Birmańskie warsztaty produkują złoto w niezwykłej postaci

9 min. czytania

Po dwudziestu tysiącach uderzeń, złoto staje się cieńsze od ludzkiego włosa

Gdy mój przewodnik, Yan Naing Tun, unosi płatek złota chwytając go między palcami, mam wrażenie, że trzyma w dłoni skrzącą się blaskiem pajęczynę. Tafla kruszcu lekko drga z ruchem powietrza. Nie mam odwagi, by jej dotknąć. Boję się, że uleci z moim oddechem.

Cieńsze od włosa złote listki produkuje się w Birmie od wieków. Buddyści nalepiają je na posągi w świątyniach, zamieniając je w końcu w pęczniejące od złota rzeźby potężnych tłuściochów.

Trzy mikrony. Trzydzieści razy mniej niż grubość ludzkiego włosa – mówi Htet, współwłaścicielka rodzinnego warsztatu King Galon Gold Leaf Workshop w Mandalaj, w którym krążki złota zamienia się w ledwo co zmaterializowany blask.

Potrzeba na to około pięciu godzin. Oraz silnych rąk i mocnych pleców. Szczerze mówiąc, gdy patrzę na trzech młodych chłopaków, uderzających miarowo młotami w pół zgiętej pozycji, czuję ból kręgosłupa. Nie potrafię sobie wyobrazić jak mogą podołać tej pracy, nawet biorąc po uwagę, że są ode mnie o połowę młodsi.

Złoto i bambus

Zanim zaczną uderzać młoty, potrzeba jednak specjalnie przygotowanego bambusa i jeleniej skóry. Z bambusowych włókien robi się woskowany papier, na którym umieszcza się złoto. To czasochłonny proces. Po pierwsze, trzeba do tego bambusa nie starszego niż sześć miesięcy, bo tylko taki nie jest jeszcze pusty w środku. Po drugie, pocięty na paski bambus musi przez trzy lata moczyć się w wodzie wapiennej, by nabrać miękkości. Później się go płucze – przez 36 godzin – rozdrabnia na pastę, a następnie wraz z wodą umieszcza w specjalnych formach. Tu wysycha i zamienia się w papier, który trzeba jeszcze wypolerować. Dopiero wtedy można pomiędzy niego włożyć blaszki złota.

Złotą wstęgę – mającą około 2 uncji – tnie się na 200 kawałków, przekłada bambusowym papierem, a całość zawija w jelenią skórę. I tak mamy przed sobą coś w rodzaju papierowo-złotej cegły, w którą przez kolejne pięć godzin mężczyźni będą uderzać tysiące razy trzykilowymi młotami. W międzyczasie, w przerwie, każdy z tych 200 fragmentów złota znów się tnie, tym razem na sześć kawałków. Mężczyźni ocierają pot z czoła, łapią głębszy oddech i wracają do pracy, tłukąc dalej w cegły kryjące teraz 1200 złotych listków. W ciągu godziny starają się wykonać 2160 uderzeń. Później przez kwadrans odpoczywają i rozpoczynają następny godzinny cykl pracy.

Rytm wyznaczany jest starodawną metodą – połówką kokosa umieszczoną w pojemniku z wodą. Nabierając wody, owoc zatapia się. Zajmuje to dokładnie godzinę. Patrzę na tę łupinę orzecha, obserwując jej nieznośnie powolny ruch. Pomieszczenie drga od uderzeń.

Nie oddychaj

W pokoju obok kilka starszych kobiet za pomocą bawolich rogów zdejmuje złote wstęgi z bambusa, nalepia na pięciocentymetrowe kwadraty papieru i pakuje je do plastikowych torebek. Można je kupić za 2000 kiatów – trochę ponad 5 złotych.

Gdy tylko tu wchodzę, po karku spływa mi struga potu. Pomieszczenie nie ma klimatyzacji, a okna są zamknięte.

Nie, nie pastwimy się w ten sposób nad kobietami – wyjaśnia Htet. – Po prostu nie może tu być żadnego podmuchu powietrza. Złoto jest tak lekkie, że uleciałoby przy najmniejszym wietrze.

Chodzę więc na palcach, wstrzymując oddech.

Złoty Budda

Następnego dnia Yan Naing Tun budzi mnie, gdy jest jeszcze ciemno. Jedziemy do świątyni Mahamuni, największej pagody w Mandalaj. To tu, każdego dnia, bladym świtem wierni zbierają się przed ważącym sześć ton posągiem Buddy.

W lutym 1988 roku mnisi zainicjowali poranny rytuał mycia twarzy boga. Od tego czasu odbywa się on każdego dnia o godzinie 4 lub 4.30. W akompaniamencie modlitw i pieśni mnisi przecierają złotą twarz Buddy ręcznikami przyniesionymi przez wiernych, czyszczą posąg, a na koniec polewają go wonnościami.

Rytuał sam w sobie byłby wart zobaczenia (choć gdy przysiadam z buddystami na dywanie u wejścia do kaplicy, trochę zamykają mi się oczy), mój przewodnik zabrał mnie tu jednak z innego powodu. To właśnie między innymi w tym miejscu domyka się opowieść o złotych listkach, którą poznawałem dzień wcześniej.

Gdy ogromny Budda jest już lśniący i wypucowany, mnisi wycofują się, a do kaplicy ustawia się długa kolejka mężczyzn. Przesuwają się powoli, krok po kroku, w drgającym świetle lamp próbujących rozproszyć poranny mrok. Większość z nich zostawia na posągu cienki płatek złota.

Złoto przywiera do powierzchni, jakby było klejone. Większość tych listków powstała w warsztacie King Galon Gold Leaf Workshop. Przez dziesiątki lat wierni pozostawiali złote drobinki na ciele Buddy, aż jego kształty zaczęły się zmieniać, rozlewać, przepoczwarzać. Miejscami warstwa kruszcu ma tu 15 centymetrów. Smukłe dłonie księcia Sidharty stały się korpulentnymi błyszczącymi łopatami. Mnisi, widząc co się dzieje, zabronili zostawiać złoto na twarzy posągu.

W buddyzmie złoto symbolizuje słońce: płomień czystości, wiedzy i oświecenia. Niemal każda z religii je kocha. Od złotego kruszcu uginają się przecież świątynie całego świata. Nie zawsze jednak ma ono tylko kilka mikronów grubości.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.