pusta ulica w promieniach słońca o poranku

Podlasie rowerem. Włóczęga wschodu

Początek
przeczytasz w mniej niż 7 min.

Nachylenie terenu: optymalne. Stan dróg: rozmaity, ale na rower wystarczy. Infrastruktura turystyczna: tak w sam raz, bez przesady. Przyroda: wszystkie możliwe odcienie zieleni. Kulturalnie: skrzynia skarbów i rupieci w jednym. Niespodzianki: są

zdjęcie otwierające: Mateusz Butkiewicz

Jak przebijać dętkę, to tylko Podlasiu. Na polnej drodze. Przy samej granicy. Musiałem po drodze z Kruszynian, w którejś z wiosek, najechać na coś ostrego, a o tym, że w kole robi się mniej powietrza zorientowałem się pod ruiną kościoła w Jałówce. Neogotyckiego, zniszczonego przez wycofujących się w 1944 r. Niemców. Nie ma sklepienia, podłoga zarosła trawą, ale filary i ściany nadal stoją. Latem z zielonym lasem przebijającym przez okna zamiast witraży wygląda niesłychanie malowniczo, toteż młode pary przyjeżdżają tu na sesje ślubne. Nie odbudowano go, bo szybko okazało się, że dwa kilometry stąd będzie przebiegać nowa granica Polski, odetnie połowę parafii i nie będzie komu przychodzić na mszę. Okolica wyludniła się, zrobiły się tu rubieże. Wszędzie daleko, zwłaszcza gdy trzeba naprawić koło. A już na pewno w niedzielę…

Na resztkach powietrza udaje nam się dojechać do jeziora Siemianówka. Sztuczny zbiornik na Narwi jest tak szeroko rozlany, że przypomina mazurskie akweny i ma całkiem przyzwoite pole namiotowe. Rozbijamy się, wieszamy hamak, o rowerze pomyślimy jutro. Rano z opony jest już zupełny flak, ale na szczęście poszło przednie koło. A to jest łatwo wymontować.

Magia Podlasia

Gorzej, że pandemia zupełnie dobiła lokalne autobusy – jedzie stąd tylko jeden, raz dziennie, po południu. Łapiemy zatem stopa do Hajnówki. Internet mówi, że tam jest jakiś serwis. Podwożą nas tylko do Narewki, ale wysadzają pod sklepem wielobranżowym, gdzie, jakżeby inaczej, mają dętki rowerowe w odpowiednim rozmiarze. Sprzedawca zagadnięty o serwis, mechanika, cokolwiek, mówi, żeby zajrzeć do sąsiada obok. Zaglądamy, a tam podwórko zawalone sprzętem wszelakim. Wychodzi pan z wąsem, bierze od nas to koło i nową dętkę, zanosi do garażu i po dziesięciu minutach oddaje podmienione i jeszcze starą zaklejoną, tak na wszelki wypadek. Wszystko to za “co łaska”.

Po godzinie jesteśmy z powrotem przy rowerach, po południu suniemy już przez Puszczę Białowieską. Synek zasuwa przed siebie i chyba nie do końca rozumie, w jakim kłopocie byliśmy i jakim fartem z niego wybrnęliśmy. A raczej, że właśnie na jego oczach wydarzyła się magia Podlasia.

W nieznane. Podlasie rowerem

Dzisiaj ta przygoda by się nie wydarzyła. Nasza ówczesna trasa jest, póki co, nie do zrobienia. Kruszyniany, Jałówka, pół Jeziora Siemianowskiego i Białowieża objęte są zakazem wjazdu, z którego zwolnieni są tylko okoliczni mieszkańcy. Wprowadzone naprędce w ubiegłym roku przepisy nie zatrzymały migracji, ale wciąż są przedłużane – obecnie mają obowiązywać do końca czerwca. Co będzie dalej, na razie nie wiadomo.  

