“Problem z dostępem do wody będzie się nasilał” – mówi ekohydrolog, dr Sebastian Szklarek

Początek
33 min. czytania

Z naukowcem z Polskiej Akademii Nauk rozmawiamy o tym, w jaki sposób podlewając trawnik wpływamy na cały świat i dlaczego nawet, gdy pada deszcz może grozić nam susza

Z dr. Sebastianem Szklarkiem umówiłem się na obrzeżach Łodzi, w miejscu, gdzie płynąca przez Las Łagiewnicki Bzura rozlewa się na kilka jeziorek. To między innymi tu ekohydrolog pobiera próbki wody do badań. W Polskiej Akademii Nauk zajmuje się między innymi jakością wód. Spotkaliśmy się jednak, by rozmawiać nie tylko o zanieczyszczeniu rzek i jezior, ale też o tym, jak wygląda dziś nasz świat. Woda jest bowiem jednym z lepszych mierników jego stanu, a wyzwania, które czekają nas w tym temacie mają charakter globalny. Trudno więc interesować się dziś światem, nie myśląc o wodzie.

Jest pogodny, słoneczny dzień. Po leśnych drogach przechadzają się spacerowicze, trenują biegacze i rowerzyści. Szklarek zamaszystym ruchem zarzuca do wody wiadro, następnie ściąga je długim sznurem.

Sebastian Szklarek: Niech pan spojrzy, tamten kij jeszcze dwa tygodnie temu był odkryty, teraz jest zalany. Poziom wody trochę się podniósł.

Takie szczegóły są ważne?

Nauka polega na wnikliwym obserwowaniu świata. Przyjeżdżam tu pobrać próbki wody co tydzień lub dwa. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że odruchowo rejestruję takie szczegóły. Po każdym wyjściu w teren notuję sobie uwagi: że był zakwit wody, że jej poziom się podniósł lub opadł, że widać osady po burzy, itd. Naukowiec musi być uważny. Czasami jest tak, że na podstawie obserwacji pewne procesy zauważa się intuicyjnie, nawet zanim jeszcze zbierze się potwierdzające je dane.

Jest Pan raczej wyjątkiem. Większość z nas na co dzień nie zajmuje sobie głowy takimi detalami. A tym bardziej nie myśli o wodzie. Po prostu odkręcamy kran i ona jest.

Rzeczywiście, o wodzie raczej nie myślimy, mimo że jesteśmy od niej całkowicie zależni. Ale ignorowanie tego tematu prędzej czy później sprowadzi problemy.

Skąd bierze się woda w naszym kranie?

W Polsce większość zasobów, z których korzystamy, to woda podziemna. I zazwyczaj są to głębsze pokłady, oddzielone warstwą skał, glin lub iłów. To zasoby, na które susza wpływa w najmniejszym stopniu, bo nawet jeżeli wierzchnie warstwy gleby tracą wilgoć, głębinowe źródła są na to odporne.

Czyli suszą nie musimy się przejmować?

To nie takie proste. Głębinowe pokłady wody są odporne na suszę, bo są niejako wielkimi podziemnymi zbiornikami, w których wymiana wody zachodzi dziesiątki czy setki lat, więc bardziej niż na suszę są one podatne na nadmierną eksploatację. Zanim deszcz zdoła przesiąknąć przez warstwy mało przepuszczalne, mogą minąć setki, a nawet tysiące lat. W jednym z ujęć w Łodzi najstarsza woda ma 12 tysięcy lat. Pijąc ją, w jakimś sensie cofamy się w czasie. Proszę sobie to wyobrazić: ta woda, którą nalewamy na przykład w kuchni do szklanki, spadła jako deszcz w neolicie, gdy byliśmy jeszcze plemionami zbieraczy-łowców. I to jest zasób prawie nieodnawialny – jeżeli zużyje się całe pokłady takiej wody, nasze dzieci i kolejne pokolenia już jej nie będą miały. Trzeba by czekać setki lat.

Dużo tej wody zużywamy?

