Po trzydziestu latach od powstania Jezioro Czorsztyńskie stało się turystyczną atrakcją. Co skrywa jego historia?

Fot. Paweł Kielar / Unsplash
W rogu pokoju leży koc, a na nim rozsypane puzzle. Każdego dnia dochodzą nowe kafelki, najtrudniej połączyć gąszcz porastających wzgórze jodeł. W końcu powstaje kompletny obraz – otoczony jeziorami bawarski zamek Neuschwanstein. Jego bajkowa bryła stała się inspiracją do projektu Zamku Śpiącej Królewny, pojawiającego się w czołówce niemal każdego filmu Disneya.
O tamtych układanych w dzieciństwie puzzlach myślę, patrząc z pokładu stateczku przecinającego jezioro na oddalający się zamek w Niedzicy. Warownia ma mniejszy rozmach niż ta bawarska. Wieże są niższe, znalazłoby się jeszcze trochę różnic. Mimo to, dumnie stojąca na wzgórzu Pienin Spiskich, imponuje. Nakręcono tu niejedną produkcję, w tym serial o najsłynniejszym zbójniku – Janosiku.
Zamek obok zamku
Dobijamy do przystani w Czorsztynie. Niemal tuż za jej zabudowaniami wznosi się wzgórze z surowego, czerwonego wapienia. W skałę wtopione są, niczym jej przedłużenie, ruiny kolejnej warowni. Gdy do niej docieram, spoglądam przez poszczerbione otwory okienne na niedzicki zamek, majaczący na przeciwległym brzegu jeziora. Jak to możliwe, że dwie potężne twierdze zbudowano tak blisko siebie?
Przestaje to dziwić, gdy uświadomimy sobie, że rozległa dolina Dunajca kilkaset lat temu oddzielała Polskę (strona czorsztyńska) od Węgier (Niedzica). Naturalne wzniesienia okazały się doskonałymi punktami dla fortec, z których można by kontrolować granicę i skryte w dolinie nadrzeczne wsie – Maniowy, Czorsztyn i Kluszkowce. Miejscowości trwały przez wieki, aż kilkadziesiąt lat temu zniknęły pod wodami sztucznego zbiornika, który powstał po postawieniu na rzece potężnej tamy. Mieszkańców wysiedlono, a zabudowania zniszczono lub przeniesiono. Krajobraz doliny Dunajca zmienił się nie do poznania.


Czorsztyn tętni życiem
Zanim to jednak nastąpiło Czorsztyn przeżywał chwile rozkwitu. Lata 30. Po leniwie meandrującej rzece niesie się echo góralskich basów i piszczałek. Dźwięki dobiegają z gospody U Sperlinga, w której lubią przesiadywać letnicy odpoczywający w Pieninach. Drewniany budynek powstał w połowie XIX wieku z inicjatywy rodziny Drohojowskich, ówczesnych właścicieli wsi. Działała tam spora karczma. Kilkadziesiąt lat później do Czorsztyna przyjeżdża Leopold Sperling, przedsiębiorczy Żyd. Kupuje od Drohojowskich willę i rozbudowuje ją w stylu zakopiańskim. Restauracja tętni życiem, turyści ją uwielbiają.
Sielankę przerywa wojna. W 1942 roku Niemcy zabijają Sperlinga, a w budynku karczmy powstaje przymusowy zarząd przedsiębiorstw. W latach 50. willa powraca do dawnej funkcji, jej wnętrza znów wypełniają się gwarem i muzyką. Gospoda działa pod szyldem „Pieniny”. Jak byłem młody, wpadałem tam czasem na oranżadę, a jak skończyłem 18 lat to też na śledzika lub jajko w majonezie – wspomina Edward Olejarz, mieszkaniec pobliskich Sromowiec Wyżnych.
Wakacje w beczce
W powojennym Czorsztynie odżywa turystyka. Na polu kempingowym u podnóża zamku powstaje ośrodek wypoczynkowy „Na Beczkach”, ewenement w skali kraju. Letnikom zostają udostępnione dębowe baryły z Okocimia, używane wcześniej do leżakowania piwa. Beczek jest około dwadzieścia, są w stanie pomieścić po dwa łóżka i stolik z lampką. Niektóre zostają zaadaptowane na sklepiki – turyści kupują w nich pepsi w oryginalnej butelce, cytryniady w woreczkach i inne zachodnie luksusy.

