Notatki terenowe #2. Wisła

Początek

Wzdłuż Wisły w poszukiwaniu bobrów

“Notatki terenowe” są cyklem, w którym przyglądamy się najbliższemu otoczeniu – przyrodzie, krajobrazowi, przechodniom, architekturze, najdrobniejszym śladom życia. To podróże w skali mikro, zaczynające się tuż za drzwiami naszych domów.

Fot. Michał Głombiowski

Szutrowana droga klei się do Wisły, przebija przez chaotyczny olchowy las, mija strzępy łąki i dociera do mostu, o który dzień i noc tłucze fala aut. Dobija do nasypu, na który można wdrapać się wyjeżdżoną przez rowery piaszczystą ścieżką i dalej wrócić do punktu wyjścia szeroką ubitą drogą. Mija ona stajnię, tyły Centrum Olimpijskiego i pole golfowe otoczone sznurkową siatką, gdzie można ćwiczyć precyzję i siłę, z jaką posyła się w powietrze piłeczkę. Dziwne miejsce. Nie ma tu dołków, do których próbuje się trafić, lecz jedynie szerokie pole rozciągnięte na dwieście metrów. Twoim zadaniem jest po prostu wystrzelenie tej małej twardej kulki najdalej jak potrafisz.

To krótka trasa, nigdy tego nie sprawdzałem, ale ma pewnie jakieś 3-4 kilometry, można ją przejść w czterdzieści minut czy godzinę, jeżeli kilka razy gdzieś przystaniesz. Niemal samo centrum Warszawy: plaża Żoliborz – most Grota – plaża Żoliborz. Od kilku lat mieszkam dość niedaleko, ale odkryłem tę ścieżkę może z dwa lata temu i to w zasadzie przypadkiem – wcześniej znałem tylko jej fragment, ten gdzie droga idzie obok stajni i budynków. Jednak tamten odcinek, oblegany przez rowerzystów i spacerowiczów blednie, gdy zestawi się go z pierwszym etapem pętli – przy rzece, z widokiem na nurt, z sylwetkami nowych osiedli na drugim brzegu i z wydeptanymi kąskami zieleni tuż przy brzegu, które mają w sobie jakąś siłę przyciągania, prowokując ludzi, by zeszli z szutrowanej drogi i wbili się w gęstwinę, nie wiadomo do końca po co.

Jest coś niezmiennego w tej ludzkiej potrzebie dotarcia do punktu, w którym żywioł wody zamienia się w żywioł ziemi lub odwrotnie.

Robimy to chyba od zawsze – mamy zakodowaną chęć docierania do granic krajobrazu, nawet jeżeli nic to nie wnosi poza możliwością prześlizgnięcia się wzrokiem po zmarszczonej folii wody. Każdy z nas przystawał na plaży, patrząc w dal morza, brodził bosymi stopami w piachu płytkiej wody jeziora, tkwił na wysokim brzegu rzeki, wrzucając w jej trzewia kamyczki, trawy lub patyki. Ta potrzeba nigdy nie gaśnie.

Być może jest wyznaczona przez biologię, nie wiem, może chcemy być blisko wody, bo tysiące lat temu dawało nam to pewność, że nie uschniemy z pragnienia, że wystarczy nachylić się, by móc się napić. W bliskości kranów tryskających na zawołanie wartkim strumieniem i sklepów pełnych butelek wody, ta dawna potrzeba zdaje się być stłumiona. Każdy, kto jednak wybrał się kiedyś na trekking w górach czy lasach i z rosnącym niepokojem patrzył na gasnącą z pokonywanymi kilometrami zawartość bidonu, wie, że strach przed brakiem wody jest instynktowny i nieodparty. Zawsze czai się w pobliżu. Czeka, by dać o sobie znać, niczym ukryta część naszej tożsamości.

Wisła jest dziś mętna i bura, ale być może zawsze tu taka jest.

Mijam rodziny – wciąż jeszcze nieliczne – które rozstawiły grille, przyniosły kempingowe krzesełka i stoły, obłożyłyby się kręgiem pudełek z jedzeniem. Większość to przybysze z innych krajów – z Ukrainy, z Dalekiego Wschodu. Mają inne gesty niż my i zdecydowanie dłuższą tradycję spędzania wolnych chwil na otwartym powietrzu, w ich ruchach jest więc coś domowego.Czują się swobodnie na kocach, wylegując się po prostu i gawędząc, bez nabożnego tkwienia przy grillu, z którego często w ogóle rezygnują lub traktują jako mało istotny element całego spotkania. Nie obstawiają się też bateriami butelek z piwem, a przede wszystkim dużo częściej niż my przychodzą w kilka pokoleń, pozwalając dzieciom grzebać w piachu, a staruszkom ucinać drzemki w turystycznym krzesełku.