Szacunki mówią, że wykorzystujemy 20-30 proc. krajowych zasobów. Mogłoby się więc wydawać, że wody nam nie zabraknie. Ale trzeba pamiętać, że zasila ona też rzeki. Ich źródła są bowiem w rzeczywistości wybiciem podziemnych wód na powierzchnię. I to nie tylko w miejscach, gdzie rzeka zaczyna bieg, ale na całej jej długości.

Zagrożenie suszą dla Polski jest realne. Deficyty opadów i zmiany klimatu z dużym prawdopodobieństwem będą wpływać na jej rozwój. W naturze cykle pewnych zjawisk są długie. I susza, z którą borykaliśmy się w ubiegłym roku, jest tego przykładem. Gdy przyszły deszczowe miesiące, mediom wydawało się, że skoro pada, to problem zniknął. Tyle, że susza nie zależy tylko od tego, czy pada czy nie pada, ale też od tego, ile mamy wody w glebie, ile jest jej w rzekach i ile mamy jej pod ziemią. Nasza działalność cywilizacyjna oraz zmiany klimatu sprawiają, że coraz częściej poruszamy się pomiędzy skrajnymi punktami skali: grozi nam susza, miesiąc później boimy się powodzi, by chwilę później znów mieć ryzyko suszy.

Co więc powinniśmy robić?

W zarządzaniu zasobami wody nie wolno zapominać o działaniach długofalowych. A więc myśleć o przyszłości, ograniczając koszty i skutki obecnych działań. Podejmować działania w jakimś sensie wyprzedzające czas i minimalizujące problemy w przyszłości. W codziennym życiu zwykle machamy na to ręką. Tymczasem trzeba stawiać sobie cele krótko, średnio i długoterminowe. W przypadku naszego wpływu na środowisko jest to dziś widoczne w sposób drastyczny. Od wyznaczania tych celów w dużej mierze zależy nie tylko jakość naszego życia, ale to czy w ogóle jako gatunek przetrwamy.

Tyle, że jesteśmy tak skonstruowani, że daleka przyszłość jawi nam się jako coś abstrakcyjnego. Trudno nam przejmować się tym, co będzie za sto czy trzysta lat.

Zgadza się, ale konsekwencje naszych działań widoczne są też w dużo krótszej perspektywie. Dla przykładu: powódź we Wrocławiu w 1997 roku miała tak dramatyczne skutki głównie dlatego, że w pewnym momencie weszliśmy z zabudową na tereny zalewowe. Ktoś, nie myśląc właśnie o przyszłości, na to zezwolił, ktoś inny się na tych ziemiach wybudował i potem już poszło. Aż nagle okazało się, że konsekwencje decyzji podejmowanych dekady wcześniej ponoszą ludzie, którzy mieszkali na tych terenach w 1997 roku. I do dziś musimy ponosić koszty finansowe, społeczne i środowiskowe tych decyzji. Co więcej, nie ma raczej widoku na to, by się to skończyło, bo wyludnienie obszaru zalewowego jest już w zasadzie niemożliwe. A więc za podjęte w przeszłości błędne decyzje urzędników płacimy już teraz i będziemy płacić w przyszłości.

Ta sama zasada dotyczy też eksploatacji zasobów wodnych oraz działań, które wpływają na zmiany środowiska. Wiele problemów, z którymi się obecnie borykamy, to konsekwencja dawnych decyzji. I analogicznie decyzje podejmowane przez nas dziś – każdego dnia – będą miały skutki za jakiś czas. I nie mówimy tu o setkach lat, ale o życiu naszych dzieci.

Dlaczego więc, dysponując dzisiejszą wiedzą i coraz bardziej zaawansowaną technologią, obieramy kurs na katastrofę? Zużywamy światowe zasoby wody, wpływamy na zmiany klimatu, zwiększamy presję na naturę, tak jakbyśmy nie byli jej częścią.