Gdy wieś pustoszeje pod budowę zapory, beczki zostają sprzedane i trafiają do różnych zakątków Polski. Reszta zabudowy również sukcesywnie znika. W latach 90., jeszcze przed zalaniem doliny Dunajca, można przespacerować się po opuszczonym Czorsztynie. To jego ostatnie chwile, mieszkańcy przenieśli się już do rozbudowanego na ich potrzeby Czorsztyna-Nadzamcze. Ale lubią czasem zajrzeć na stare śmieci. Dzieciaki chodzą na kąpiele „w baniach”. To były takie wielkie kałuże, które robiły się w zagłębieniach po żwirze używanym na budowie – wspominają.
Co skrywa Jezioro Czorsztyńskie
Maniowy. W latach 30. wieś zamieszkuje ponad tysiąc górali utrzymujących się głównie z roli. Okna chat zdobią podhalańskie malowanki, gospodynie mają do nich smykałkę. Na podwórzach stoją lamusy – drewniane składziki na kamiennych podmurówkach. To lokalny patent, nie spotykany gdzie indziej. Nad krajobrazem góruje sylwetka drewnianej kaplicy, wokół której wbite są nagrobne krzyże. Wraz z decyzją o budowie zapory świątynia zostaje przeniesiona do nowo założonej osady, trochę na północ od obecnej.
O planach zalania wsi mówi się już w latach 60. Mieszkańcy żyją przez kolejne dekady w niepewności. Nie chcą remontować domów – bo co, jeśli pogłoski okażą się prawdą? Finalnie zlikwidowane zostaje ponad 350 gospodarstw. Najważniejsze, że do ostatniego momentu przed spiętrzeniem wód Dunajca maniowscy rolnicy będą uprawiać swoje dawne pola i korzystać z łąk – uspokajają rządowi dygnitarze.

