Zapomnij o aktualności

10 stycznia, 2026
przeczytasz w mniej niż 7 min.

W nowym roku wciąż poszukujemy dobrych opowieści

Fot. Maja Wirkus / MSN

W tegorocznym zestawieniu 52 miejsc, do których warto pojechać, przygotowanym przez New York Times, pojawiła się Warszawa. To niemałe wyróżnienie – słynny amerykański dziennik w swoich rekomendacjach zazwyczaj omija Polskę szerokim łukiem. To o tyle dziwne, że dziennikarze pisma chętnie zaglądają w nawet mało znane miejsca, starając się obok dużych miast i stolic, poznawać też regiony lub niewielkie mieściny nieoblegane jeszcze przez turystów. W Polsce takich miejsc znalazłoby się sporo. Możemy więc czuć się trochę rozczarowani, że nasz kraj pojawił się w tym zestawieniu dopiero teraz, po długich latach. I to jednak w dość sztampowej propozycji, skupiającej się na stolicy.

Kierując uwagę czytelników na Warszawę, dziennikarze zwracają uwagę na nowy budynek Muzeum Szutki Nowoczesnej. Wspominają także o trwającej w nim, rzeczywiście świetnej, wystawie „Kwestia kobieca 1550-2025”. Chwalą też zmiany na placu Defilad, który dawno już zapomniał o komunistycznym rodowodzie i przeobraził się w pełną zieleni przestrzeń, mającą ambicje stać się główną osią miasta.

Przez dekady stolica Polski była postrzegana jako pragmatyczna, a nie magnetyczna. W 2026 roku domaga się, by spojrzeć na nią na nowo – pisze New York Times.

W publikowanych co roku zestawieniach pisma da się wyczuć chęć „trzymania ręki na pulsie”. Wyłapywania zmian i nadchodzących trendów.

Warszawa dobrze się w to założenie wpisuje. W końcu od paru lat przechodzi daleko idącą metamorfozę. Z jej kierunkiem można zgadzać się mniej lub bardziej, nie da się jednak zaprzeczyć, że stolica szuka nowego pomysłu na siebie. Amerykańscy dziennikarze wreszcie to dostrzegli. Zachęcają więc, by przyjrzeć się miastu od nieco innej strony. Wyswobodzić się na chwilę z wałkowanych od dekad tematów komunistyczneja przeszłości i tragizmu II wojny światowej.

To dobre podejście. Świat przecież nieustannie fluktuuje, nigdy nie przybierając formy ostatecznej. Jestem gorącym zwolennikiem powrotów w miejsca już odwiedzone. Nigdy nie są one takie same, jakie były podczas naszej poprzedniej wizyty.

Dla dziennikarzy podróżniczych te zmiany bywają wyzwaniem.

Opowiadamy przecież o miejscach, które widzieliśmy, ale coraz trudniej określić, w znaczeniu zawodowym, „okres ważności” naszych podróży. Nie zawsze materiał powstaje zaraz po powrocie do domu. Czasem upływają miesiące lub kwartały. Bywa też, że stworzony niemal na bieżąco materiał czeka długo na publikację. Pojawia się wówczas szereg pytań. Czy po pół roku od podróży możemy jeszcze uznać, że obraz odwiedzonego miejsca, który nosimy w głowie, jest aktualny? A po roku lub dwóch?

Jeżeli, powiedzmy, byłem ostatni raz w Londynie pięć lat temu, czy mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć, że wiem, jak to miasto dziś wygląda? Kiedy więc podróż się deaktualizuje? Bywa, że niektóre miejsca tkwią w niezmienności przez lata (albo, ściślej mówiąc, zmiany zachodzą niezwykle powoli), a zdarza się, że jeden czy dwa dni odmienią wszystko. Skrajnym przykładem będzie dziś Wenezuela – ten kraj od kilku dni, po ataku Stanów Zjednoczonych, jest już zupełnie innym miejscem niż miesiąc czy dwa temu. Kto wie, czy za chwilę nie będziemy podobnie mówić o Grenlandii.

Być może jednak niesłusznie oczekujemy od reportaży i literatury podróżniczej aktualności.

Jest ona kluczowa, gdy szukamy spisu miejsc, które należy odwiedzić. Tu czas ma znaczenie: po kilku latach duża ich część już zazwyczaj nieistnieje. Gdy w ubiegłym roku wędrowałem przez Singapur z kilkuletnim przewodnikiem Monocle’a w torbie, dobre sześćdziesiąt procent sklepów, galerii i knajpek, które polecali jego autorzy było już zamknięte.

Mam jednak coraz silniejsze wrażenie, że istotą podróżniczego pisarstwa nie są te wszystkie tak modne dziś „polecajki”. Operują one językiem pragmatycznym, nakierowanym na spełnianie szybkich potrzeb turysty. Skutecznie posługują się nim twórcy dłuższych lub krótszych filmików, udostępnianych przede wszystkim na serwisach społecznościowych. Też czasem z takich poleceń korzystam, choć – co boleśnie zdradza mój wiek – chętniej jednak zawierzam dziennikarzom tradycyjnych mediów, chociażby właśnie New York Timesa, niż samozwańczym internetowym ekspertom od wszystkiego. Nadal pozostaje to jednak dość naskórkowym odbieraniem świata. Spisy miejsc czy praktyczne informacje bywają przydatne, ale nie tylko szybko się dezaktualizują, ale są też – w swojej istocie – skazane na zapomnienie. Nie mają szans zrobić na nas głębszego wrażenia, poruszyć wewnętrznych strun, wzbudzić emocji.

Tę moc ma natomiast dobrze poprowadzona opowieść -literatura, obraz czy film (będący jednak czymś więcej niż szybką relacją z wyjazdu).

Czytając, mające często kilkadziesiąt lat teksty Kawafisa, Kazantzakisa, Fermora czy Camusa, zebrane w doskonałej książce „Morze wewnętrzne” (więcej o niej niebawem w naszym dziale recenzji), przeżywam raz po raz drobne uniesienia. Mam wrażenie, jakbym dotykał świata. I nie przeszkadza mi, że opisywane miejsca dawno przeobraziły się w coś innego. Że w tej formie istnieją już tylko na kartkach książek i w mglistych wspomnieniach. Każdy z tych tekstów napisany jest w innym stylu, niemal każdy jednak ma moc docierania do jakiejś głębszej prawdy. Prawdy, która okazuje się niezbędna do prawdziwego poznania. Te teksty – i im podobne – są niezbędnym nauczycielem w sztuce patrzenia.

Paweł Bravo pisał kiedyś na łamach Tygodnika Powszechnego:

Nie znam lepszego przewodnika w podróży niż Obrazy Włoch [Pawła Muratowa]. Spisane wprawdzie jeszcze przed pierwszą wojną, są bezużyteczne, jeśli chodzi o adresy typowych knajpek, gdzie poczujecie „autentyczny” klimat miejsca. Ale za to erudycja przenikająca jego strony to nie ciężki plecak pełen książek, tylko wygodne buty, pozwalające dojść tam, gdzie zaczyna się rozumieć, skąd świat wziął się w obecnej postaci.

Wejdźmy więc może w ten nowy rok bez listy miejsc do odwiedzenia.

Bez pogoni za trendami i tym, co generuje największe zasięgi. Wyzbywając się potrzeby naśladowania innych. Zamiast tego zgłębiajmy sztukę patrzenia. Poszukujmy miejsc, w których zaczyna się rozumieć.


W „Travel Magazine” dbamy o najwyższą jakość dziennikarską dzięki mecenasom i stałym czytelnikom. Wspieraj naszą pracę.

https://buycoffee.to/travelmagazine
Michał Głombiowski

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

O nas

Podróżowanie jest jedną z form opowiadania o świecie - sposobem na łączenie kultur i osób. Chcemy zapewnić Czytelnikom nowe spojrzenie, zachęcając do wolniejszej i bardziej uważnej podróży.

Najnowsze wywiady

Newsletter

Aktualności, inspiracje, porady.

Liczba tygodnia

To też ciekawe