widok na góry Beskidu Niskiego

Beskid Niski: Zaginiony Świat

Początek
przeczytasz w mniej niż 6 min.

Otwierasz stare pudełko puzzli z napisem „Łemkowszczyzna” i szybko stwierdzasz, że nie zdołasz ich ułożyć. Wiele kawałów zatarło się lub dawno gdzieś poginęły. Masz już cerkiew, krzyże, mgłę i góry tle, nawet kilka drewnianych domków. Ale pełen obrazek musisz sobie wyobrazić

Fot. Piotr Musioł

Przywędrowali górami ze wschodu. Jedni mówią, że z Rusi, inni, że aż z Bałkanów. Przemieszczali się łukiem Karpat, ale nie był to jeden długi marsz. Raczej przenoszenie się z każdym pokoleniem nieco dalej, w kolejne niezasiedlone doliny górskie. Po drodze nasiąkali miejscową kulturą. Przede wszystkim językiem, dlatego mowa Łemków najbardziej podobna jest do ukraińskiego.

Mieszkali w Beskidach od dobrych kilku wieków, ale nie zbudowali tu swoich miast. Łemkowskie były tylko wioski. A niemal w każdej z nich grekokatolicka lub prawosławna cerkiew. To właśnie one najprecyzyjniej wyznaczają zasięg dawnej Łemkowszczyzny. Najdalej wysunięte na zachód są w okolicach Piwnicznej w Beskidzie Sądeckim. Za to najwięcej wież zwieńczonych cebulastymi kopułami jest w głębi Beskidu Niskiego, co wskazuje, że to tutaj było centrum świata Łemków.

Dziś z możliwościami zobaczenia cerkwi od środka bywa różnie, więc jeżeli tylko nadarzy się okazja, koniecznie trzeba korzystać. Skromne z zewnątrz budynki, wewnątrz wprost atakują mnogością zdobień. Nie dość, że ikonostas ocieka od złota, a kapłani noszą pełne kolorów, skrzące się szaty, to równie bogate wzornictwo pokrywa ściany i sufit. Trochę, jakby nie miały to być świątynie, a kapsuły czasu. Jakby ktoś zbudował wielkie drewniane szkatułki i poznosił do nich pamiątki z tego zaginionego świata, żeby nie przepadły na zawsze.

Góry bez górali

Granice Łemkowszczyzny wyznaczają też kamienne krzyże. To właśnie po ich nagłym wysypie poznaje się, że to już tutaj. Zaczynają się nieco na wschód od Grybowa i na południe od Gorlic. Inaczej niż w głębi kraju, nie wyznaczają środka wioski ani bliskości cmentarza. Stoją sobie po prostu pośrodku pustego poletka.

Przypominają, że kiedyś nie było ono wcale puste, zaś krzyż zapraszał w skromne progi nieodległej chaty wskazując, że gospodarze wyznają wschodni obrządek. Z domu, stodoły i podwórza ze studnią do dzisiaj ostał się tylko krzyż. Ewentualnie parę zdziczałych jabłoni. Z ponad 100 tysięcy Łemków na terenie Beskidu Niskiego pozostało dziś ok. 2 tysięcy osób łemkowskiego pochodzenia. Pozostali zostali wysiedleni podczas akcji „Wisła”. Nawet te pojedyncze wsie, które zachowały łemkowski charakter, skurczyły się, pozostawiając uczucie dziwnej pustki.

Wyruszam rowerem na wschód od Gładyszowa, a potem obok Wołowca skręcam w stronę granicy ze Słowacją. Kończy się asfalt pod kołami, a zaraz potem znika też zasięg w telefonie. Dużo wcześniej minąłem ostatnie porządnie zaopatrzone sklepy. Jadąc na nocleg do chatki lub bazy namiotowej nad Wisłokiem, trzeba radzić sobie bez prądu i z własnymi zapasami. To wyludniony obszar, kraina nieistniejących wiosek, w których domy dawno już rozebrano na opał.

Pięć z miejscowości – Czarne, Lipną, Długie, Radocynę i Nieznajową – lokalna artystka Natalia Hładyk przywróciła wspólnej pamięci.

W Czarnem na wielkiej zielonej polanie stoją drewniane drzwi. Mają zawiasy, klamkę i numer. Ale nie prowadzą do wnętrza żadnego domu. Za nimi rośnie łąka, taka sama jak wokół. Gdyby nie ta instalacja, mało kto by poznał, że coś tu kiedyś było. Że w tym miejscu mieszkali ludzie.

Natomiast drzwi z Nieznajowej podczas pierwszej wizyty nie udało mi się odnaleźć. Po deszczach Wisłoka wezbrała i podmyła drogę, samochód kolegi nie dał rady. Wróciłem kilka lat później. Rowerem, by w razie czego móc go przenieść przez bród. Brodów, jak się okazało, było pięć. Drzwi stały wśród młodych jabłonek posadzonych w miejscu przedwojennego łemkowskiego sadu.

A w samej chatce – jedynym ocalałym domu w Nieznajowej, pełniącym dziś rolę małego schroniska – nie dało się zanocować, ani nawet napić herbaty. Przy wejściu wisiała kłódka i kartka że nieczynne, bo COVID, nawet latem. 75 lat po wysiedleniach opuszczona wieś wyludniła się do reszty.  