Nikogo to nie pociesza. Maniowy znikają z map, ale nie z pamięci mieszkańców. Po zalanej wsi zachowało się wiele fotografii i pamiątek. Przez jakiś czas zalegają w Domu Kultury w Nowym Targu, aż trafiają w ręce Marka Wojtaszka, pasjonata lokalnej historii. Zakłada on portal staremaniowy.pl i publikuje zdjęcia. W międzyczasie odzywają się do niego miejscowi, którzy także posiadają archiwalne fotografie i chcą się nimi podzielić. Kolekcja stale się powiększa.
Velo Czorsztyn dla każdego
Jezioro mieni się w słońcu, okalają je łagodne szczyty Pienin i Gorców.
Na ten krajobraz po raz pierwszy patrzyłam 30 lat temu, wczesną wiosną. Pływały lodowe kry, a na wzgórzach lśniły resztki śniegu. Przyroda nie obudziła się jeszcze do życia, pejzaż zanurzony był w sennej, trochę nierealnej nostalgii. W 1996 roku zakończono napełnianie zbiornika – nowe oblicze czorsztyńskiej turystyki, z intensywnie rozwiniętą infrastrukturą wodną, dopiero miało nadejść. Wtedy jednak wciąż było czuć ducha zalanych wiosek. Kiedy poziom wód maleje, można dostrzec ślady dawnych wiosek – narzędzia, butelki, zbutwiałe opony. Schodzę z zamkowego wzgórza. Po drodze wypatruję lokalnego endemitu, pszonaka pienińskiego. Roślinę można spotkać tylko w jednym miejscu na świecie, właśnie tutaj. Kwitnie na żółto, przyciągając pszczoły i inne owady. Tym razem nie mam jednak szczęścia.
Wracam w stronę przystani, mijając cyklistów korzystających z trasy rowerowej wokół jeziora. Liczący około 27 km szlak Velo Czorsztyn powstał w 2019 roku i z roku na rok zyskuje na popularności – jest stosunkowo łatwy do pokonania (z wyjątkiem jednego potężnego przewyższenia, na którym wiele osób rowery podprowadza), z asfaltową nawierzchnią i szerokim krajobrazem wokół. Większość rowerzystów rozpoczyna wycieczkę w Niedzicy, a pierwszym przystankiem jest Dębno Podhalańskie z XV-wiecznym kościółkiem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Nie chcemy kołchozu
Kolejny etap trasy prowadzi przez Nowe Maniowy – osadę wybudowaną od zera, do której przenieśli się mieszkańcy starej wsi. Ceglane domy, wszystkie o jednakowym wyglądzie, wciśnięto pomiędzy pagórki niczym klocki lego. Kamienna ni to wieś, ni miasto – mówi się o Nowych Maniowach w latach 70. Budowa wzbudza ogromne zainteresowanie, przyjeżdżają tu ekipy filmowe i wycieczki. Co ciekawe, pierwotnie nie przewidziano, by przy domach stawiać obory i zabudowania gospodarskie – zwierzęta mają być trzymane na wspólnym osiedlowym terenie. Na tę propozycję mieszkańcy reagują jednomyślnie. Kołchoz? Nie z nami – mówią. – I tak żal się przenosić.
W Starych Maniowach przez jakiś czas stoi jeszcze murowany kościół z XIX wieku, parafianie chodzą tam na msze już z nowej wsi. W 1994 roku zostaje podjęta decyzja o wyburzeniu świątyni. Po zalaniu doliny woda będzie sięgała do połowy okien – argumentują decydenci. Nikt nie może uwierzyć w to, że zabytkowa budowla zostanie zniszczona. A jednak – podłożone pod kościół ładunki wybuchowe, zmieniają go w stertę gruzów, na których staje pamiątkowy krzyż. Obecnie widać go tylko przy niskim stanie wód.


Do Czorsztyna przez skansen
Szlak rowerowy kończy się w Czorsztynie, jednak wcześniej przecina Kluszkowce, położone na półwyspie Stychlyn. Znajduje się tam skansen z budynkami uratowanymi z zalanych wiosek. Osadę tnie droga, wzdłuż której ulokowane są stare wille i pensjonaty (w tym gospoda Leopolda Sterlinga), góralskie chałupy i maniowskie lamusy. Skupiają jak w soczewce pieniński świat, który zniknął pod naporem czasu i wody. Nie wszystkie zabytkowe domy udało się ocalić. Podczas próbnego spuszczania wody przy testach zapory zniszczony został dziewiętnastowieczny dwór, stojący niegdyś u podnóża Zamkowej Góry.
W czorsztyńskiej przystani kupuję powrotny rejs do Niedzicy. Wchodzę na pokład. Tym razem zajmując miejsce na dziobie. Słońce praży niemiłosiernie, jedyną ulgę przynosi delikatna bryza wiejąca w stronę brzegu. Na jeziorze panuje duży ruch. Taflę przecinają motorówki, kajaki i rowery wodne. Odbicie zamkowych baszt rozprasza się, a potem stopniowo powraca do harmonijnego kształtu. Zupełnie jak puzzle z dziecinnych lat, misternie układane na flanelowym kocu, które dawały szansę zanurzyć się w bajkowy świat.

Szkoda, że pominięto zupełnie sprawę, jaką był protest przeciwko tamie i zbiornikowi na początku lat 90. W akcję “Tama tamie” zaangażowane były setki młodych ludzi ze środowisk ekologicznych, anarchistycznych, neohipisowskich. Były starcia z policją, zajmowanie pustostanów jako czasowych baz dla protestujących, zbieranie podpisów w Krakowie, Zakopanem i Nowym Targu. Sprawa była naprawdę głośna i znaczna część społeczeństwa była przeciwna niszczeniu walorów przyrodniczych i kulturowych, z czym wiązało się powstanie jeziora.