BEJRUT - ZNISZCZENIA - WYBUCH

Jedna z największych nienuklearnych eksplozji w historii zmiotła pół Bejrutu. Co dalej?

Początek
6 min. czytania

To pewnie nieco egoistyczne, ale na dziejowe wydarzenia patrzymy zazwyczaj przez pryzmat własnych doświadczeń. Przypominam sobie o tym, śledząc doniesienia z Bejrutu

Czytam o wtorkowej eksplozji w bejruckim porcie i zniszczeniach, które dotknęły ogromną część stolicy. Oglądam relacje z akcji ratunkowej. Widzę zakrwawione twarze niewinnych osób i – choć przepełnia mnie współczucie – przypominam sobie to miasto takim, jakie widziałem je kilka lat temu. Zniknęło ono właśnie na skutek niefrasobliwości osób pozwalających na magazynowanie w porcie łatwopalnej saletry amonowej. To środek stosowany do nawożenia pól, ale dobrze sprawdzający się też w konstruowaniu amatorskich ładunków wybuchowych. Słowem, to nie jest bezpieczny materiał.

Gdy byłem tam ostatni raz, stolica Libanu płynęła właśnie na fali wznoszącej. Otrząsnęła się wreszcie ze skutków wojny domowej nękającej kraj przez piętnaście lat od 1975 r. i kolejnych konfliktów z sąsiadami. Miasto szybko się rozbudowywało, a ulice tętniły życiem.

Bejrut starał się wtedy nadrobić stracony czas, jakby wszyscy przeczuwali, że okres spokoju i rodzącego się dobrobytu nie będzie trwał długo.

Patrzę więc teraz na zdjęcia tego miasta i staram się, pośród zniszczeń i gruzowisk, wyłuskać znane mi miejsca. Przecznice, którymi przemykałem w poszukiwaniu codziennej porcji świeżo upieczonych placków manakeesh, bez których miękkości nie mogłem się obyć. Znaleźć ulicę, na której stał mój hotelik, kilkaset metrów od nabrzeża. Był stary i podniszczony, ale jego właściciel co rano wynosił na chodnik przed wejściem krzesło i siedząc na nim palił papierosy i popijał kawę. Obserwowałem go z balkonu z balustradą z kutego żelaza i nasłuchiwałem jego rozmów z przechodniami.

Szukam też na tych obrazach nadmorskiego bulwaru, na który wieczorami przenosiło się życie miasta. Po zmierzchu ściągały tam całe rodziny, przynosząc rozkładane krzesełka, nargile i pudełka pełne jedzenia. Pamiętam rozbrzmiewające w wieczornym powietrzu rozmowy, z których niewiele rozumiałem. Przechadzając się w tym tłumie, miałem wrażenie jakiejś niebywałej żywotności, cechującej to miasto i jego mieszkańców.

Kilka lat temu pisałem w jednym z artykułów do dużego polskiego portalu: Za kilka lat Bejrut – jeżeli krwawa historia znów nie wplącze się w jego dzieje – będzie święcącą blaskiem tysięcy świateł metropolią, równającą się z ociekającym bogactwem Dubajem czy Abu Zabi.

Niestety mój optymizm okazał się na wyrost. Wtorkowa eksplozja nie jest bowiem jedynym problemem Libanu. Kraj, choć uniknął w ostatniej dekadzie kolejnej poważnej wojny, stanął na krawędzi gospodarczej zapaści. Epidemia koronawirusa pchnęła go w objęcia hiperinflacji, libański funt stracił blisko 80 proc. wartości. Podstawowe artykuły spożywcze zniknęły ze sklepowych półek. Od kilku miesięcy agencje prasowe donoszą o opustoszałych centrach handlowych i zaciemnieniach miast, gdyż prąd stał się towarem reglamentowanym. Narastającym problemem jest też obecność imigrantów, głównie z Palestyny i Syrii, których sytuacja prawna nie jest uregulowana. Dodatkowo Liban boryka się z dość skomplikowaną sytuacją polityczną oraz oskarżanym o korupcje, słabo sobie radzącym z kryzysami rządem.

Czy wybuch saletry amonowej, który przyniósł śmierć ponad setce osób, a tysiące ranił pogrąży ten kraj ostatecznie? Jestem pewien, że nie.

Libańczycy odbudują ojczyznę, bo robią to od wieków z godnym podziwu uporem. Pamiętam determinację, optymizm i niekończącą się życzliwość, jakie cechują tych ludzi. Są w stanie podnieść się z każdego upadku.

Zła passa nie jest wynikiem boskiej złośliwości, fatum, czy zapisanego gdzieś przeznaczenia. To splot niefortunnych zdarzeń, zawiłej historii i nieudolności przywódców, których działania budziły ostatnio coraz gwałtowniejsze protesty.

Dramatyczne wydarzenia bywają jednak początkiem większych zmian. Czasem stają się nowym otwarciem. Oby to był dla Libanu właśnie ten moment.

Mieszkańcom Bejrutu możesz pomóc wpłacając darowizny między innymi na fundusz Polskiej Akcji Humanitarnej.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.