„Trojanki” – premiera w Teatrze Powszechnym [RECENZJA]

28 marca, 2026
przeczytasz w mniej niż 6 min.

„Trojanki” to spektakl udany, ale nie na każdego będzie działać

Fot. Karolina Jóźwiak, Teatr Powszechny

Z pewnym zdziwieniem usłyszałem w jednym z telewizyjnych programów kulturalnych opinię recenzentki o tym, że z mającego w tym miesiącu premierę w warszawskim Teatrze Powszechnym spektaklu „Trojanki” należałoby wygumkować wszystkie postacie męskie i pozostawić sam teatr tańca. Aktorzy zasłużyli na wykasowanie nie ze względu na niedostatki w grze, lecz dlatego, że – zdaniem recenzentki – ich bohaterowie są okropni, irytujący i nie do końca wiadomo, po co w ogóle się pojawiają na scenie. Równe zdumienie wzbudziła u mnie lata temu recenzja w „Wysokich obcasach” filmu o założycielu Facebooka, której autorka zgromiła dzieło z tego powodu, że główna postać jest antypatyczną osobą, która nie budzi sympatii.

To prawda, zarówno Mark Zuckerberg, jak i męscy bohaterowie „Trojanek” to nie są typy, którym chcielibyśmy przyklasnąć. Tyle że niedostatki owych postaci są jednym z głównych tematów tych dzieł. Oceniane przedstawień czy filmów na podstawie tego, czy podobają się nam główni bohaterowie zakrawa na absurd.

Toksyczna męskość. Recenzja spektaklu „Trojanki”

Tych męskich postaci w „Trojankach” przewija się całkiem sporo – w większości są to Grecy, a więc zwycięzcy oblężenia Troi. Trojańskim kobietom przypadł los branek, niewolnic, wdów.

Spektakl w reżyserii Aleksandry Bielewicz, bazujący na mającym niemal dwa i pół tysiąca lat tekście Eurypidesa, został wzbogacony o inne jego dramaty oraz o teksty Seneki, Jeana Giraudoux, a nawet Wisławy Szymborskiej. Nie jest to więc dosłowne przełożenie antycznego dramatu na scenę, lecz jego adaptacja.

Eurypides przyglądał się trojańskiemu dramatowi z innej niż pozostali twórcy strony: Greków przedstawił nie jako heroicznych zwycięzców, na wpół bogów, lecz jako brutali rozprawiających się krwawo z wrogiem, lubujących się w przemocy i gwałcie. W uwspółcześnionej przez Bielewicz wersji dramatu Grecy stają się oczywiście uniwersalnym symbolem, a nie przedstawieniem narodu. Odys, Agamemnon czy Parys są nie tylko ucieleśnieniem toksycznej męskości, ale przede wszystkim ludzkiej natury: naszej skłonności do przemocy, do rozwiązywania problemów na drodze konfrontacji, dążenia do podporządkowania sobie innych, a w końcu do bezsensownych działań, które mają uleczyć zranione ego. Nie da się jednak przy tym ukryć, że to męscy przedstawiciele naszego gatunku są w tych grach bardziej biegli.

Studnia rozpaczy

Paradzie męskich szaleńców przeciwstawiona zostaje zjednoczona we wspólnej tragedii grupa kobiet – Hekabe (Aleksandra Bożek), Andromacha (Karina Seweryn), Poliksena (Jowita Kropiwnicka), Atena (Julia Latosińska), a w końcu Helena (Natalia Lange), od której przecież cały trojański dramat się zaczął. Udręczone, pogrążone w żałobie, bezsilne miotają się w próbach udźwignięcia tragicznego losu. Beznadziejność ich położenia ma podkreślać scenografia – metalowe boksy-klatki oraz wysoka na kilka metrów, wygięta w łuk rampa, na której szczyt, zwieńczony migającym światłem, aktorzy próbują bezskutecznie się wspinać, co rusz, niczym Syzyf, osuwając się do punktu wyjścia. Ten pomysł na zagospodarowanie sceny wydaje się zbyt dosłowny i ocierający się o banał.

Z pewnością natomiast nie można tego powiedzieć o biorącym udział w przedstawieniu trzyosobowym zespole The Freuders, którego grana na żywo muzyka niesie „Trojanki” z dużą siłą. Można ewentualnie dyskutować, czy nie lepiej byłoby zostawić muzyków we współczesnych strojach niż wciskać ich w jakieś odnoszące się do antyku fatałaszki, sam pomysł zbudowania spektaklu wokół muzycznej aranżacji sprawdza się jednak wyśmienicie.

Recenzja -„Trojanki” mówią o tym, że zabijanie jest w naszej naturze

Mimo upływu tysiącleci tekst Eurypidesa – podawany tu częściowo jeden do jednego, w klasycznej formie – okazuje się zatrważająco aktualny, szczególnie teraz, gdy, gdzie nie spojrzeć, rozgrywa się jakiś konflikt, trwa wojna, rozpędza się kryzys. Niewiele od czasów antycznych się zmieniło. Nadal napędza nas ślepa żądza i nadal zadziwiająco łatwo ulegamy bezsensownemu okrucieństwu i przyznajemy sobie prawo do zemsty, wierząc , że „zwycięzca może robić, co się podoba”.

trojanki recenzja

Bielewicz, mimo że dopiero zaczyna reżyserską drogę, prowadzi spektakl bez potknięć, wychodząc obronną ręką nawet z ryzykownych decyzji, a ekipa Teatru Powszechnego odnajduje się w przedstawieniu bez problemu. Zastanawiałem się więc, czemu pomimo niewątpliwych atutów, to przedstawienie pozostawia mnie dość obojętnym, tak jakby cała ta historia nie miała mocy niesienia emocji. Odpowiedzią jest ruch.

Teatr tańca nie dla każdego

Reżyserka zdecydowała się uciec od intelektualnego wymiaru dramatu, sprowadzając go do fizyczności – głównym językiem komunikacji jest tu cielesność, taniec oraz praktyki TRE (Trauma Releasing Exercises), bazujące na wprawianiu ciała w wibracje i trans. To odważny krok, ale w moim przypadku akurat nie do końca ta decyzja działa, być może dlatego, że w konfrontacji ze zbanalizowanym już do cna, szeroko pojętym ruchem terapeutycznym, automatycznie reaguję wycofaniem i dystansem. Pomysł Bielewicz, by zamiast tkania opowieści pchnąć tę historię w stronę transową – mającą wzbudzić u widzów głębsze emocje – trafi zapewne jedynie do osób, które łatwo wchodzą w akty wspólnotowe o działaniu terapeutycznym. Ja akurat do nich nie należę, przez co przygotowana przez reżyserkę wersja Eurypidesa staje się dla mnie zbyt płaska. Pytaniem pozostaje, czy ten odbiór wynika z niedostatków recenzenta, czy jednak samego spektaklu.


Trojanki, reż. Aleksandra Bielewicz, Teatr Powszechny, Warszawa.

https://buycoffee.to/travelmagazine

Michał Głombiowski

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe