Pieszo wzdłuż wschodniej granicy Polski

Początek
przeczytasz w mniej niż 9 min.

Ewa Pluta wyruszyła na wędrówkę wzdłuż granicy wyznaczającej rubież Unii Europejskiej. Sto dni na krańcu Polski

Sejny, cztery kilometry do granicy

Wpatrywałam się w afisze: tego dnia w Sejnach miał się odbyć w Białej Synagodze klezmerski koncert, w sejneńskim ośrodku kultury – odczyt o tajemnicach egipskich mumii, a w niedalekiej Krasnogrudzie wygłaszał wykład profesor Timothy Snyder. W Sejnach były kawa, ciastko i miejskie życie. Ale dochodziło południe, pomyślałam, że jednak szkoda czasu na miejskie nawyki, nie będę czekać do wieczora, przez te kilka godzin do zachodu słońca zrobię dziesięć kilometrów, może więcej. Byłam niewolnicą mapy i swojego planu. Wydawało mi się, że chodzę za mało. Denerwował mnie krajobraz – tak wolno się zmieniał, ciągle ten sam kadr, czy zepsuł się film, kiedy wreszcie minę to pastwisko, ten las, to pole kukurydzy. Wieczorami w namiocie notowałam w zeszycie przebyte kilometry, odliczałam dni do przejścia z Suwalszczyzny na Podlasie. Jeszcze dwa tygodnie, jeszcze tydzień, dwa dni, to jutro. Przestrzeń Suwalszczyzny – to było za dużo.

Do pracowni Renaty Gniady na placu Dominikańskim w Sejnach zajrzałam tamtego dnia na chwilę. Święci z ikon – piękni, statyczni, poza czasem – patrzyli w przestrzeń. Zazdrościłam im bezruchu.

Kiedy poczułam, że jestem gotowa na Suwalszczyznę – a było to kilka miesięcy po spacerze wzdłuż granicy – wróciłam. Do chodzenia drogami, o których milczą mapy, do rozmowy z Renatą Gniady. Jej głos był tak cichy, że czasem zagłuszały go sejneńskie wrony.

*

Minęło kilka miesięcy od spotkania. Włączam dyktafon. Dźwięk wypełnia pokój, odbija się od ścian, wchłaniają go poduszki, koce i dywany. Zamykam oczy, otwieram uszy. Sejneńskie wrony wzbijają się do lotu. Czarne krzyżyki na niebieskim tle. Krążą nad placem Dominikańskim. Zataczają kręgi nad klasztorem i okalającym go murowanym ogrodzeniem, przed którym niespodziewanie wyrósł paczkomat. Zbliżają się do nas. Czarna ławica wisi przez ułamek sekundy nad ławką, na której siedzimy. Nagle zapada cisza. Wrony odlatują w kierunku synagogi. Głos Renaty może wreszcie wybrzmieć.

– Do Sejn wracałam przez trzynaście lat.

Renata Gniady pomieszkiwała w Oslo, była asystentką norweskiej tkaczki, tkała na krosnach. Chociaż Oslo jest piękne, krajobrazy cudowne, chociaż jest tam czysto, a ludzie są przemili, na koniec była już bardzo wytęskniona.

Wyjeżdżała w Bieszczady. Ale tam góry zasłaniają horyzont. Brakowało jej przestrzeni, oddechu.

Półtora roku mieszkała w Czeremsze na południu Podlasia. Ludzie są tam mocno osadzeni, żyją jeszcze w wielopokoleniowych rodzinach. Podczas rodzinnych spotkań często śpiewają. Wcale nie Hej, sokoły, ale ich własne pieśni, przekazywane przez matki i babki. Czasem przystawała pod oknami, nasłuchiwała, zachłystywała się innością.

– Potem zrozumiałam: pieśni są piękne, ale nie moje.

Czeremcha leży na piaskach. Wokół dużo lasów, ale młodych. Drzewa są w nich niskie, za niskie. W Czeremsze brakowało Renacie korzeni i starego lasu. Choć podobało jej się, że jest z zewnątrz, więc może mieć w nosie, co ludzie powiedzą. Gdy jesteś stąd, ludziom się wydaje, że dobrze cię znają. Wyrabiają sobie opinię, a opinia to forma władzy. W Czeremsze Renata była znikąd, ale wiedziała jednocześnie, gdzie jest jej miejsce.

– Jeśli wiesz, skąd jesteś, przez chwilę możesz być znikąd.

Renata uśmiecha się, wygodniej rozsiada na ławce, zerka na swoją pracownię, która jest tuż obok, przy klasztorze Dominikanów.