Wciąż jest zbyt zimno, by móc się oddawać tym rozkoszom z większą swobodą. Mimo połowy kwietnia wiosna jest dopiero na pozycjach startowych, duszona co noc temperaturami zbliżającymi się do zera. Widzę jednak już kępki młodych pokrzyw – ci, którzy zbierają je do sałatek i naparów powinni ruszyć na żniwa, zanim pojawią się białe kwiaty. Oprócz zagubionej bogatki nie słyszę niemal żadnych ptaków, tak jakby nie ufały tej dziwnej pogodzie i nie chciały marnować sił na umizgi i zaloty, nie będąc pewnymi czy nie popełnią falstartu. Biało-pomarańczowa plamka motyla – samca zorzynka rzeżuchowca – jest obok tych pokrzyw i ledwo co zaznaczonych, bardziej żółtych niż zielonych liści nielicznym śladem tego, że przyroda nabiera rozpędu.

Gdy przysiadam na pniu ściętego drzewa, opada mi na dłoń jakiś czarny pajączek, którego ciężaru moja skóra niemal nie czuje.

Obok leży potężna kłoda o zaokrąglonych, niczym zwinięty cukierek, końcach. Starannie okorowana, naga, naznaczona setkami drobnych ugryzień. Zostawiły je bobry. Na tym krótkim odcinku trasy ich śladów jest mnóstwo – zaostrzone pieńki, ścięte drzewa, pogryzione gałęzie, zestrugane trociny rozsypane na ziemi niczym konfetti.

Próbuję bezskutecznie znaleźć miejsce, gdzie te zwierzęta chowają się w dzień, jednak Wisła nie jest tu odpowiednią rzeką do budowania żeremi, ma szybki nurt, wiry, które potrafią rozsypać każdą budowlę, brzeg pozbawiony roślinności, nie mogę więc dostrzec niczego, co mogłoby sugerować bobrzą kryjówkę. Nie potrafię odczytać prowadzących do niej śladów, brakuje mi do tego umiejętności, jestem w stanie jedynie przerzucać w palcach te roślinne drobiny, które zwierzęta pozostawiły kilka nocy temu.

Nigdy nie widziałem tu bobrów, choć chyba żyje ich tu zaskakująco dużo.

Czy zauważają naszą obecność? Być może wiecznie się mijamy – one zostawiają ścięte drzewa i trociny, a my puszki po piwie, węgle z grillów i jakieś betonowe konstrukcje, które tylko nam przynoszą trochę pożytku. Żyjemy w równoległych światach, nocnym i dziennym, bobrzym i ludzkim, spokojnym i hałaśliwym. Jest coś imponującego w zdolności przystosowania się zwierząt do świata, który im fundujemy – ta bobrza rodzina żyje przecież w sercu stolicy niemal czterdziestomilionowego kraju, otoczona asfaltem, betonem i szkłem. Jakimś cudem wystarczy im jednak trochę wody i wąski pas niezagospodarowanego terenu, by przetrwać.

Chwilę później mijam staruszkę, która sunie z mozołem podpierając się trekkingowymi kijami. Towarzyszy jej młodsza kobieta, zapewne córka, niosąca pod pachą składany metalowy taborecik, podobny do tych, które czasem można wypożyczyć w muzeach, gdy chce się spędzić więcej czasu przy którymś z obrazów. Rozgląda się za miejscem, gdzie mogłyby się zatrzymać i dać Wiśle poprowadzić zmęczony życiem i starością wzrok jej matki. „Chodź tu, tu będzie ładnie” – mówi. Wstęga wody i trochę zieleni być może są potrzebne staruszce tak samo jak bobrom – pozwalają jej przetrwać.

wisła spacer

Wracając, już niemal przy końcu pętli, natrafiam na Bukę – ktoś pomalował na fioletowo zaokrąglony kamień, nakreślił twarz i pozostawił go na drogowym słupku.

Potężna, milcząca postać z Muminków (w oryginale nazywana Mårran) jawi się dla wielu jako zmora dzieciństwa, ja jednak zawsze darzyłem ją sympatią. Potwór ciągnący do światła i ciepła, ale niosący chłód i zimę. Jej istnienie rodziło we mnie więcej smutku niż strachu.

Przez moment chcę zabrać ten kamień ze sobą, jest prostą, ale dobrze wykonaną figurką, lecz co, jeżeli nie odpędzę wtedy nigdy chłodu i zimy? Zostawiam ją więc tam, przy drodze, teraz to przecież nie czas Buki, lecz Włóczykija, który wracał wiosną do Doliny, by rozbić namiot nad rzeką, grać na harmonijce i popijać gorącą kawę.


Postaw nam kawę!

https://buycoffee.to/travelmagazine

Michał Głombiowski

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

1 Comment Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe