Podążanie tymi samymi ścieżkami pozwala dostrzec zmieniające się detale

Początek
7 min. czytania

Gdy wracają koszmary, o których chcieliśmy zapomnieć, wytchnienie czerpię z niezmiennego cyklu natury

Rys. Rafał Reyman

Nastąpiło to, czego najbardziej się obawialiśmy. Letnie przygaśnięcie epidemii okazało się tylko krótką szansą na wzięcie głębszego oddechu. Rozbudzając przy okazji nadzieję, że najgorsze już za nami. Ta karuzela kręci się jednak znów coraz szybciej. Kolejne kraje stają na granicy lockdownu (lub ją nawet przekraczają, jak Niemcy i Francja). Obrazki sprzed paru tygodni powracają niczym męczące déjà vu.

Dojmujące poczucie niepewności dotyczącej przyszłości zadziwiająco łatwo jednak zniwelować, koncentrując się na cyklach stałych i niezmiennych.

W wolnych chwilach wybieram się więc na krótkie piesze wędrówki. Zazwyczaj podążam nadwiślańskim wałem przeciwpowodziowym prowadzącym mnie aż poza granice Warszawy.

Mimo problemów, które nas trapią, natura żyje własnym rytmem, zupełnie nie zwracając uwagi na nasze kłopoty. My tu się zamartwiamy o pracę, zdrowie i walące się plany, a tymczasem reszta świata przechodzi po prostu do kolejnych etapów powtarzanych od tysiącleci.

Regularne spacerowanie tymi samymi ścieżkami pozwala dostrzec zmieniające się detale.

Jeszcze dwa tygodnie temu po chodniku na wale pełzały setki włochatych gąsienic. Te brązowe liszki przeobrażą się na wiosnę w motyle. Teraz jednak, wykorzystując ostatnie cieplejsze dni, wyruszyły na poszukiwanie miejsc do przezimowania. Z początku starałem się im pomóc, przenosząc na drugą stronę ruchliwego chodnika. Szybko jednak okazało się, że to działanie pozbawione sensu – było ich zbyt wiele.

Tydzień później z tego niemego marszu pozostały tylko szybko znikające ślady w postaci trucheł nieszczęśników, którym nie udało się uniknąć śmierci pod butami lub oponami rowerów.

Wczoraj natomiast po gąsienicach nie pozostało już nawet wspomnienie. Świat przeszedł już do kolejnego etapu prowadzącego do sezonu zimowego. Zarzucił cały chodnik grubą warstwą żółtych liści. Wirują one z podmuchami wiatru. Jeżeli nabiorą wilgoci i leżą ciężko na ziemi, tworzą barwny dywan, w którym stopy zapadają się po kostki.

Gdy za dwa tygodnie będę pisał kolejny z felietonów, drzewa będą już bezlistnymi szkieletami dźgających niebo. Jestem przekonany, że reżyserzy tego spektaklu zaproponują wówczas jakieś kolejne przedstawienie. Na razie nie mam jeszcze o nim pojęcia.

Jest coś optymistycznego w tym, że cały świat prze do przodu, całkowicie obojętny na nasze ludzkie problemy. Pozwala to spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy. W mniejszym stopniu koncentrować się na sobie.

Inna sprawa, że ten obraz też jest trochę zafałszowany. W świecie natury toczą się bowiem dramaty, których tym razem to my nie zauważamy. I nie myślę tu o odwiecznym cyklu ucieczek i polowań.

Przykładowo, jeżeli widzieliście ostatnio jakąś żabę skaczącą w trawie, zapewne nie przyszło Wam do głowy, że płazy od dobrych trzydziestu lat borykają się z epidemią choroby grzybiczej. Na jej skutek wyginęło na świecie już blisko sto gatunków płazów, a choroba dotyczy już przynajmniej pięciuset gatunków. Ta hekatomba dzieje się u naszych stóp. Większość z nas nie jest jej jednak świadoma.

Może więc w tej naszej obecnej sytuacji koronawirusowej jest jakaś ponura sprawiedliwość. Tym bardziej, że do problemów żab i ich krewnych przyczynił się człowiek. Zarodniki zabójczego grzyba rozniosły się bowiem po całym świecie przez handel dzikimi zwierzętami.

Jeżeli wciąż brakuje Wam szerszej perspektywy, obejrzyjcie na Netflixie Życie na naszej planecie – nowy film sir Davida Attenborough. Najsłynniejszy przyrodnik świata w klarowny sposób przedstawia w nim historię tego, jak zepsuliśmy świat. To mocna rzecz. Na szczęście Brytyjczyk proponuje też kilka sposobów, jak go naprawić.

Patrząc na kadry pokazujące nasz destrukcyjny wpływ na środowisko i słuchając opowieści o katastrofie cywilizacyjnej, ku której zmierzamy, zaczyna się inaczej traktować codzienność. W takim kontekście widmo lockdownu, uziemionych samolotów czy braku możliwości zjedzenia obiadu w ulubionej knajpie zaczynają wydawać się jakoś mniej istotne.

Nie wiem jak Wy, ale ja – póki jeszcze można – idę się przejść i zobaczyć, co dziś w repertuarze ma świat fascynującej codzienności.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

1 Comment

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.