Po części właśnie z powodu coraz bardziej rozwiniętej technologii. Zawierzyliśmy jej do tego stopnia, że zdaje nam się, że potrafimy wyeliminować ryzyko katastrofy. A w rzeczywistości jesteśmy w stanie co najwyżej odsunąć ją w czasie. Natura co jakiś czas przypomina nam o tym, że nie jesteśmy wszechmocni. Nie istnieją zabezpieczenia, które w stu procentach chroniłyby nas od ryzyka.

Problem z zasobami wody jest taki, że są one ściśle powiązane ze zmianami klimatu. I tak, jak w przeszłości przegapiliśmy działania, które mogły nas uchronić przed tymi zmianami, tak samo teraz nie podejmujemy decyzji, które mogłyby nam zapewnić bezpieczeństwo wodne w przyszłości. Mimo, że mamy coraz większą wiedzę i coraz lepsze narzędzia.

Jesteśmy ślepi? Wolimy nie wiedzieć?

W naszej ludzkiej naturze dostrzegam pewne sprzeczności. Niektóre fakty akceptujemy, innych nie. Zdaję sobie sprawę, że skala globalna dla większości z nas jest abstrakcyjna, nie bardzo potrafimy objąć ją myślą. Tylko czy fakt, że coś wydaje nam się abstrakcyjne powinien od razu skutkować odrzuceniem tego? Przecież sztuka też jest dziedziną opartą na abstrakcji, a ją potrafimy odczytywać, potrafimy ją sobie jakoś wyobrażać. Tymczasem mamy tendencję do tego, by faktów niewygodnych nie przyjmować do wiadomości. Stąd problemy ze skutecznym przeciwdziałaniem zmianom klimatycznym, czy sensownym używaniem zasobów wody. Twarde dane wskazują, że zmierzamy ku katastrofie i mamy ostatnie chwile, by coś z tym zrobić. Świadomość tego nie jest przyjemna. Powoduje dyskomfort. Więc ją odrzucamy.

Ja w tym widzę jeszcze dodatkowy problem. Trudno nam też uwierzyć w sens jednostkowych działań. Nawet jeżeli wiem, że zasoby wody się kurczą, mam opory przed niepodlewaniem trawnika, skoro wszyscy moi sąsiedzi podlewają swoje na potęgę. Zaczynam sobie myśleć, że wychodzę na frajera: ja się tu ograniczam, a cały świat wesoło prze do przodu.

To zrozumiałe, ale warto mieć przy tym świadomość, że przerzucanie odpowiedzialności jest po prostu umywaniem rąk. Zakładamy, że możemy zgodzić się na pewne poświęcenia pod warunkiem, że inni też do zrobią. W efekcie nikt niczego nie robi, bo czeka, aż zrobią to za niego inni. Na dodatek w działaniu takim nie ma za wiele logiki. Bo stawiając sprawę w odwrotnej perspektywie i przerysowując ją, można równie dobrze spytać, czy skoro ktoś zabija, to ja też mogę? Czy jest na to przyzwolenie? Nie ma. Tak samo więc nie powinniśmy dawać sobie przyzwolenia na nieodpowiedzialne zachowania wobec środowiska tylko dlatego, że ktoś inny w ten sposób się zachowuje.

Jak więc uwierzyć w to, że nasze indywidualne działania mają sens?

To wynika z faktów. Trzymając się tematu wody, łatwo to zaobserwować w miejscach, w których wodociągi mają mniejszą przepustowość. Jeżeli wiele osób zaczyna w tym samym momencie podlewać trawniki, mieszkańcy wyższych kondygnacji lub domów położonych dalej od pomp borykają się ze słabszym ciśnieniem w sieci wodociągowej i nie mogą jej normalnie użytkować. Przyczyną jest właśnie to, że sąsiad podlewa – to jest klarowny ciąg przyczyny i skutku.