Układam powoli kolejną trasę rowerową na lato i muszę szukać tej linii, której nie ma na żadnej z popularnych map, a której przekraczanie jest teraz zakazane. Wysiądziemy pewnie w Hajnówce, ale jak jechać dalej? Część Puszczy Białowieskiej, z tego co się orientuję, jest otwarta, ale sama Białowieża już nie…

W zasadzie to podobnie było pięć lat temu, kiedy zaczynaliśmy nasze rowerowe wojaże po Podlasiu. Też wyruszaliśmy z Hajnówki i chcieliśmy się dostać w głąb Puszczy. I też nie było wiadomo, którędy wolno jechać. Na główną szosę nie chciałem Marcela wypuszczać, bo jeszcze słabo ogarniał ruch drogowy, a w głębi Puszczy trwały wówczas masowe wycinki. Rozpisywały się o nich media, ludzie protestowali. Drwale niespecjalnie chcieli się więc chwalić wyrębem, obawiając się pojawienia się aktywistów. Część leśnych dróg więc po prostu zamknięto, żeby nikt postronny się nie pętał.

Nie mieliśmy więc pojęcia, którędy da się na rowerach przejechać. Ze dwa razy nawet natknęliśmy się na znaki zakazu, które… zignorowaliśmy. I po cichutku przedarliśmy się do wioski Budy w samym sercu puszczy, skąd do Białowieży idzie już lokalna asfaltówka.

A skoro do ostatniego dnia nie było wiadomo, czego będzie można się spodziewać, nie rezerwowałem noclegów. Wzięliśmy zatem namiot, słusznie zakładając, że na którymś z kempingów kawałek trawnika, choćby pod płotem, zawsze się znajdzie. A skoro namiot, to również maty i śpiwory, więc wszystko naraz zaczyna sporo ważyć. Zamiast nosić to na plecach, zdecydowaliśmy się na rowery.

Zapuszczona natura. Rowerem po puszczy

Bardzo szybko okazało się, że z tymi rowerami trafiliśmy w dziesiątkę. Puszcza nie posiada fascynujących atrakcji jako takich, ale jest kilka miejsc, gdzie warto zajrzeć, tyle że rozrzuconych w promieniu parunastu kilometrów. Na piechotę to trochę za daleko. Busików dowożących na szlak, jak w Tatrach, tutaj nie uświadczysz. Samochodem niby można, ale wtedy jesteś u celu w zaledwie kilka minut. A atrakcją jest właśnie to, co znajduje się pomiędzy i przemyka niepostrzeżenie za szybą auta. W pędzie nie przyjrzysz się tym wszystkim drzewom sięgającym znacznie wyżej niż rządek sosen w lesie pod Warszawą. Umknie ci cały zielony bałagan, który w pełni lata trudno przeniknąć wzrokiem, bo jest go niestandardowo dużo.

Puszczę Białowieską i inne chronione ekosystemy najbardziej wyróżnia taki oto mało zjawiskowy widoczek – stare przewrócone drzewo. Nie połamane, bo akurat przeszła wichura, ale zwyczajnie poległe. Było słabe, chore albo stare, więc dopadły je pasożyty i padło. W naturalnym lesie tak się zawsze działo i dalej dzieje. W lasach-plantacjach drzewom nie pozwala się dożyć sędziwego wieku, bo stare drewno kiepsko nadaje się na meble. Wycinkę robi się więc szybko i zaraz sadzi nowe. W puszczy nie trzeba robić nasadzeń. Na miejscu powalonego kolosa robi się słoneczne okno. A w nim pod postacią nasion już się czai kilkanaście gatunków drzew gotowych wystartować w wyścigu po paliwo do fotosyntezy.  

Królowa Podlaskich Rzek

Z czasem wyszło na to, że podobna zasada obowiązuje nie tylko dla starych drzew. Działa też dla cerkwi, drewnianych wiosek, przydrożnych kapliczek, piachu i błota. Podmokłych łąk i skoszonego siana. Gniazd bocianów, nieczynnych stacyjek i ławeczek pod jedynym spożywczakiem w okolicy.

Byliśmy później z rowerami też nad morzem i w Pieninach, gdzie są oznakowane trasy rowerowe i kempingi co kilka kilometrów. Na Podlasiu nie ma ich tak znowu dużo, więc trzeba zwykle pedałować ze 30 km do kolejnego i to zazwyczaj nie po szlaku, tylko na przestrzał. Czasem poboczem drogi krajowej, a czasem koleinami w polu, które nawigacja pokazuje tylko, gdy przestawisz ją na trasy dla pieszych. Tym sposobem już parę razy wjechaliśmy znienacka – bo akurat była po drodze do sklepu – do wioski tyle malowniczej, co zupełnie nieopisanej w rozpiskach miejscowych atrakcji. Albo zanocowaliśmy tam, gdzie w sumie nie zamierzaliśmy, ale mieli akurat dobry kemping. Na przykład w Kurowie, nad rozlewiskiem Narwi.

Śpimy w Kurowie

Obstawiam, bez szperania w danych, że Narwiański Park Narodowy ma mniej odwiedzających przez cały sezon, niż taki tatrzański albo słowiński w weekend. Mimo to lokalne turystyczne potęgi mógłby się od niego uczyć, jak zmyślnie udostępniać swoje atrakcje.

Siedziba jest w poszlacheckim pałacyku, a zaraz po sąsiedzku zrobili przytulny parkowy kemping. Ze świeżo skoszoną łąką, czystymi łazienkami, miejscami na ognisko, wiatami oświetlonymi na noc i mnóstwem cienia pod wierzbami. Prąd z paneli słonecznych i zasilany nim dotykowy terminal z kompletem informacji o parku przypominały, że mamy od dawna XXI w. I dobrze, bo ceny za pobyt mógłby sugerować, że cofnęliśmy się w okolice 2000 r. Obok jest jeszcze parkowa wieża z widokiem na rozlewiska.

Właśnie one są tym unikalnym ekosystemem chronionym przez park narodowy. Aby ludzie mogli się przekonać, jaki to cud natury, porobiono kładki. Łącznie ponad kilometr spacerowania, a wejście jest tuż obok wieży. Torfowiska i turzycowiska tworzą się w tym miejscu, ponieważ Narew nie trzyma się jednego koryta, tylko rozdziela na kilka pomniejszych i nawadnia całą dolinę. Da się to zobaczyć na własne oczy, bo parkowa wypożyczalnia kajaków funkcjonuje tuż obok siedziby, kempingu, wieży i kładek.

Skarby dla szwendaczy

Jedyne, czego w Kurowiu brakowało to sekcji gastronomicznej z babką ziemniaczaną w roli dania dnia (lub choćby wiejskiego spożywczaka z sękaczem w jej zastępstwie). Mocno umotywowana kulinarnie, ale trochę też poznawczo, włóczęga zawiodła nas wówczas do Tykocina i karczmy żydowskiej, a na “deser” wysłała do wioski bocianiej w Pentowie, gdzie na terenie jednego dworu ptaki te uwiły ponad 30 gniazd.

Tak samo, gdy innym razem spaliśmy nad brzegiem Czarnej Hańczy. Choć tam sklep pod ręką był, to na litewskie kartacze, czy gorącą kawę nad Wigrami wykręciliśmy dwa razy po kilkanaście kilometrów. Ale, co się przy okazji wykąpaliśmy, to nasze. W Kruszynianach w sumie nie planowaliśmy zostawać na noc, ale z nieba zaczęło pokapywać, szukanie w deszczu miejsca na namiot przestało brzmieć jak dobra opcja na wieczór. Ale w Zajeździe Tatarskim od słowa do słowa z obsługą jakoś tak wyszło, że na piętrze akurat na dziś zwolnił się pokój. Marcel do dziś czasem przypomina sobie dziwny dom z dywanami na ścianach i zdobieniami w półksiężyce. Trochę jak z baśni 1001 nocy był. 

Grzegorz Dzięgielewski

Przez kilka lat dziennikarz w magazynie "Podróże", a obecnie absolwent marketingu miejsc, adept futurologii i dystrybutor intrygujących treści PR-owych o startupach. Podróżuje coraz mniej intensywnie, za to z coraz większą fantazją. Zwykle włóczy się po Bałkanach, ale kiedyś chciałby wyruszyć daleko w Przyszłość.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.