marek zagańczyk

Marek Zagańczyk: „Lubię podróże w literackim tłumie”

Początek
15 min. czytania

„Niespieszna podróż jest podróżą świadomą. Zostaje po niej coś więcej niż bezładny zbiór wykonanych w biegu zdjęć” – mówi Marek Zagańczyk, pisarz, eseista i wydawca

We Włoszech był dziesiątki razy, do Florencji wraca z niekłamaną przyjemnością. W swoich książkach Marek Zagańczyk przygląda się Italii z czułością i uwagą. Tym razem jednak pretekstem do rozmowy o stolicy Toskanii jest opublikowany przez prowadzone przez niego wydawnictwo kryminał angielskiej pisarki Magdalen Nabb.

Czy kryminał może być dobrym przewodnikiem?

W „Śmierci Anglika” Magdalen Nabb podążając tropem zbrodni odkrywamy Florencję niejako mimochodem. Intryga jest ważna, ale równie istotne rzeczy dzieją się w tle. Poznajemy na przykład życie florenckiej kamienicy, do której jako turyści pewnie byśmy nie zajrzeli. Albo tajemnicę podwójnej numeracji domów. Są numery czarne i czerwone. Trzeba się tu urodzić, żeby się w tym połapać. Przyznam, że byłem we Florencji wiele razy i dopiero książka Magdalen Nabb zwróciła moją uwagę na tę zwariowaną numerację. Zresztą, czytając „Śmierć Anglika”, łapałem się na tym, że bardziej niż to, kto zabił, ciekawiło mnie miasto w tle. Bo Florencja jest bohaterką tej opowieści na równi z zabójcą, sierżantem, karabinierem, starszą damą czy oficerami Scotland Yardu.

No niby jest równoprawną bohaterką, ale jej najbardziej ikoniczny obrazek – czyli katedra – pojawia się tylko raz i to w kontekście skaczących z jej dzwonnicy samobójców…

To pierwsza, wydana przez nasze Próby książka z tej serii, nie można więc od razu odsłonić wszystkiego. „Śmierć Anglika” jest dość osobliwie pomyślana. Główny bohater przez pół książki jest nieobecny, albo raczej ledwie obecny, bo leży powalony przez grypę w łóżku… Możemy być pewni, że w następnych książkach tego cyklu będzie nam intensywniej towarzyszył i zobaczymy inne, ważne miejsca Florencji.

Bywa, że miasto – na przykład Florencja – staje się jednym z głównych bohaterów literackiego kryminału

Poza tym akcja dzieje się nie tam, gdzie byśmy się spodziewali…

Po lewej, mniej turystycznej stronie rzeki, gdzie nawet w sezonie można złapać oddech. Trup pada tuż koło Pałacu Pittich, jednej z atrakcji miasta. Dużą rolę w opowieści odgrywa Arno i zawieszone nad rzeką mosty – Ponte Vecchio i Ponte Santa Trinita, czyli most Świętej Trójcy. Wolę go od zatłoczonego Mostu Złotników.

Pora roku też jakby nie ta. Grudzień, tuż przed świętami, pół miasta rusza w „odwiedziny do rodziny” na prowincji. Poza tym trwa w najlepsze sezon deszczowy, który zaczyna się w listopadzie, a wiejący zza gór wiatr tramontana jeszcze nie zdążył przewiać znad Florencji wilgotnej czapy, przynosząc w zamian słońce i chłód.

Niby pora nie ta, ale tylko z dzisiejszego punktu widzenia. Pierwsi turyści z północnej Europy, głównie Anglicy i Niemcy, przyjeżdżali do Włoch właśnie zimą. Szukali słońca, oddechu, innego powietrza.

Nabb też jest „przyjezdna”. Czy to dlatego tak właśnie widzi swoich bohaterów?

Mamy do czynienia z książką lekką, ale napisaną przez pisarkę dużej miary. Co więcej namaszczoną przez mistrza tego rodzaju opowieści Georges’a Simenona. Nabb jest we Florencji „obca” – przeniosła się się do Włoch z Anglii. I tacy są też jej bohaterowie: nie stąd. Jak sierżant, który pochodzi z Sycylii, z Syrakuz, albo ludzie biedni, opuszczeni, zepchnięci na margines. Paradoksalnie, bycie „spoza” daje Nabb wielką siłę i wyjątkowe spojrzenie z oddalenia. Zresztą pewnie nie przypadkiem wybrała Florencję. Na początku XX wieku mieszało tu przeszło 35 tys. Anglików. Jak mawiał Harold Acton: „Anglicy łatwo zapuszczają korzenie wśród winnic i gajów oliwnych, a ich dziwactwa rozkwitają bez przeszkód w pełnym słońcu Italii”. Florencja sporo Anglikom zawdzięcza. Choćby jej obraz utrwalony w literaturze czy handel dziełami sztuki, wokół którego kręci się akcja naszego kryminału.

À propos Anglików – Florencja przyprawia przybyłych z Londynu funkcjonariuszy Scotland Yardu, bohaterów książki Nabb, o klaustrofobię. Jej ciasne, zatłoczone ulice i rzędy okienic przypominają im labirynt, który zaraz ich pochłonie. Miał Pan podobne odczucia?

Nigdy. Dla mnie Florencja to niezwykle przejrzyste, doskonale pomyślane miasto niezauważalnie przechodzące w wieś, w którym wszystko stoi na swoim miejscu. Zupełnie jak w dobrze urządzonym mieszkaniu. Nie sposób się w niej zgubić, wystarczy wiedzieć, gdzie jest Arno. Pomocna w orientacji może być mapa, którą dajemy na początku książki.