Każda decyzja ma znaczenie. Oczywiście większe skutki często widać dopiero, gdy ich efekt się skumuluje. Przykładem jest właśnie powódź z ‘97 roku. Ona nie nastąpiła tylko dlatego, że akurat obficie padało. Wrocław został zalany, bo do wspomnianej wcześniej zabudowy na naturalnych terenach zalewowych i deszczu doszły też inne czynniki. Takie jak: uszczelnienie miast i szybkie odprowadzanie wody poza ich obszar, odwadnianie terenów rolniczych, czyli pozbywanie się wody z pól, żeby nie stała na uprawach, wycinanie lasu w górach oraz robienie w nich utwardzonych dróg dojazdowych. To wszystko sprawiło, że woda spływała dużo szybciej i intensywniej. Mieliśmy więc kilka elementów, które same w sobie nie miałyby być może znaczenia. Ale gdy wystąpiły jednocześnie, wystarczył większy opad i mieliśmy problem.

Nasze problemy biorą się ze zbyt głębokiej ingerencji w środowisko?

W Polsce niemal wszystkie małe cieki wodne są przekształcone przez człowieka, z dużych rzek większość też. Odra jest od dawna uregulowana, bo była głównym kanałem żeglugi. Wisła miejscami pozostała naturalna, trochę większych nieprzekształconych rzek znajdziemy na wschodzie Polski. Mówiąc o przekształceniach, mam na myśli nie tylko prostowanie koryta, ale na przykład wszelkie zapory, które utrudniają migrację ryb i innych stworzeń wodnych.

W większość krajów unijnych mamy teraz trend przywracania przestrzeni dla rzek, miejscami nawet rozbiera się zapory i likwiduje sztuczne zbiorniki. Problem w tym, że w Polsce wchodzimy z uporem w te same buty, w które tam wchodzono lata temu. To zadziwiające, biorąc pod uwagę, jak łatwo teraz o przepływ informacji i jak wiele wiedzy zgromadzono. Wystarczy z niej korzystać i uczyć się na błędach innych. A byłoby zapewne jeszcze gorzej, gdyby nie ramowa dyrektywa wodna UE, która nas też dotyczy i do pewnego stopnia ogranicza możliwość powtarzania złych decyzji z przeszłości.

Dodatkową kwestią jest fakt, że rozmawiając o wodzie, nie możemy myśleć tylko o Polsce. Ten temat jest dziś globalny i nasza sytuacja może wiązać się z tym, co dzieje się na drugim krańcu świata.

Tyle, że podlewając ogródek przed domem, nie zastanawiamy się nad sytuacją wodną w Pakistanie czy Kazachstanie.

Do jakiegoś stopnia jest to naturalne, ale przy dzisiejszym dostępie do informacji, niewiedza nie jest już usprawiedliwieniem. Rozwój cywilizacji wszystko zmienił – dziś nie wychodząc z domu, możemy oddziaływać na środowisko w skali globalnej. Prezydent Stanów Zjednoczonych też nie musi wychodzić z Białego Domu, by odpalić pocisk atomowy, który rozpęta na świecie piekło. I tak samo ubierając w domu kolejną koszulkę kupioną w przecenie, też nie zastanawiamy się nad tym, że bawełna z której jest zrobiona pochodzi z Etiopii czy Kazachstanu i że jej produkcja wiązała się z intensywnym oddziaływaniem ludzi na środowisko i że na przykład w tamtych regionach ludzie mają problemy z dostępem do wody. Dziś nie jest już tak, że problem innych krajów nie jest naszym problemem. Jest. Żyjemy w jednym połączonym świecie.

W codziennym życiu tej globalizacji aż tak nie zauważamy.

To, że mieszkając w Warszawie czy Łodzi ograniczę kompulsywne kupowanie ubrań, w jakimś stopniu wpływa na klimat, zasoby wodne i życie ludzi, chociażby, w Bangladeszu. Jeżeli przestanę wymieniać telefon za każdym razem gdy tylko pojawi się nowy model, wpłynę na sytuację w najbardziej odległych regionach świata. Mój telefon ma pęknięty ekran. Nie kupiłem jednak nowego, bo ten nadal działa. Nie wygląda ładnie i wiem, że pewnie w końcu ten ekran posypie się zupełnie, ale wyszedłem z założenia, że dopóki wszystko działa – a więc telefon spełnia swoją rolę – nie muszę go wymieniać. Wydaje się to niemożliwe, ale pamiętajmy że każda decyzja przynosi konkretne efekty. Czasami na ich zaobserwowanie potrzeba więcej czasu, ale to nie znaczy, że ten proces nie zachodzi.

W przyrodzie wszystko jest powiązane. Badam teraz wpływ soli drogowej na zasoby wodne. Powszechnie uważano, i dotyczyło to nawet naukowców, profesorów, że to nie ma żadnego znaczenia. Że ta sypana zimą na jezdnie sól się rozcieńcza, rozpuszcza, spływa i znika bez śladu. Okazuje się jednak, że nie do końca – stężenie chlorków w zasobach wody rośnie. Prędzej czy później dowiadujemy się, że każde nasze zachowanie ma konsekwencje. Sypanie soli na drogę, masowa produkcja mięsa, czy to symboliczne już podlewanie trawników.

O co właściwie chodzi z tymi trawnikami? Mamy ich nie podlewać i pozwolić, by wszystko uschło?

Problem z nimi jest taki, że masowo wylewamy na nie wodę zdatną do picia. A dodatkowo obsesyjnie kosimy trawę, która potrzebuje wtedy jeszcze więcej wody, by nie uschnąć. Ostatnio szedłem z córką, która zobaczyła skoszony trawnik i zdziwiona pytała mnie, co się tu stało. Mówię jej, że ktoś skosił trawnik. Nie mogła się nadziwić. Ale po co, skoro wcześniej tu takie ładne kwiatki rosły? To pokazuje, że tkwimy w utartych schematach. Z wiekiem zatracamy dziecięcą zdolność do opierania się na emocjach. Podlegamy presji otoczenia, boimy się wyjść przed szereg. Wszyscy koszą, to ja też. A jak nie skosimy, to za moment będziemy mieli na głowie niezadowolonego sąsiada narzekającego, że z naszego terenu pylą chwasty, albo że przyczyniam się do plagi komarów czy kleszczy.

Im jesteśmy starsi, tym bardziej nawykowo działamy. Wiążąc buty nie zastanawiamy się, czy wiązać w prawo, czy lewo, a mając trawnik nie zastanawiamy się, czy go kosić, bo uznajemy to za oczywiste. Podobnie jak to, że ten trawnik w ogóle ma być przed naszym domem. A przecież to tylko jednak z opcji. Można mieć łąkę, wyższe zarośla, drzewa, można ograniczyć koszenie i pozwolić trawie magazynować wodę, itd.

Tak mocno wpłynęliśmy na środowisko, że nie wrócimy do czasów, gdy nasza obecność była neutralna.

To prawda, nie chodzi też o to, by każdy z nas został teraz ascetą i wszystkiego sobie odmawiał. Powinniśmy jednak nasz wpływ na naturę ograniczyć na tyle, na ile się da. W przypadku wody, najgorsze jest pobieranie jej i przekazywanie w odległe miejsca. Im dłuższy obieg wody, tym trudniej przewidzieć, gdzie ona trafi. Najlepszym tego przykładem jest Jezioro Aralskie w Kazachstanie, które na skutek działalności człowieka skurczyło się do 1/5 pierwotnej powierzchni. A było w pierwszej piątce największych jezior na świecie. Wodę z zasilających je rzek przekierowano jednak na gigantyczne pola bawełny. Ta woda w żaden sposób nie wracała już do akwenu i nastąpiła katastrofa ekologiczna.

A im krótszy cykl użycia wody, tym jest on bardziej zrozumiały. Woda powinna krążyć jak najbliżej miejsca, z którego ją pobieramy. To do jakiegoś stopnia gwarantuje, że nam jej nie zabraknie. A jeżeli większość idzie na przykład na podlewanie pól, to woda trafia albo w produkt, albo w atmosferę i nie ma szans wrócić do miejsca z którego ją pobraliśmy. Bilans zaczyna być ujemny.

Czy obudzimy się pewnego dnia i okryjemy, że w naszych kranach nie ma wody?

Problem z dostępem do wody będzie się nasilał. I szybko się o tym przekonamy nie dlatego, że woda zniknie z kranów, ale wzrosną po prostu jej ceny. A jak zdrożeje woda, to zdrożeją artykuły, których produkcja wymaga wody. Czyli w zasadzie wszystkie. Nie bez powodu kilka lat temu ceny pietruszki tak wystrzeliły. Najpierw była susza, a jesienią, gdy plony były zbierane i przechowywane pojawiły się akurat duże opady i wilgoć, które utrudniały magazynowanie. Oba te czynniki wywindowały cenę. Tak właśnie wygląda wpływ wody na codzienność.

Cena wodociągowa też rośnie i nie tylko dlatego, że zmniejszają się zasoby wody, ale dlatego, że zaczynają być problemy z jej jakością, rosną koszty utrzymania infrastruktury. Podobnie z odprowadzaniem ścieków. Koszty rosną, bo ich oczyszczanie jest coraz droższe. I tu też mamy bezpośredni wpływ. Zwykle o tym nie myślimy, ale wyrzucając śmieci na chodnik lub spuszczając je w toalecie wpływamy pośrednio na wzrost cen. Odpady te zapychają sieć kanalizacyjną, trzeba ją czyścić, zwiększa się ryzyko awarii, wybić, itd. To, co powinno trafiać na wysypisko albo do systemu odzysku odpadów trafia do oczyszczalni zmieszane ze ściekami. Utylizacja tego kosztuje.

Inna sprawa, że być może woda wcale nie powinna być tania.

Wkracza pan na śliski grunt.

To zabrzmi brutalnie, ale najskuteczniejszym regulatorem konsumpcji jest zazwyczaj cena. Wody także to dotyczy. Oczywiście, dostęp do niej powinien być dla każdego zapewniony, ale łatwo obliczyć, jaki próg zużycia na osobę można uznać za niezbędny. Dlaczego by nie wprowadzić opłat gradacyjnych? Do pewnego poziomu woda powinna być tania, bo jest podstawą życia i nie można ograniczyć do niej dostępu osobom mniej zamożnym. Jeżeli jednak konsumujemy jej więcej, cena mogłaby już rosnąć. Tak jak podatki. Wodociągi mają obowiązek zapewnić nam wodę do picia i celów higienicznych, a nie do podlewania trawnika czy napełniania ogrodowego basenu. Wyższa cena być może skłoniłaby nas do zastanowienia się, czy tej wody rzeczywiście potrzebujemy tak dużo, a na pewno dałaby większy budżet spółkom wod-kan.

A więc przyszłość zależy od naszego umiaru?

Zdaję sobie sprawę, że zachowanie umiaru bywa wyzwaniem i są różne czynniki, które to utrudniają: nacisk społeczny, poczucie wyrwania się z biedy i chęć korzystania z życia, ale mimo wszystko trzeba o tym myśleć. Szeroko rozumiany nadmiar jest źródłem dzisiejszych problemów. A obecnie rozchodzi się już nie o to, by zyskać coś dodatkowego, ale żeby zachować stan, w którym środowisko daje nam to, co dawało. Czyli warunki niezbędne do egzystencji. Jeżeli przekroczymy pewną granicę oddziaływania na otoczenie, powrót nie będzie już możliwy. Procesy naturalne mają wpisane w siebie pewien rodzaj bezwładności. W pewnym momencie, nawet jakbyśmy zupełnie przestali wpływać na środowisko – co jest niemożliwe – powrót do stabilności zajmie setki albo tysiące lat. Nie mamy tyle czasu.


Dr Sebastian Szklarek – ekohydrolog, pracownik Polskiej Akademii Nauk. Zawodowo zajmuje się przede wszystkim jakością wód, jest współautorem kilku opracowań naukowych na temat suszy w Polsce. Prowadzi blog popularno-naukowy Świat Wody.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.