Praca jest zawsze z Renatą, w niej, może ją wykonywać gdziekolwiek. Pisze ikony od piętnastu lat. Jest rękodzielniczką po Małopolskim Uniwersytecie Ludowym we Wzdowie. Lubi tworzyć rzeczy praktyczne, użytkowe, dla ludzi. Powtarza, że nie jest artystką. Nie nosi w sobie wizji, którą musi odzwierciedlić. Nie czeka na wenę. Trzyma się kanonu. Kanon sprawia, że ikonopisanie jest uporządkowanym, rozwijającym się w czasie procesem. Renata wie, co ma robić i jak. Jej pracą nie rządzi przypadek. Choć wielu ikonopisarzy odchodzi od kanonu, szuka swojej drogi.

– Mnie jest dobrze w tej przewidywalności – powtarza. – Tu się żyje z oddechem. Wolniej.

Renata przez chwilę milczy. Zatrzymuje wzrok na Marysze, w Sejnach zwolnionej z obowiązku bycia granicą. Wreszcie Marycha może być tylko rzeką, toczyć wody i użyczać swojego lustra tym, którzy chcieliby się w niej przejrzeć.

Głos Renaty wraca razem z wronami, znowu szybują nad naszymi głowami.

Renata ma tu przyjaciół. Spotykają się, palą ogień, grają na gitarach, ich dzieci biegają nago. Śpiewają swoje piosenki. Potrafią razem milczeć.

Przed Sejnami mieszkała z mężem w leśniczówce w Puszczy Augustowskiej. Pomieszkiwała z nimi przyjaciółka Renaty. Po kilku miesiącach stwierdziła, że wraca do siebie, w Bieszczady, bo tutaj jest dla niej zbyt pozytywnie.

Kilka razy w tygodniu Renata chodzi sama do lasu pod Sejnami. Jest w nim dużo starych drzew, podmokłe tereny, ciągle go odkrywa. Uwielbia przedwiośnie, kiedy nie ma jeszcze zieleni, widać wtedy kształt terenu: suwalskie górki i pagórki. Z domu, z obowiązków, z dzieci – wpada w ciszę. Czuje, jak hałas w niej ustępuje i zaczyna się wewnętrzny dialog.

– Las pokazuje mi, czym aktualnie powinnam się zająć w swojej głowie. Czasem trawię książkę, film. Stary las czyści mi głowę.

Gdy to mówi, patrzy w kierunku lasu, jakby chciała natychmiast wstać i wejść między drzewa. Zasuwa kurtkę, zerwał się wiatr, wiosenny, jeszcze niedogrzany.

Wiatry są tutaj niesamowite, mówi z wyraźnym ożywieniem, w kwietniu i maju tak mocne, że zapierają dech. Pół roku spędzają z mężem i dziećmi w przyczepie kempingowej na działce pod Sejnami. Czasem świst wiatru jest tak głośny, że nie pozwala im spać. Wiatr chce wyrwać daszek, przyczepa drży. Gdy wiatr nie huczy, zalega cisza. Cisza jest tu większa, można się w niej zatopić. W letnie wieczory siadają przy ogniu i patrzą w niebo. Jeszcze o dwudziestej trzeciej na horyzoncie smuży się światło. Białe suwalskie noce.

Na Suwalszczyźnie nie trzeba stawiać płotów. Gospodarstwa są duże, rozsiane w przestrzeni, otoczone ziemią należącą do ich właścicieli. Gdy Renata i jej mąż kupili działkę, od razu postanowili, że nie będą się grodzić.

– Jesteśmy częścią krajobrazu. Po co się od niego oddzielać? Dopóki nie mam płotu, cała przestrzeń jest moja, mogę pójść w każdą stronę. Płot ogranicza, wpływa na sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Tu nie pójdę, tam nie pójdę. Jeśli idziesz drogą, po obu jej stronach wznosi się ściana z płotów, zaczynasz patrzeć na świat jak na scenografię. Wystarczy skręcić w bok, żeby sobie przypomnieć, że ziemia jest okrągła i można pójść w dowolnym kierunku.

Wyjeżdża stąd rzadko. Jej kolega powtarza: Po co jechać tam, skoro tam jest tak samo jak tu, tylko że tam. Czasem jednak podróżuje, do znajomych na południe Polski. Za każdym razem jest zdziwiona tym, że jedna miejscowość się kończy i zaraz zaczyna następna, domy stoją jeden obok drugiego. Dziwi ją też, jak wielu ludzi jest na świecie. Tutaj jest ich garstka. Gdy rozmawiają ze sobą, zwykle stają w większej odległości. To nie przez pandemię.

– My mamy tu po prostu więcej miejsca. Możemy sobie pozwolić na większą przestrzeń osobistą. Podobnie jest z domami – mają dużo miejsca, mogą złapać oddech.

ZAPACH

Włodawa, osiemset metrów do granicy

Rysuję olfaktoryczną mapę spaceru wzdłuż granicy. Moim podstawowym narzędziem pracy jest nos.

Dotąd nie miałam do czynienia z kartografią węchową. Opierałam się przede wszystkim na pamięci siatkówkowej. Pamięć ta przechowywała obrazy: miejsc, ludzi, spotkań, widoków. Obrazy te są jednak nietrwałe: szybko tracą wyrazistość, kontur się rozmazuje, detale blakną. Z czasem obrazy zaczynają przypominać stare paragony i jak one stają się bezużyteczne. Szkoda wyrzucać, ale trzymać też bez sensu. Co innego pamięć zapachowa. Zapach wiąże z miejscem jak żaden inny zmysł. Architekt Juhani Pallasmaa pisze w książce Oczy skóry. Architektura i zmysły: „Konkretny zapach powoduje, że nieświadomie wchodzimy w przestrzeń całkowicie już zapomnianą przez pamięć siatkówkową; nozdrza budzą zapomniany obraz i zaczynamy marzyć”.

Rysowanie mapy zaczynam od legendy. Zielona kropka – przyroda. Czerwona kropka – jedzenie. Żółta kropka – ludzie. Pomarańczowa – zdarzenia. Czarna przerywana linia – to granica. Obok linii nanoszę nazwy miejscowości. W pobliżu stawiam kropki. Na kartce papieru robi się gęsto od zapachów.

Po chwili z olfaktorycznego chaosu wyłaniają się krajobrazy zapachowe, które czułam, gdy szłam wzdłuż granicy.

Najpierw stawiam zielone kropki.

Słodki zapach szyszek chmielu za Dorohuskiem. Nacierałam nimi dłonie, twarz, nawet stopy, chowałam je do kieszeni. Myślałam, że w ten sposób wtopię się w miejscowy krajobraz zapachowy i będę trochę stąd.

Woń starego lasu w Masiewie: butwiejących drzew i liści, wilgotnych paproci, ziemi, grzybów, borówek.

Aromat skoszonej łąki w Burbiszkach. Znajomy, bezpieczny, z dzieciństwa. Ten zapach był wyczuwalny w krajobrazie jeszcze przez kilka tygodni, dopiero w sierpniu wyparła go woń zżętego zboża, kurzu i zdychającego lata. We wrześniu krajobraz zapachowy zmienił się po raz kolejny: była w nim ostra woń palonych liści i badyli, na początku października doszła ciężka nuta zaoranej ziemi.

Dorysowuję pomarańczowe kropki.

Zapach płonących świec i kadzidła w klasztorze Świętego Onufrego w Jabłecznej. Ten zapach kojarzy mi się z ciszą tak gęstą, że można by ją kroić nożem na równe kawałki.

Smród gnoju i nawozów w Sankurach. Trudno, nie można zamknąć nozdrzy.

Nuta stęchlizny w opuszczonym domu w Lipszczanach.

Aromat świeżej pościeli w agroturystyce w Kalwarii Pacławskiej. Bardzo dobry zapach, mocny.

Jałowy krajobraz zapachowy na przejściu granicznym w Kuźnicy.

Woń rozgrzanej nadbużanki za Wolą Uhruską, wilgotnego betonu na przystanku w Sankurach, ciepłej kałuży w Wołyńcach, starych pokrzyw w rowie za Rudawką, kurzu wzbijanego przez samochody na drodze z Rygałówki do Lipska. Charakterystyczny zapach drogi.

Gdy stawiam czerwone kropki, oblizuję wargi.

W domkach letniskowych nad Bugiem – swąd grillowanej kiełbasy, w Kruszynianach – aromat tatarskich potraw smażonych na głębokim tłuszczu podawanych turystom na wielkich talerzach, w Bieszczadach – kwaśny zapach zdziczałych jabłek, w Ejszeryszkach – słodka woń maku i świeżego ciasta, na przystankach – aromat kawy, fasolki z puszki i czekolady.

Żółte kropki zostawiam na koniec.

Martę kojarzę z zapachem starych książek, Adama – z żywiczną wonią drewna, Walentego – z aromatem kurek i ściółki, Marka – ze swędem palonych liści. Gdy wspominam Marię, czuję zapach smażonych kotletów mielonych i domu, a kiedy Łukasza, wokół mnie unosi się wonna chmura półwytrawnego wina.

Po czasie mapa zapachowa wymaga aktualizacji. Do legendy dopisuję czarną kropkę. Zapach strachu. Czarne kropki stawiam gęsto na odcinku podlaskim i nad Bugiem. Nagle robi się duszno. Otwieram okno.



Tekst jest fragmentem książki „Rubież. Reportaż wędrowny” autorstwa Ewy Pluty, wydanej przez Dowody na Istnienie.

Ewa Pluta

Dziennikarka, redaktorka wydań cyfrowych w miesięczniku „Pismo. Magazyn opinii”. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz m.st. Warszawy – Dzielnicy Wawer. Miłośniczka długodystansowych spacerów.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.