reszel widziany z góry

Reszel, czyli nieusuwalne ślady dawnej urody

Początek
13 min. czytania

W leżącym na granicy Warmii i Mazur miasteczku Paulina Stolarek odnajduje kojący spokój

Fot. Krzysztof Majcher

W upalny dzień wystarczy zrobić kilkadziesiąt kroków, zostawić za plecami rynek, uliczki i zejść pod gotyckim mostem i dalej wzdłuż rwącej rzeczki Sajny. Tam w wilgotnym chłodzie otaczającego Reszel parku-lasu rosną drzewa w spokoju i śpiewają ptaki. I nikt drzew nie wycina, nikt ptakom nie przeszkadza. Taki jest właśnie Reszel, miasteczko trochę na opak wobec mazursko-warmińskiej rzeczywistości.

Można oczywiście pojechać do Mikołajek, do Giżycka albo do Ełku. Nocować na jachcie w zatłoczonej marinie, robić zakupy w Biedronce, spacerować po bardzo porządnie wybetonowanych promenadach nad jeziorami. W osłupieniu patrzeć na dotkniętą pastelozą architekturę i zastanawiać się, gdzie właściwie podziały się te drzewa, które zapamiętaliśmy z dzieciństwa. Można tak zrobić. Ostatecznie Mazury to „cud natury” (choć niefrasobliwie traktowany przez mieszkańców, leśników i turystów), a jeziora są bezdyskusyjnie piękne.

Można nawet pojechać do Nowych Gut nad Śniardwami, gdzie niczym w drugim Władysławowie tysiące spragnione wypoczynku stoją w sięgającej do kolan wodzie niby-laguny wzdłuż szosy. Wszystko to można.

Jeżeli jednak pragniemy oczarowania a nie rozczarowania, lepiej pojechać do Reszla.

Puryści powiedzą, że to już właściwie Warmia, a nie Mazury. Ale to sama granica. Realiści zwrócą uwagę, że w Reszlu nie ma jeziora. Owszem nie ma, choć jeziora są wszędzie wokół. Można nawet przypuszczać, że to właśnie ten rzadko spotykany w tych okolicach deficyt uratował Reszel od utraty charakteru. Pozwolił mu dotrwać do dzisiejszego dnia w formie przypominającej czasy świetności.

Reszel, choć mało znany i uczęszczany, ma wiernych wielbicieli swojej, momentami trudnej, choć niezwykłej urody. Jeśli skręcimy do Reszla w drodze na szlak Wielkich Jezior, nawet jeżeli nam nie po drodze, następne wizyty będą już oczywistością.

Zatem jadę. Nie pierwszy raz, ale po długiej przerwie i zanim dojedziemy mam niezmienny przedsmak tego, co nas czeka. Skręciwszy za Mrągowem w węższą drogę, porzuciwszy tę niby lepszą – prowadzącą do Kętrzyna, lądujemy w innej rzeczywistości.

Droga na Świętą Lipkę jest wąska i w szpalerze drzew, po obu jej stronach stoją stare jesiony, lipy i klony. Tak jak kiedyś, przed wiekami, kiedy zaczęto sadzić je tu wzdłuż traktów, rzucają cień. Kiedyś na wędrowców, dziś na rowerzystów, kierowców. Te aleje, tak znienawidzone przez drogowców, na Mazurach wycięte w wielu miejscach w pień, tu szczęśliwie trwają. Po jednej stronie szpaleru: my, ukryci przed słońcem. Po drugiej: pofałdowane lodowcem pola ze wzgórzami i dolinami, z kępami drzew. I pojawiającymi się znienacka granatowymi plamami jezior, które długimi, rynnowymi kształtami towarzyszą drodze.

Drogowskazy wskazują miejsca, których nazwy brzmią nieco egzotycznie: Lembruk, Rydwągi, Kierszanów. Ale nie skręcamy. Nawet w tę drogę wyłożoną starym brukiem. Nawet do tych białych domków z dachem krytym czerwonymi dachówkami, otoczonych sztachetowym drewnianym płotem na białej podmurówce. Choć kusi, kusi ten zarazem uroczy i niepokojący klimat rodem z bajek czy landszaftów. Te aleje, te granatowo-srebrne połyski za drzewami, i nawet pojawiające się kolejno za zakrętami białe kapliczki – barokowe stacje drogi krzyżowej związanej z Bazyliką w Świętej Lipce. Wszystko realne, choć jak z innego świata.

A potem, po lewej, w oddali, wyrasta z zieleni ceglasta wieża. I to już jest Reszel – z wież przecież słynący.

W historii każdego szanującego się miasta tej okolicy, a więc i w Reszlu, najważniejsza jest trzynastka. 1300 i coś, data założenia, albo nadania praw miejskich. Lidzbark Warmiński, Kętrzyn, Biskupiec, Mrągowo: cywilizacyjny spadek po Krzyżakach. Akurat w Reszlu szczęśliwa data to 1337. Wtedy to dawnej osadzie pruskiego plemienia Bartów zwanej Resel dano prawa miejskie.