Nowa kohabitacja

Nie wszędzie los obszedł się ze światem Łemków w tak okrutny sposób. Schowana w górskiej dolinie Nowica zmniejszyła się w porównaniu z przedwojennym stanem o ponad połowę, ale mimo dziejowych zawieruch wioska długo zachowała pierwotny charakter. Jest jednym z niewielu miejsc w Beskidach, gdzie społeczność Łemków nie została rozproszona przez powojenne wysiedlenia, a ich kultura wymazana. To w pewnym stopniu zasługa nowych przybyszy. Niektórzy z nich dotarli tu z bardzo daleka.  

Jeśli kiedyś będąc w Nowicy, usłyszycie wieczorem niosące się doliną rytmiczne dudnienie, zapewne dobiegać będą spod domu z numerem 9. Czy, jak mówią wszyscy tutaj – od Muzyków.

fot. Grzegorz Dzięgielewski

Za pierwszym razem przyszedłem jakoś bliżej południa. Byłem wtedy przejęty rolą reportera, zabrałem notes pełen pytań, a mieszkańcy dopiero przywracali się do pionu, aby zdążyć na przyjazd obwoźnego sklepu. Przyjeżdżał raz dziennie – kto przegapił, najbliższy „spożywczak” miał dwie godziny piechotą stąd. Wtedy przegapiliśmy, bo wywiad zmienił się w posiadówkę na trzy herbaty z prądem. Opowiadać chcieli wszyscy zgromadzeni i miałem kłopot z ustaleniem, kto faktycznie gra w kapeli, kto jest jej psychofanem, a kto zwyczajnie wpadł w odwiedziny i się zasiedział.

Muzycy latem lubią grać w ogrodzie i stąd te dudnienie niosące się po nocach. Raz w roku za ich sprawą powstaje więcej scen, również teatralnych, a miejsce przeobraża się w plener festiwalu Innowica (w tym roku 1-3 września). Sporo osób usłyszało o tej wiosce właśnie dzięki tej imprezie.

Z czasem ustaliłem, jak wyglądały początki tej kohabitacji. W latach 80. w Przysłopiu, górnym przysiółku Nowicy, okazało się, że dach cerkwi wymaga pilnej naprawy. W akcję ratunkową włączyli się studenci UW. Przyszli etnografowie, żyjący w kraju, w którym mniejszości etnicznych jest tyle, co na prace magisterską, spędzili tu na robotach całe wakacje i odkryli, że wpadł im w ręce istny diament.

Gospodarze i goście

Obecnie połowa mieszkańców Nowicy ma pochodzenie łemkowskie, a pozostali to dawni uciekinierzy z wielkich miast. Można przyjechać tu do agroturystyki, można na wspomniany festiwal teatralny, na warsztaty pisania ikon, odnawianie cmentarzy, na hipoterapię, otwieranie cerkwi-szkatułek, albo by doświadczyć ciszy i przestrzeni. Tych daleko szukać nie trzeba.

Podczas pierwszej wizyty zatrzymałem się w agroturystyce o nazwie takiej samej jak adres – Nowica 21 – w dawnej chyży. Domy te Łemkowie budowali z grubo ciosanych belek. Mieszkali w nich pod jednym dachem ze zwierzętami. W surowych górskich warunkach tak było cieplej. Wspólny salon znajdował się w części, gdzie niegdyś była stajnia. Pokoje gościnne – tam, gdzie mieszkali ludzie. Kuchnia też utrzymana była poniekąd w łemkowskim stylu. Była ekologiczna, czyli bardzo lokalna. Tu również, przy stole, miałem problem, by rozeznać się, kto w tym gronie jest gościem, a kto rodziną gospodarzy. Niemal wszyscy byli tu już któryś raz z kolei. Wieś, której nie obejmują zasięgiem sieci autobusowe, sklepowe ani komórkowe, magicznym sposobem przyciąga ludzi, którzy od cywilizacji chcieliby odpocząć.

Konie kabardyńskie potrafią bezbłędnie wyczuć bolące miejsce w twoim ciele i wskazać je, kojąco kładąc na nim głowę / fot. Grzegorz Dzięgielewski

Drugi raz, podczas rowerowej wyprawy, zatrzymałem się w Kabardii. Osada jest relatywnie nowa jak na tutejsze standardy, ale zbudowana z drewna, przez co świetnie się wpisuje w klimat wiosek pochowanych w dolinach Beskidu Niskiego. 

Nazwę pożyczyła od innej górskiej krainy. Tamta Kabardia leży u stóp masywu Elbrusa. Stamtąd właśnie pochodzi stado koni kabardyńskich, które pasie się tu z widoczkiem na Nowicę. Cenione są ze względu na wytrzymałość i stabilność jazdy na trudnym terenie, choć akurat w Beskidach nie są często siodłane. Pokazują za to swój ukryty talent terapeuty – zarówno ciała jak i ducha. Jak mówiła mi pani Maria, ich opiekunka, potrafią bezbłędnie wyczuć bolące miejsce w twoim ciele i wskazać je, kojąco kładąc na nim głowę. Lepiej chyba trafić nie mogły.

Grzegorz Dzięgielewski

Przez kilka lat dziennikarz w magazynie "Podróże", a obecnie absolwent marketingu miejsc, adept futurologii i dystrybutor intrygujących treści PR-owych o startupach. Podróżuje coraz mniej intensywnie, za to z coraz większą fantazją. Zwykle włóczy się po Bałkanach, ale kiedyś chciałby wyruszyć daleko w Przyszłość.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.