Czy zmiana klimatu zmieni nasze podróże?

Początek
przeczytasz w mniej niż 9 min.

Czy powinniśmy podróżować inaczej, mniej, a może w ogóle nie wyjeżdżać, jeśli zależy nam na planecie?

Zwiedzanie świata niszczy środowisko i napędza zmianę klimatu. Podobnie zresztą jak zapalanie światła, włączanie pralki czy kupowanie butów albo jedzenia. Z nich jednak nie możemy zrezygnować, a z wakacji owszem. Czy powinniśmy podróżować inaczej, mniej, a może w ogóle nie wyjeżdżać, jeśli zależy nam na planecie?

W majówkę – gdy hotele miały ciągle jeszcze zakaz działania, a na namiot było wciąż za zimno – zapakowałem rower do pociągu i pojechałem do Koluszek. Tam przesiadka i kilkadziesiąt minut później pedałowałem już na zachód, aby po godzinie zatrzymać się nad krawędzią Mordoru.

Przede mną była ogromna połać ziemi pozbawiona roślinności i głęboka na kilkaset metrów. Przybrała taką formę pod koniec ubiegłego wieku przez kopanie metodą odkrywkową węgla brunatnego. Z samej głębi dobiegał warkot maszyn, który odbijany echem przez stoki przypominał pomruk bestii. A to wszystko zasnute było czarnymi chmurami z kominów po drugiej stronie. Należały do Elektrowni Bełchatów. Największego emitenta CO2 w Unii Europejskiej.

Zobaczenie tych kominów na żywo pozwala sobie coś uświadomić – one nigdy nie przestają pracować. Siedzisz kwadrans, pół godziny, godzinę, a one bez przerwy dają czadu. Tak naprawdę to czadu było tam niewiele, a dym lecący w moją stronę był mniej szkodliwy dla zdrowia niż ten, który produkują zimą domki jednorodzinne. Sam dwutlenek węgla nie dymi – jest niewidzialny. Ale idzie go stąd w atmosferę ponad 30 mln ton rocznie. Na produkowanym w Bełchatowie prądzie chodzi nawet laptop, na którym piszę ten tekst. W zmianie klimatu bowiem najgorsze jest to, że wszyscy jesteśmy w nią w jakimś stopniu uwikłani. Napędzamy ją, gdy pracujemy, kupujemy, relaksujemy się. A także gdy podróżujemy.

Zabierz mydło z hotelu

O tym, że turystyka nie jest taka znowu przyjazna dla środowiska, dowiedziałem się stosunkowo wcześnie. Pisałem pracę magisterską o jej wpływie na kraje rozwijające się i im dłużej gromadziłem bibliografię, tym więcej znajdowałem pozycji krytycznych wobec przemysłu turystycznego. Wśród nich także te wskazujące, że duże hotele, które wyrastają w sąsiedztwie rolniczej wioski i ciągną wodę do basenów z tego samego ujęcia, prędzej czy później sprawią, że tej wody w okolicy zacznie brakować.

A każde mydełko hotelowe jest po naszym wyjeździe wyrzucane. Niby niewiele, ale w samym tylko USA w śmieciach ląduje po kilka milionów kawałków chemii dziennie. Póki co kradłem te mydełka i sądziłem (albo łudziłem się), że bilans korzyści i strat wychodzi mimo wszystko na plus, a z czasem wymyślimy sposoby, jak wszystkie te negatywne konsekwencje naprawić.

Podobnie było ze zmianą klimatu. Słyszałem o niej chyba już w poprzednim wieku, ale tym informacjom towarzyszyła zawsze “troska o przyszłe pokolenia”. A ilustrowały je zdjęcia tonących tropikalnych wysp albo polarnych niedźwiedzi. Długo nie czułem, że to problem, z którym sam będę musiał się zmierzyć.

Wiedzy o klimacie jednak przybywało i wynikało z niej, że sprawa jest dużo poważniejsza, a pogarsza ją dewastacja środowiska. Aż wreszcie przyszedł szósty raport IPCC z 2018 r. z konkluzją, że mamy tylko 12 lat (czyli teraz już 9) na zatrzymanie zmian na bezpiecznym dla nas poziomie. Później wszystko wymknie się spod kontroli. Warunki niezbędne do zatrzymania katastrofy wydają się nierealistyczne, a mimo to naukowcy zachęcają, by próbować i chociaż trochę ją spowolnić.

Jaki jest twój ślad węglowy?

Wśród aktywistów klimatycznych i ich sojuszników wyłoniły się dwa główne nurty działania. Pierwszy skupia się na indywidualnej odpowiedzialności. Wskazuje, że choć każdy przyczynia się do zmiany klimatu, to nie każdy dokłada się do niej w jednakowym stopniu. Jedni z nas przez rozrzutny styl życia powodują większe emisje CO2 niż inni. W określeniu, jak mocno szkodzimy planecie, pomocne jest pojęcie “śladu węglowego”. Określa ono, jak duża ilość paliw kopalnych musi być spalana każdego dnia, by zaspokoić nasze indywidualne potrzeby.