Później, choć, jak pamiętamy z podstawówki, walczono tu z Krzyżakami i Szwedami, Reszel trwał i miał się dobrze. Bez względu na to, czy był miastem polskim czy pruskim, bogacił się i rozbudowywał. Żyli tu kupcy, rzemieślnicy, artyści, były duże szkoły i klasztory. I co może najważniejsze w tej części Europy, Reszel miał szczęście: nie został zniszczony pod koniec II wojny światowej. Do dziś zachował się średniowieczny układ urbanistyczny z kwadratowym rynkiem i ratuszem w jego centrum, z siatką równoległych ulic okolonych niskimi kamienicami ze spadzistymi dachami, krytymi czerwoną dachówka. Wszystko piękne, wszystko podniszczone. A jednocześnie pełne wdzięku i wystarczająco prawdziwe – żyjące własnym niespiesznym tempem – by stać się częścią sieci Citta slow.

Trudno powiedzieć dlaczego akurat Reszlowi udało się przetrwać w tej jakby zatrzymanej w czasie formie.

Może dlatego, że po wojnie stał się biednym prowincjonalnym miasteczkiem, w którym nikt nie odczuwał nieprzepartej potrzeby unowocześniania? A może właśnie brak jeziora okazał się zbawienny?

Wiele starych budynków rozebrano (choć i dziś można tu sobie kupić starą, neogotycką fabryczkę z czerwonej cegły – jaskrawy szyld „na sprzedaż” przyciąga wzrok), inne przetrwały. Z architektonicznych potworków pojawiło się tylko kilka bloków z lat 70-ych na osiedlu spółdzielni o historycznej nazwie Pionier. Ale Zamek Biskupów Warmińskich i Kościół farny św. Piotra i Pawła wciąż stoją. Twierdza jest imponująca. Z grubymi murami, położona jak trzeba, na wzniesieniu, ma wieżę, basztę, podziemia i historię o ostatniej w Europie spalonej „czarownicy”. W ramach ustępstw wobec współczesności w zamku jest dziś hotel, całkiem niebrzydki zresztą, i galeria sztuki.

Trwają też mini kamieniczki i poważne secesyjne kamienice, choć jedne i drugie odrapane niemożebnie. Tuż pod miastem działa prawdziwy stary młyn, w tym samym miejscu, w którym mielono tu zboże w średniowieczu. Dziś z dobrej, ekologicznej mąki Młynomag pieką chleby pilnujący najnowszych trendów warszawscy miłośnicy jedzenia. Wysoki, sklepiony most nad rwącą Sajną nadal służy wjeżdżającym do miasta. Barokowa plebania została właśnie odbudowana, a chłodny park otaczający stary Reszel odrestaurowany (oczywiście za unijne pieniądze). Wszystko to tworzy niewielką i harmonijną całość, do przyswojenia w jeden dzień.  

Małomiasteczkowa rzeczywistość kwitnie. Mieszkańcy witają się na ulicach i zatrzymują, żeby chwilę pogadać. W rynku, jak być powinno – handluje się. Jest sklep Warzywko i artykuły elektro-techniczne, sklep ze starociami i odzieżą damską.

Są dwie piekarnie, w tym jedna otwarta od piątej rano, bo przecież chleb wypieka się w nocy, żeby był świeży na śniadanie. Są dwie restauracje i cukiernia. Jest nawet księgarnia.

O takich miasteczkach mówi się, z lekka pretensjonalnie, że są jak bombonierka, bo mają w sobie i urodę i harmonijny porządek. To określenie dobrze tu pasuje. Reszelska bombonierka nie należy do luksusowych, choć łatwo sobie wyobrazić jak perfekcyjnie by wyglądała, gdyby los ją umiejscowił w Toskanii, Alzacji albo Bawarii.

Położona na granicy Warmii i Mazur z wdziękiem nosi ślady dawnej urody i ma się nieźle, lepiej niż kilka lat temu. Nawet, jeśli staruszka grzejąca się w słońcu przed piękną secesyjną kamienicą, zapytana czy dobrze się tu żyje, ściszając głos mówi: „nie jest bardzo bezpiecznie, ludzie tu dużo piją”.

Może tak, może nie, nie wiemy. Jesteśmy tu tylko chwilę przecież. W sierpniowy ciepły dzień nic na to „niebezpieczeństwo” nie wskazuje. A z wysokiej zamkowej albo kościelnej wieży (wspiąć się można na obie) nie widać już żadnych wad. Rozciąga się z nich widok w trzech kolorach: szachownica białych domów z czerwonymi dachami otoczonych morzem zieleni. Przestrzeń pól przecinają ciemniejsze linie ocienionych starymi drzewami alei, które łagodnie prowadzą z Reszla w świat i we współczesność.

Paulina Stolarek

Romanistka, tłumaczka, dziennikarka. W przeszłości redaktor naczelna "Radia Zet" i miesięczników "Voyage" i "Zwierciadło". Przetłumaczyła min. „Szaleństwo Marszu” Jacquesa Lanzmanna. Ma wiele słabości, a największe to Paryż, Grecja i literatura.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.