„Truflarze”. Opowieść o prostym życiu

Początek
przeczytasz w mniej niż 8 min.

Ten film pozwoli wam zapomnieć na chwilę o całym świecie

Starszy mężczyzna w garniturze siedzi przy restauracyjnym stoliku. Znamy go już z wcześniejszych scen: to zamożny, raczej mało sympatyczny hegemon na rynku trufli. Handlarz o apodyktycznych cechach i wybujałym poczuciu własnej ważności. Rozstawia po kątach tych, którzy próbują zyskać jego przychylność, każąc im wynosić się z ich truflami, które nie przypadły mu do gustu, a które ci próbują mu w desperacji sprzedać już nie wiadomo który raz.

W tej scenie nie ma jednak nikogo więcej poza kelnerką, która przynosi talerz z jajkiem smażonym z fondue i struga na nie plasterki trufli. Po chwili znika z kadru, a on zostaje nad daniem, elegancki jak zawsze, z krawatem po szyją.

I zaczyna jeść.

Nie ma w nim żarłoczności, ani erupcji entuzjazmu, która tak często cechuje na przykład kucharzy-celebrytów, typu Jamie Oliver. Kiwa po prostu w milczeniu głową, wącha, tnie. Metodycznie rozprawia się z posiłkiem. Kamera pokazuje to bez ruchu, bez skrótów, ani cięć. – Bardzo mi to smakuje – mówi na koniec. Ten wpływowy biznesmen przyjął właśnie sakrament. Na moment stał się łagodniejszy, bardziej człowieczy. Osadzony w chwili.

Wojna truflowa

W tej prostej scenie zawarta jest cała magia trufli. Rosnące w lesie grzyby mogą przynieść fortunę, a wraz z nią uznanie. Większość bohaterów dokumentu „Truflarze” nie goni jednak za zyskiem i pieniędzmi, lecz po prostu za poczuciem, że się żyje.

Kamera nie koncentruje się na hegemonach truflowego biznesu, lecz na kilku seniorach żyjących na piemonckiej wsi i zajmujących się szukaniem dzikich trufli. Robią to przez całe życie, i choć z tego się utrzymują, nie stali się bogaci, ani opływający w dostatki. Są na samym dole drabiny, zyski zgarnia kto inny.

Ten film nie jest jednak o zawiłościach i niesprawiedliwościach truflowego rynku. Nie ma w sobie nic z reporterskiego śledztwa. Pewne tematy są tu zaledwie zasygnalizowane.

Kamera patrzy na codzienność tych, którzy potrafią te grzyby znaleźć. Nie mają za wiele pieniędzy, ale ze swojego zajęcia czerpią inne korzyści. Spędzają niemal cały czas na powietrzu, w towarzystwie ukochanych psów i brudząc sobie palce ziemią wdychają woń uwolnionych z gleby aromatycznych trufli. Działają na własnych zasadach i własnym terenie.

A przede wszystkim próbują pozostać radośni. A gdy tej radości zaczyna brakować, buntują się. Jeden z bohaterów, długowłosy ekscentryk, porzuca w pewnym momencie zajęcie, bo uznaje, że świat stanął na głowie. Handel truflami został przejęty przez chciwych ignorantów, a ich poszukiwanie zaczyna przypominać wojnę. Brak zasad, trucie psów konkurentów, ignorowanie granic prywatnego terenu i zwyczajowo uznawanych rewirów. W takiej atmosferze poszukiwanie trufli traci sens. Nawet, jeżeli mogłoby przynieść pieniądze.

Pozostali utyskują na współczesność, ale się nie poddają. Walczą jednak bardziej z ograniczeniami własnych ciał. Żona ponad osiemdziesięcioletniego Carla namawia go, by wreszcie przeszedł na emeryturę i przestał chodzić nocami po lesie, więc ten następnym razem wymyka się na poszukiwania przez okno.

Baśń o truflach

Jest w tym filmie wiele czułości, codziennego spokojnego życia, dźwięków natury. Nikt się tu nie spieszy i nikt nie przeżywa rozdzierających dramatów. Papierosy, dojrzałe pomidory, szklanka wina, kilka osób wokół, z którymi można pogadać. Mieszkańcy odległych piemonckich wsi odnaleźli własny sposób na czerpanie z życia przyjemności – w dużej mierze polega on na pohamowaniu pragnień, na wykształceniu w sobie poczucia, że może być mi dobrze z tym, co mam.

Ten film jest, oczywiście, w dużej mierze baśnią. Kadry są wypieszczone, przemyślane, odwołują się prostymi skojarzeniami do klasycznego malarstwa. Większość jest inscenizowana. Czy oddają więc w pełni rzeczywistość? Prawdopodobnie nie. Niespecjalnie mi to jednak przeszkadza.

Nie traktuję bowiem już filmów dokumentalnych – podobnie zresztą jak reportaży pisanych – jako idealnego odzwierciedlenia świata. Niemal zawsze są one twórczą interpretacją. Co nie oznacza, że muszą być przy tym kłamstwem. Postacie w „Truflarzach” są autentyczne i rzeczywiście zajmują się tym, co widać na ekranie. To, czy ucieczka przez okno, by oddawać się życiowej pasji jest sceną odtworzoną na potrzeby filmu, czy wymyśloną przez reżyserów, nie ma specjalnego znaczenia.

„Truflarze” są bowiem nie tyle filmem o czyichś historiach, co raczej hołdem złożonym stylowi życia, którzy Włosi doprowadzili do perfekcji. Oraz opowieścią o świecie, który odchodzi do przeszłości, a w którym najważniejsze jest to, co codzienne i bliskie. Gderająca żona, z którą można jednak spędzić wieczór na sortowaniu pomidorów, ukochane psy, mgła pełzająca nad ranem po pastwiskach i poczucie spełnienia, gdy z pachnącej leśną ściółką ziemi wygrzebuje się chropowatą białą truflę.


Truflarze (The Truffel Hunters), reż. Michael Dweck / Gregory Kershaw, 2021

Film wyświetlany jest obecnie w kinach

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.