Klata wszedł to Teatru Narodowego nie tyle z rozmachem, co wybijając drzwi razem z futryną
Fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Narodowy
Półtora miesiące po premierze. Nie może być już więc mowy o niewiadomej. Nie w dzisiejszej rzeczywistości. Po półtorej miesiąca nie sposób już nie wiedzieć, co wydarzy się na scenie. Pierwszy spektakl Jana Klaty wystawiony po przejęciu przez niego dyrektorskiego stanowiska w Teatrze Narodowym odbił się w mediach na tyle szerokim echem, że jedynie zupełna informacyjna asceza, mogłaby uchronić przed kontaktem z recenzjami, opiniami, relacjami. Idąc na „Termopile polskie” zastanawiałem się więc, czy w tej sytuacji to ponad trzygodzinne przedstawienie może jeszcze na widza działać. Czy jest możliwe dać się wciągnąć w opowieść i uniknąć znudzenia? Tego zblazowanego, cynicznego stosunku do spraw, o których zdajemy się wszystko wiedzieć zanim się jeszcze wydarzą. Czy to ma prawo się jeszcze udać?
„Termopile polskie” – recenzja
Owszem, ma. Spektakl, niezależnie od tego, ile o nim już czytaliście, nie traci mocy wciągania widza w ciasno określoną orbitę emocji. I nie wypuszcza z niej przez ponad trzy godziny. Mimo tego (a może dzięki temu?), że Klata nie wychodzi tu poza typowy dla siebie teatr. Są tu wzniosłe gesty, moralne potyczki, mierzenie się z polską historią. Jest rozbrajanie narodowych mitów, gładkie połączenie przeszłości z teraźniejszością i bezkompromisowe rozwiązania sceniczne. Reżyser w pełni wykorzystuje możliwości techniczne Narodowego: podnośniki, zapadnie, ekrany, głośniki. Są nawet drony, filmujące aktorów z góry czy zapalające się nagle reflektory na widowni, zmuszające widzów do podjęcia decyzji, czy chcą pozostać na pozycji obserwatora, czy dołączyć się do wyśpiewujących polski hymn aktorów.
Nie ma tu za wiele miejsca na subtelności. Klata tworzy opartą na nieukończonym dramacie Tadeusza Micińskiego – napisanym przecież ponad sto lat temu – opowieść podaną bez znieczulenia. Jedynym łaskawym gestem wobec poddanych temu eksperymentowi widzów jest wręczanie im przy wejściu zatyczek do uszu. Przydadzą się już od pierwszej sceny, gdy grająca na żywo metalowa grupa z Gruzji tworzy piekielną ścianę dźwięku, uruchamiającą ciąg kolejnych zdarzeń. Muzycy będą pojawiać się na scenie przez całe przedstawienie.


Klata sięga więc do sprawdzonych przez siebie metod i sztuczek. Mimo że nie wykracza tu zbyt daleko poza swój własny, tworzony przez lata reżyserski zestaw, że w zasadzie wiemy, czego możemy się po nim spodziewać – nadal to wszystko działa.
„Termopile polskie” z doskonałą obsadą
Caryca Katarzyna (Danuta Stenka) wstępująca – tak, to chyba najlepsze słowo – na scenę w ogromnej sukni, pod którą kryją się jej kochankowie w strojach rosyjskiej drużyny hokejowej (ale bez spodenek). Jej zapalczywy, dziki, niemal zwierzęcy monolog, podczas którego, niczym tolkienowski Gollum, węszy za swoją kolejną zdobyczą – księciem Poniatowskim. Król Stanisław August (doskonały Frycz, w dublerze z Jerzym Radziwiłowiczem) nadchodzący z głębi sceny, w królewskim stroju z długim trenem, który kończy pochód rozstawiając pomiędzy pryzmami ziemi mikre turystyczne krzesełko, na którym siada niezgrabnie, znużony i zupełnie bezsilny.
Czy wreszcie jego finalna scena, gdy owinięty w folię termiczną wychyla się spod sceny na ogromnym podnośniku, by wyrecytować wiersz Słowackiego, po którym wszelka nadzieja znika równie nieodwoływanie, jak król chowający się po chwili pod sceną. Tak, te momenty zostają w człowieku, jakby aktorzy prowadzeni przez reżysera, posiedli zdolność wytrawienia ich wprost w sercu, duszy czy czymkolwiek innym, co siedzi gdzieś głęboko w naszych trzewiach.
