Listy ze Słowenii #11. Jeszcze nowszy testament

Początek
6 min. czytania

W niepodległej Słowenii sport przestał być sposobem spędzania wolnego czasu. Stał się centralną osią życia

Przemierzając Słowenię wzdłuż i wszerz, każdy podróżny szybko przyzwyczaja się do charakterystycznego krajobrazu: sylwetek kościołów na licznych szczytach i pagórkach. Szacuje się, że w kraju jest około 3000 świątyń, co przy populacji liczącej około 2 mln obywateli, daje jeden kościół na… 666 osób.

Piekielna liczba pojawia się tu oczywiście przypadkowo, lecz może trochę nie bez powodu. Choć liczba obiektów sakralnych jest w Słowenii imponująca, dziś jest już bowiem jedynie śladem dawno utraconej potęgi. Większość świątyń stoi pusta. W niektórych wierni gromadzą się jedynie w trakcie największych religijnych świąt, a w najlepszym razie na jedną mszę w tygodniu.

W przeciwieństwie do Polski, gdzie sakralne budownictwo rozwinęło się po upadku komunizmu, w Słowenii prawie nie ma nowych kościołów. Słoweńcy nie są bardzo religijni, a deklarowanych katolików jest niecałe 60% (dane z 2002 roku, w 1991 było to 71%). Wielu z nich nie prowadzi jednak zbyt bogatego życia duchowego, czasami nie są nawet ochrzczeni.

Życie, także duchowe, nie znosi jednak próżni. Pojawiły się nowe obrzędy i nowi kapłani. Słoweńcy skierowali swoje modlitwy ku stadionom, boiskom i halom sportowym.

W niepodległej Słowenii sport przestał być jedynie sposobem spędzania wolnego czasu. Stał się sposobem na życie, jego centralną osią.

Amatorskich drużyn, klubów i aktywności jest cała masa. Boiska do koszykówki, piłkarskie z króciutko przystrzyżoną trawą, korty tenisowe, ścianki wspinaczkowe to standard nawet we wsiach gdzieś na krańcach cywilizacji. Wiadomości sportowe często otwierają serwisy informacyjne, a drugi program państwowego radia – Val 202 ma codziennie dwie 15-minutowe audycje sportowe. W weekendy, kiedy odbywa się najwięcej sportowych imprez, Val 202 staje się radiem poświęconym niemal wyłącznie sportowi. Ucieczka na inne częstotliwości nie na wiele się zda, bo prawie wszystkie stacje relacjonują wtedy najważniejsze rozgrywki. Właściwie nawet nie najważniejsze. Wszystkie. Mieszkając w Słowenii trzeba się przyzwyczaić, że świat sportu to nie tylko olimpijskie dyscypliny, a przecież nawet tych jest już imponująca dużo.

Oczywiście, istnieje niepisana hierarchia w tym rywalizacyjnym panteonie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że na pierwszym miejscu wcale nie znajduje się piłka nożna.

Właściwie nie istnieje tu jedna najpopularniejsza dyscyplina sportowa, ale jest kilka cieszących się zainteresowaniem w całym kraju. Należą do nich koszykówka oraz sporty zimowe: narciarstwo alpejskie i skoki narciarskie. Jednak prawdziwego bzika Słoweńcy mają na punkcie wszelkich sportów ekstremalnych: skoki spadochronowe, wspinaczka (najlepiej bez zabezpieczeń), triathlon (zwłaszcza Ironman), spływy na górskich rzekach, motocross… Jeśli biegi, to po górach. Jazda na rowerze? Zjazdy przełajowe.

Grą drużynową numer jeden jest koszykówka. Jak zresztą w większości krajów byłej Jugosławii (Chorwacja jest tu futbolowym wyjątkiem, choć jest także bardzo mocna w koszykówce). Piękny sen słoweńskich koszykarzy spełnił się w 2017 roku, kiedy w finale mistrzostw Europy reprezentacja pokonała Serbię. Radości nie było końca. W “kosza” gra się nałogowo zarówno w miastach jak i na wsiach. Niektórzy są w stanie zapłacić wysoką cenę, byle tylko sobie  porzucać. Na przykład Igor Bavcar, były minister i wpływowy oligarcha. Skazany na więzienie, po ogłoszeniu wyroku nagle zachorował i uniknął w ten sposób celi. Jednak choroba nie była na tyle poważna, aby raz w tygodniu nie pograć z kolegami. Sportowe wyczyny Bavcara nagrali i opublikowali dziennikarze jednego z popularnych serwisów internetowych. Kolejny mecz były minister musiał już rozegrać z funflami spod celi.

To oddanie dla sportu jest w Słowenii powszechne. Stąd też kolejne sukcesy, którymi ten niewielki kraj zaskakuje świat.

Osiągnięcia słoweńskich sportowców z ostatnich lat imponują. Oprócz wspomnianego już mistrzostwa Europy w koszykówce, swoje “dwa grosze” dorzucili kolarze szosowi. Na ostatnim Tour de France młody Tadej Pogacar stoczył fenomenalną walkę o laur zwycięstwa z innym Słoweńcem, Primozem Roglicem.

Było to wydarzenie, którym żyła cała Słowenia. Triumf, który udowodnił, że wiara naprawdę czyni cuda.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu "Czas Wina". Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany