Zobaczysz nie tylko meteory. Niestety.

Początek
przeczytasz w mniej niż 3 min.

Patrzyliście ostatnio w nocne niebo? Nie wygląda już tak, jak je zapamiętaliście

Spędziłem ostatnio trochę czasu w bośniackich górach, nocując w namiocie i wpatrując się wieczorami w rozgwieżdżone niebo. Początek sierpnia to przecież czas Perseidów – roju meteorów, w który co roku wpadamy wraz z naszą planetą. W sprzyjających warunkach możecie wtedy zobaczyć nawet kilkadziesiąt „spadających gwiazd” w ciągu godziny.

Zdarzało mi się je obserwować już w tak adekwatnych miejscach jak greckie Meteory. Bośnia okazała się jednak nawet lepsza. To kraj wciąż dość mało zabudowany, a więc też w dużej mierze niezanieczyszczony światłem. Szczególnie w bardziej odległych zakątkach, do których trafialiśmy dzięki autom z napędem na cztery koła.

Braliśmy więc sobie nasze składane krzesełka i siadali w trójkę, by sączyć piwo, gapić się w niebo i milczeć lub prowadzić leniwe dyskusje na temat świata. Widok nocnego nieba unicestwia bowiem cały pragmatyzm codzienności i skłania do snucia baśni, opowieści i dumania nad egzystencją. To samo zapewne robili nasi przodkowie, budując kolejne mity lub zastanawiając się wedle jakich praw ta cała przestrzeń wokół działa.

Tyle, że oni widzieli jedynie gwiazdy i planety. My tymczasem widzimy już znacznie więcej. Okazuje się bowiem, że w ostatnich latach niebo stało się sceną nieustannego ruchu. Nic nie jest już na nim stałe. Nasza ekspansja sięgnęła i tam.

Światełka lecących samolotów wydają się oczywistością. Na tym jednak nie koniec. Krążą bowiem setki satelitów, jednostajnym lotem przemieszczają się stacje kosmiczne. A co jakiś czas Elon Musk wysyła jeszcze ciąg swoich Starlinków. Jesteśmy opleceni siecią poruszających się obiektów, które każdego dnia nadają i odbierają miliony sygnałów, pozwalając nam korzystać na przykład z dobrodziejstw gps. Te wszystkie urządzenia da się zobaczyć. Albo inaczej – nie da się ich już nie zobaczyć.

Pojedyncze świetlne punkciki na nocnym niebie obserwowałem oczywiście będąc jeszcze dzieckiem. Mój ojciec nazywał je z rosyjskiego sputnikami, gdyż rzeczywiście większość z nich była dziełem i własnością Związku Radzieckiego. W porównaniu z tym, co dzieje się teraz, tamten ruch był jednak niemal niezauważalny. Dziś niebo to już mocno zatłoczona ulica.

Wypatrując więc w Bośni meteorów, co rusz nabieraliśmy się, widząc kątem oka jakiś świetlny ruch, który braliśmy za „spadającą gwiazdę”. Nasze okrzyki entuzjazmu szybko gasły, gdy okazywało się, że patrzymy po prostu na lecący kawał blachy z antenkami, który ktoś wystrzelił w kosmos.

A potem uświadomiliśmy sobie, że ten ruch na niebie oznacza, że ostatni nieskomercjalizowany obszar naszego życia zapewne niezbyt długo już takim pozostanie.

Wyobraźcie sobie, że wieczorem wychodzicie przed dom, a na niebie pojawia się gigantyczny świetlisty napis reklamujący jakiś produkt, usługę lub markę. Technologicznie jest to już zapewne możliwe. Pozostaje kwestia kosztów i ewentualnych protestów społecznych przed zawłaszczaniem przestrzeni publicznej. Na siłę tych ostatnich za bardzo bym jednak nie liczył. Czyż nie oddaliśmy w końcu reklamodawcom wszystkiego, co wydawało się prywatne i osobiste? Jeszcze dwie dekady temu nikt by nie pomyślał, że można pozwolić firmom czytać nasze prywatne listy. Dziś robi to Google – wystarczy, że macie skrzynkę gmail – i na podstawie tego, co wyłapie z treści, dołącza do e-maila przekaz reklamowy. A to tylko jeden z wielu przykładów.

Patrzyliśmy więc na to piękne niebo i wyobraziliśmy sobie, że te małe lecące światełka układają się nagle w jasny i czytelny napis zachęcający nas do wydania na coś pieniędzy. Przeszedł nas dreszcz po plecach. Zamilkliśmy, a piwo jakoś straciło smak.

Jeżeli tylko możecie, patrzcie więc częściej w górę (w Polsce najbardziej rozgwieżdżone niebo jest właśnie w sierpniu). Gdy jeszcze można zobaczyć tam głównie gwiazdy i planety. Korzystajcie póki ktoś nie odkryje, że to przecież nie niebo, lecz wspaniały, gigantyczny ekran. I nie zaserwuje nam jakiegoś bloku reklamowego, przed którym nie da się uciec.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.