To, co przeżywa się podczas tych kilku chwil jest na tyle mocne, że przestaje przeszkadzać nawet zbytnia rozwlekłość całego spektaklu. Jego dynamika gaśnie na jakiś czas na początku drugiego aktu. Jest o tyle zaskakujące, że wówczas zaczyna się w tej opowieści czas prawdziwej walki, a tak naprawdę rozpisanej na kolejne sceny klęski. Klata jednak nie potrafi, a może nie chce, zrezygnować, odpuścić. Próbuje zmieścić całą wieloznaczność tekstu Micińskiego – pełnego symboliki, trudnego, wizyjnego, by nie powiedzieć nawiedzonego – w swojej inscenizacji, testując cierpliwość widowni. Grzech ten jednak można wybaczyć. Jest być może ceną, którą trzeba zapłacić za to, by uczestniczyć w misterium puchnącym od pomysłów, brawury i reżyserskiej odwagi, poprowadzonym niezwykle precyzyjną ręką.
Świat przed katastrofą
Jan Klata jak ognia wystrzega się tu teatru publicystycznego czy krytycznego, trzymając się własnej artystycznej wizji i dzięki temu odnosi zwycięstwo na pełnej linii. Jak pisała Sylwia Chutnik, „teatr to maszyna do robienia sztuki”. Klata uruchamia tę maszynę na pełnych obrotach.
Wprowadzając w ruch rozbudowaną inscenizacyjną machinę, nie oddala się od pierwotnego tematu tekstu Micińskiego. Nadal jest to opowieść o końcu Polski, o Rosji zjadającej sąsiadów, o kosztach niezdecydowania. Ale też o odpowiedzialności za społeczność (naród) i o podziałach, które prowadzą do klęski. „Termopile polskie” przedstawiają nasz świat tuż przed ostatecznym rozbiorem Polski, pokazując miotającego się w niezdecydowaniu króla Stanisława Augusta.
Stare problemy, nowy początek
Dramat w Klaty staje się jeszcze bardziej ponury niż sam tekst – być może ze względu na czasy, w jakim przyszło nam to przedstawienie oglądać (nie dane jest nam o nich zapomnieć nawet na moment, wchodząc do teatru, już w przedsionku, depczemy po rozłożonych na podłodze kartonach z podobizną Putina). W rzeczywistości jest to ponad trzygodzinna, przytłaczająca inscenizacja klęski, niemalże na każdym możliwym poziomie. I nie liczcie na katharsis. Dyrektor Narodowego zostawia nas z zamykającą przedstawienie pieśnią (w zremiksowanej wersji),„Que sera sera”, będącą przestrogą przed tym, byśmy nie szli drogą, którą w naszej historii już stąpaliśmy, prowadzącą ku przepaści. Mam jednak poczucie, że dla reżysera „Termopili polskich” to nie tyle ostrzeżenie, co brak nadziei – co ma być, to będzie, jesteśmy bowiem zbyt skłóceni, zbyt krótkowzroczni i zbyt egoistyczni, by nadzieja na jakikolwiek ratunek była choć trochę uzasadniona. Diagnoza reżysera obecnego stanu polskiej zbiorowości pozostaje mocno krytyczna.
Jan Klata, wystawiając jako pierwszą premierę własne przedstawienie, wszedł to Teatru Narodowego nie tyle z rozmachem, co wybijając drzwi razem z futryną. Ta bezkompromisowość mu się opłaciła. Dawno już na warszawskich scenach, a tym bardziej w naszym najstarszym polskim teatrze, założonym zresztą przecież przez Stanisława Augusta, nie mieliśmy tak mocnego, nowego otwarcia. I choć „Termopile polskie” nie pozostawiają zbyt wiele nadziei na poprawę naszego narodowego losu, budzą jej jednak sporo, jeżeli chodzi o najbliższą przyszłość narodowej sceny.
Termopile polskie, reż. Jan Klata, Teatr Narodowy, Warszawa.