W jednym ze swoich esejów cytuje Pan Iwaszkiewicza, który ostrzegał: „Florencja dla człowieka podróżującego świadomie – to zadanie niezmiernie trudne do pojęcia. Ile się o tym mieście czytało, ile się wie naprzód i jaki zapas słodkich słów o nim wypowiedziano!”.

Lubię podróże w literackim tłumie, w towarzystwie autorów opisujących miejsca, które odwiedzam. Będąc we Florencji mam nieodparte wrażenie, że uczestniczę w lekcji historii, która trwa od dawna i wielu brało ją przede mną. Wszędzie dostrzegam znajome widoki, bohaterów lektur. Lubię patrzeć na Florencję oczami pisarzy, więc szukam jej w wierszach, powieściach, esejach, obrazach, które pomagają mi zrozumieć to miasto. Ślady „wielkich” napotykamy we Florencji co krok. W Santa Croce, obok fresków Giotta można się poczuć jak na lekcji historii, mijając grobowce wielkich florentyńczyków, którzy są też bohaterami naszej europejskiej historii: Michał Anioł, Galileusz, Machiavelli, Bruni… Są też polskie akcenty – w Santa Croce pochowani są Michał Skotnicki, Zofia Zamoyska z Czartoryskich, czy Zofia Cieszkowska, której nagrobek wykonał Teofil Lenartowicz…

No i jak zwykł Pan mawiać, Florencja to kwintesencja włoskości…

Tu renesans miał swój początek. Kenneth Clark radzi zaczynać wizytę w tym mieście od Kaplicy Pazzich, dzieła Filippo Brunelleschiego. Clark pisze, że ta budowla „nie stara się nam zaimponować, przytłoczyć nas swoją masą czy rozmiarem, jak zawsze czyni to architektura skierowana ku Bożej chwale. Wszystko jest dopasowane do skali umiarkowanych ludzkich potrzeb, tak aby człowiek lepiej zrozumiał własne możliwości w pełni autonomicznej moralnej i umysłowej jednostki. Są potwierdzeniem ludzkiej godności”. Z kolei ważny u Nabb Pałac Pittich skrywa wspaniałe obrazy różnych epok i może być szkołą uważnego patrzenia nie tylko na sztukę włoską.

Czy to prawda, że Włosi rozpoznają rodowitego florentyńczyka na pierwszy rzut oka?

Oka i ucha, bo to miejsce, w którym narodził się także język włoski i do dziś sposób, w jaki posługują się nim mieszkańcy Florencji, uważany jest za wzorzec. Florencja to kraina elegancji, dobrego smaku. Karabinier Bacci, jeden z bohaterów książki nosi rękawiczki z koźlęcej skóry, doskonale skrojony płaszcz i nigdy by mu do głowy nie przyszło zjedzenie posiłku na stojąco.

Magdalen Nabb wkłada w usta jednego z bohaterów anegdotę, jakoby Machiavelli kpił, że Toskańczyk uważa się za wielkiego podróżnika, gdy wyprawi się do Prato. Dodajmy, że znajduje się ono 20 kilometrów od Florencji…

Toskańczycy nie mają powodu ruszać się z Toskanii, bo tam jest wszystko! I piękne, przesycone historią miasta, kościoły i muzea, na które życia nie starczy. I wzgórza, gdzie zimą można znaleźć śnieg, a latem odetchnąć od upału. No i plaże…

To, co znamy z obrazów, reprodukcji czy fresków w naturalny sposób wpisuje się w krajobraz Toskanii, wychodzi z ram i okazuje się codziennością. I to jakże cudowną codziennością! Kultura i natura doskonale się tu przenikają. Gdy oglądamy zdjęcia lub obrazy toskańskich pól, dróg obsadzonych cyprysami, gaje oliwne i rzędy winorośli jesteśmy przekonani, że tak to powinno w ideale wyglądać. Do końca nie jest jasne czy natura odtwarza tu sztukę, czy sztuka naśladuje naturę.

„Piękno nie znosi pośpiechu, omija umysły zmęczone”, cytuje Pan za Frostem w „Drodze do Sieny”. A kilka stron dalej wtóruje mu Baudelaire mówiąc, że „prawdziwi wędrowcy jadą od niechcenia”. To Pański ideał podróżowania?

Tak właśnie, powoli i niespiesznie najbardziej lubię podróżować. Wydaje mi się, że dzięki temu podróż przebiega świadomie. Zostaje po niej coś więcej niż bezładny zbiór wykonanych w biegu zdjęć. Ale też nie byłbym sobą, gdybym nie wędrował w myślach, zatopiony w lekturze. Ci, którzy we Florencji byli, czytając „Śmierć Anglika” Magdalen Nabb, dostrzegą ludzi i obyczaje, których nie mieli okazji dojrzeć, bo są przed przybyszami skrzętnie ukryte. Za to ci, którzy we Florencji nie byli, dzięki Nabb zobaczą miasto w pełnej krasie. A jedni i drudzy poznają wiele jego tajemnic.

Na przykład to, dlaczego we Florencji najlepiej jest mieszkać na pierwszym piętrze?

Dokładnie. Nie wyżej, nie niżej. I dlaczego nikt nie mieszka na parterze. No, prawie nikt.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.