Dzięki odpowiednim narzędziom dostępnym w sieci, możemy przyjrzeć się, które z naszych codziennych aktywności generują najwięcej CO2. Kolejnym logicznym krokiem powinno być ograniczenie ich lub poszukanie bardziej zielonych substytutów. Np. zamiast jeździć wszędzie paliwożernym SUV-em, zmienić go na auto kompaktowe albo częściej wybierać transport zbiorowy lub rower.

Kalkulatory CO2 i inne źródła szybko uświadomią nas, że za znaczną część emisji gazów cieplarnianych (zależnie od kraju, 20-25 proc.) odpowiada transport. A najbardziej szkodliwe są podróże samolotem. Lot na inny kontynent i z powrotem wygeneruje około tony CO2 i dla większości z nas będzie to więcej niż emitujemy przez cały rok jeżdżenia autem. Jeśli latamy kilka razy w roku, podróże samolotem odpowiadają za większość naszego śladu węglowego. Do pierwszej 10-tki największych trucicieli Europy (tej, którą otwiera Elektrownia Bełchatów) parę lat temu wskoczyła linia Ryanair. Nie dlatego, że działa wybitnie nieekologicznie, tylko po prostu jest największa na kontynencie – loty z innymi przewoźnikami są podobnie szkodliwe. W związku z tym w krajach najbardziej rozwiniętych pojawiała się moda na nielatanie. Szwedzi mają nawet na to słowo – flygskam – czyli wstyd przed lataniem.

Kto lata o wiele więcej od ciebie?

Zanim napiszę, co tym sądzę – jeszcze o tym drugim, systemowym podejściu wśród ekologów. Według niego indywidualne zmiany nawyków niewiele znaczą wobec skali problemu, a jedynie angażują naszą energię. Powinniśmy pożytkować ją na wywieranie nacisku na wielkie firmy i rządy, bo to działania tych pierwszych i zaniechania tych ostatnich ściągają na nas katastrofę. Pojęcie śladu węglowego wprowadziła zresztą w obieg kampania PR-owa koncernu BP. Chodziło właśnie o to, by odciągnąć uwagę od działań giganta paliwowego i przekierować ją na nasze domowe nawyki.

W kwestii lotów najwięcej za uszami również mają firmy. Według raportu McKinsey przed pandemią połączenia biznesowe generowały 55-75% przychodów linii. Tymczasem covidowe lockdowny i zamknięcia granic pokazały, że bez większości podróży w interesach firmy spokojnie mogą się obyć. Mimo pewnych minusów, większość spraw da się omówić podczas telekonferencji.

Lot na inny kontynent i z powrotem wygeneruje około tony CO2 i dla większości z nas będzie to więcej niż emitujemy przez cały rok jeżdżenia autem.

Rozwarstwienie w kwestii latania przebiega jednak nie tyle na osi “ biznes-turystyka”, co “bogaci – zwykli ludzie”. Jak wynika z tegorocznego raportu brytyjskiej organizacji Possible, w skali świata połowa emisji z lotów to dzieło 1% ludzi, podczas gdy 90% mieszkańców naszej planety nie lata wcale! Co ciekawe, nieco łagodniejsze, ale podobne proporcje dotyczą krajów rozwiniętych. W Wielkiej Brytanii 70% lotów obsługuje zaledwie 15% populacji. Dlatego zanim zaczniemy zastanawiać się, czy drugi lub trzeci lot w tym roku to aby nie przesada, miejmy na uwadze, że na samym szczycie tej piramidy są osoby, które tyle lotów wykonują zaledwie w tydzień. Tylko dlatego, że tak im jest wygodnie i je na to stać.

Bądź zmianą, którą chcesz zobaczyć w świecie

Jak wobec tego wszystkiego ma zachować się ktoś, kto kocha i podróże i planetę Ziemię? Skończyć ze zwiedzaniem świata, czy jeździć nadal, jakby nic się nie działo?

Nikomu nie chcę narzucać, jak powinien podróżować. Ale podzielę się tym, co zmieniłem u siebie. Przede wszystkim odrzuciłem powyższą alternatywę – albo wszystko, albo nic. Pomiędzy spełnianiem każdej podróżnej zachcianki, a siedzeniem w domu jest całe spektrum postaw. Wciąż szukam tej w pełni mojej.

