć. Podsłuchiwałem rozmowy przy sąsiednich stolikach

Tytuł tego felietonu powinien brzmieć raczej: Jak uczyłem się japońskiego? Bo w przypadku języka, nauka nigdy nie ma końca, a w przypadku japońskiego – nie ma z pewnością.

Był rok 1999. Luty. Wejście do Unii jeszcze wtedy chyba niewielu się śniło, ale daleki zachodni (i wschodni też, ten dalszy wschodni) świat uchylił drzwi dla tych, którzy byli chętni go odkrywać.

Od kilku miesięcy poznawałem więc uroki Bawarii, studiując na Uniwersytecie Passawskim u zbiegu trzech rzek o trzech kolorach: niebieskiego Dunaju, zielonego Innu i czarnego Ilzu. W zimowej przerwie poznawałem zaś tajniki kapitalizmu, praktykując w dużej firmie z sektora finansów w samym sercu Monachium. To właśnie tam poznałem wesołego młodzieńca z Japonii, z którym się zaprzyjaźniłem. Po trzech tygodniach znajomości nieopatrznie pożegnał mnie słowami: „Jeśli chciałbyś przyjechać kiedyś do Japonii, to po prostu daj znać. O nic się nie musisz martwić.”

Wziąłem jego słowa dosłownie. Zapewne zbyt dosłownie, co mogę stwierdzić po dziewięciu latach pobytu w Kraju Kwitnących Wiśni.

Kupiłem bilet, wysłałem mu wiadomość i poleciałem. Wysiadłem z samolotu i ruszyłem do hali przylotów. Otworzyły się drzwi. Stał. Tak samo uśmiechnięty jak przed kilkoma miesiącami. Dotrzymał słowa. Zawiózł mnie do Tokio i wręczył klucze do piętrowego domku. Nie było wprawdzie łazienki, klimatyzacji (kto doświadczył japońskiego lata, ten wie o co chodzi) i ciepłej wody, a na dodatek przeciekał dach, ale przecież darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Miałem schronienie, za które właścicielka – 90-letnia wdowa nie chciała ani grosza.

Przylatując, umiałem po japońsku liczyć do stu, przedstawić się i powiedzieć, że jestem głodny. Znałem też kilkanaście zwrotów grzecznościowych, co zresztą ułatwiło mi zawieranie znajomości i sprawianie dobrego wrażenia, co – jak wie każdy podróżnik – jest ważne, a w Japonii jeszcze bardziej niż gdzie indziej. W sam raz, by rozpocząć japońską przygodę, za mało jednak by poczuć się jak w nowym domu.

Zacząłem się uczyć języka. Codziennie, bez wyjątku. W pociągu zapisywałem nazwy przystanków i próbowałem zapamiętać znaki. Z menu w restauracjach spisywałem znaki kanji, a potem przepisywałem je po wielokroć. Podsłuchiwałem rozmowy przy sąsiednich stolikach i wyłapywałem słowa, których nie znałem.

Cóż, początki były niewdzięczne. Niewiele rozumiałem. Miałem jednak cel i motywację. Wiedziałem też, że efekty przyjdą, jeśli tylko będę dostatecznie cierpliwy.

Mijały dni, notatnik pęczniał od słów i zwrotów. Z każdą zapisaną stroną wydawało mi się, że już właściwie rozumiem, co się wokół mnie dzieje.

Pora deszczowa dobiegła końca. Wyruszyłem w podróż. Autostopem. Na początku szło mi całkiem nieźle. Umiałem się przedstawić, powiedzieć, że podróżuję, jestem studentem, mam grupę krwi A (w Japonii pytanie o nią może paść w każdej chwili), kraj mi się podoba, a jedzenie jest wyśmienite. Wypowiadałem zwykle tę sekwencję na jednym oddechu. Kierowcy, który mnie wieźli mogli odnieść wrażenie, że japoński znam całkiem dobrze. Zaczynali więc swoją opowieść, a ja kiwałem głową, choć często niewiele rozumiałem (mówili nie tylko bardzo szybko, ale często posługiwali się też dialektami). Czekałem gdy na końcu zdania usłyszę partykułę ka, oznaczającą pytanie. Wtedy szydło wychodziło z worka. Moi rozmówcy orientowali się, że muszą powtórzyć kwestię znacznie wolniej i przy użyciu prostszych sformułowań. Czynili to zwykle z dużą ostrożnością i bez mrugnięcia okiem, a ja zapisywałem nowe słowa, zwroty, a nawet całe zdania. W przerwie między jednym a drugim kursem, wkuwałem je na pamięć.

Niespodziewanie dla siebie samego po trzech tygodniach udawało się uciąć już dłuższą konwersację. Tak zaczęła się moja przygoda z Japonią i językiem japońskim.

Zanim po trzech latach wróciłem do Japonii, uczęszczałem na kurs japońskiego na uniwersytecie. Uczyłem się mozolnie zapożyczonych z Chin znaków i coraz mocniej czułem, że choć ten codzienny język jest dla nas stosunkowo prosty, to jednak zawiera mnóstwo pułapek i zawiłości, a zdobycie umiejętności płynnego pisania i czytania to wyzwanie na całe życie.

Nie miałem wyboru, musiałem pojechać tam ponownie, tym razem na dłużej. Z planowanych osiemnastu miesięcy zrobiło się dziewięć lat. Kilka z nich opisałem w książce „Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji”. Pracowałem i uczyłem się, nieustannie się uczyłem i dziś mogę powiedzieć, że wciąż jeszcze jest przede mną dużo nauki. Poznawanie japońskiego to przygoda na całe życie.

Piotr Milewski

Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji

Świat Książki 2020

Książka do kupienia we wszystkich dobrych księgarniach.

Piotr Milewski

Pisarz, dziennikarz, podróżnik. Dziewięć lat spędził w Japonii. Autor bestsellerowych książek: „Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej” (2014), „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia” (2015),„Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat” (Świat Książki 2018) oraz „Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji”.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.