Po drugie, wziąłem sobie do serca zasadę: “Bądź zmianą, którą chcesz zobaczyć w świecie” (którą przypisuje się Mahatmie Gandhiemu, choć w rzeczywistości powiedział coś bardziej rozbudowanego). Zatem, jeśli chcę zobaczyć, jak świat ogranicza konsumpcję i emisje gazów cieplarnianych, to nie tylko kibicuję z kanapy. Sam również mniej kupuję i podróżuję. Zwłaszcza samolotem.

Samoograniczenie się to nie tylko wzniosła idea. Jest w nim też racjonalna kalkulacja, by uniknąć “szoku przyszłości”. To pojęcie wprowadzone przez Alvina Tofflera pół wieku temu. Oznacza zmianę, na którą nie byliśmy przygotowani. Pojawia się nagle i powoduje duży dyskomfort. Ale unikniemy jej, przewidując przyszłość i powoli adaptując się do niej. Wiele wskazuje na to za kilka lat, przynajmniej w UE, ceny biletów wzrosną. Wejdzie podatek klimatyczny albo wprowadzone zostaną limity na latanie. Ta zmiana zaboli mnie bardziej, jeśli będę miał w zwyczaju latać gdzieś co miesiąc, niż kiedy wcześniej sam stopniowo ograniczę podróże samolotem do jednej-dwóch w roku.

Zmiany krok po kroku

To “stopniowo” jest też istotne. Innym ważnym pojęciem, które podsuwają aktywiści klimatyczni są baby steps, czyli małe kroczki. Zamiast robić zieloną rewolucję w życiu, można je przebudować kawałek po kawałku.

Jeśli spojrzeć na podróże jak na buty, sukienki, koszule, torebki albo inną garderobę, która często już nie mieści nam się w szafie, to pójście w skrajny minimalizm i wyrzucenie z niej wszystkiego może być dla wielu zbyt radykalnym posunięciem. Ale można stopniowo, w miejsce dwóch znoszonych sztuk kupić już tylko jedną. I tak krok po kroku, przyglądając jak się z tym czujemy, aż z kilkunastu zejdziemy do kilku, a może do pary. Pewnie nie do zera, bo jedna-dwie koszule, tak jak jedna-dwie podróże w roku, to jest to minimum komfortu, z którym na razie wolałbym się nie rozstawać. Ale za parę lat pewnie nie będę miał już na koncie tylu nieprzemyślanych zakupów.    

I wreszcie, staram się podchodzić do tematu redukcji latania sprytnie. Bo mniej lotów nie oznacza mniej czasu spędzonego w podróży. Z dwóch wyjazdów na city break można zrobić jeden porządny, tygodniowy. A na weekend, jeśli już zacznie mnie nosić, pojechać sobie w polskie góry, pociągiem lub czymś innym naziemnym.

Śpij w pociągu

W ogóle zamiast szukać ostatnich białych plam na mapie, może lepiej więcej powłóczyć się po Polsce i krajach sąsiedzkich. I zajrzeć ponownie w odwiedzone już miejsca. Wyglądają całkiem inaczej niż zapamiętało się je ze szkolnej wycieczki, zwłaszcza że nasza baza turystyczna poszła w ostatniej dekadzie do przodu.

Bez latania da się wybrać nie tylko na krajowe wycieczki, ale też do większości krajów Europy Środkowej. Z pomocą przychodzi stary life-hack – nocne pociągi, w których można przespać większość trasy. Trzeba odrobiny wprawy, by opanować logistykę podróży, ale mi udawało się docierać tak na przykład na Bałkany. A z doniesień medialnych wynika, że w najbliższych latach jazda pociągiem po Europie stanie się bardziej przyjazna.

I na razie tyle. Bez wielkiej rewolucji latam przynajmniej dwa razy mniej niż kilka lat temu. Praktycznie zniknęły wyjazdy-kaprysy, bo była promocja w Ryanairze. Zostały podróże, na których naprawdę mi zależy.

Mój przepis nie jest uniwersalny, więc nie polecam go każdemu. Wiem, że miałbym trudniej, gdybym lubił nie Bałkany, a Amerykę Południową. Być może wtedy latałbym tam raz na 2-3 lata, ale za to na miesiąc lub dłużej. A może za kilka, kilkanaście lat żaden plan na ekozwiedzanie świata nie będzie potrzebny, bo dalekie podróże i tak staną się zbyt drogie, trudne, niedostępne dla większości z nas. Będę obserwował i siebie i otoczenie. A tymczasem baby steps. W stronę zmiany, którą chcę zobaczyć w świecie.

Grzegorz Dzięgielewski

Przez kilka lat dziennikarz w magazynie "Podróże", a obecnie absolwent marketingu miejsc, adept futurologii i dystrybutor intrygujących treści PR-owych o startupach. Podróżuje coraz mniej intensywnie, za to z coraz większą fantazją. Zwykle włóczy się po Bałkanach, ale kiedyś chciałby wyruszyć daleko w Przyszłość.

1 Comment

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.