david lynch

David Lynch. Sekretna ścieżka

Początek

Pewnej nocy ktoś dzwoni do drzwi twojego bezpiecznego, spokojnego domu i przez domofon mówi, że Dick Laurent nie żyje

Nie wiesz, kto to. Nie wiesz, kim jest Dick Laurent. Ale niepokój, który się pojawia, już cię nie opuści.

Jest maj 1997 roku. Jedno z małych kin na gdańskiej starówce. Może Helikon, może Kameralne. Oba nie istnieją od lat. Mam już jako takie pojęcie o kinie. Nazwisko David Lynch nie jest mi obce. Ale seans „Zagubionej autostrady” otwiera drzwi do delikatnej, migotliwej tajemnicy, której istnienie dotąd raczej przeczuwałem niż dostrzegałem. Zaproszenie do równoległej, podskórnej strefy, w której nic nie jest pewne, a ciemność łączy się z lirycznym pięknem.

Rok później piszę swój pierwszy w życiu scenariusz. Nigdy go nie zrealizuję. Dwóch młodych ludzi wyrusza na wycieczkę do puszczy, ale stopniowo trafiają do świata, w którym znane im reguły nie obowiązują. Tak naprawdę nie inspiruję się Lynchem – jestem nim po prostu przesiąknięty. Kilka lat później tekst ogląda profesor od scenariopisarstwa w szkole filmowej. Mówi, że to się nie nadaje, bo film musi mieć jakiś sens.

Jeszcze wcześniej, marzec 1991 roku. Druga klasa sopockiego liceum. Inflacja, handel uliczny, skinheadzi i haracze. Kraj przeobraża się z błotnistego marazmu w wielką niewiadomą. W telewizji puszczają wszystko jak leci, byle było z Zachodu. W piątki o 20 seriale kryminalne. Siadamy całą rodziną. Taka tradycja. Już od podstawówki.

Ptak z zakrzywionym dziobem na gałęzi, kominy wśród świerkowych lasów, maszyny krzeszące iskry, wodospad, ośnieżone szczyty i tablica przy drodze: „Twin Peaks. 51 201 mieszkańców”.

I te delikatne, rozmarzone dźwięki muzyki Badalamentiego, która zostanie już na zawsze ze mną i milionami ludzi na świecie.

Co tydzień zapuszczam się coraz głębiej w nieznaną mi krainę. Cholernie dobra kawa, dyktafon z tajemniczą Diane, Bob, Tańczący Karzeł, Czarna Chata. Jakieś przeczucie mówi mi, że za tym wszystkim kryje się coś daleko więcej. Jeszcze nie umiem tego uchwycić ani nazwać. Ale już wiem, że tu nie chodzi o to, kto zabił Laurę Palmer.

Mniej więcej w połowie roku mój ojciec się poddaje. Oświadcza, że on tych bredni więcej nie będzie oglądał. Bob, Olbrzym i Kobieta z Pieńkiem to dla niego za wiele.

Kiedy agent Cooper uderza głową w lustro w ostatniej scenie serialu, pozostawia wszystkich w połowie drogi między światami.

Wiem, że czegoś dotknąłem, ale wtedy jeszcze nie zwracam uwagi na nazwisko reżysera.

Wraca, gdy kiedyś w telewizji przypadkowo natrafiam na dziwaczny film drogi, w którym facet w kurtce ze skóry węża spotyka Bobby’ego Peru i wróżkę z krainy Oz. Directed by David Lynch. Olśnienie. To przecież ten gość od „Twin Peaks”.

Jest maj 1997 roku. Jedno z małych kin na gdańskiej starówce. Saksofonista przemienia się w mechanika samochodowego. Ktoś o przerażającej twarzy podaje telefon, w którym słychać głos jego samego. Coś się wydarzyło tamtej nocy, ale nikt nie chce o tym rozmawiać. Kim tak naprawdę jesteś? Dick Laurent nie żyje.

Już wiem, że Mystery Man to ktoś, kto przychodzi z Innego Miejsca, królestwa małego człowieka w czerwonym garniturze.

Luty 2002. Ciemnowłosa kobieta odwraca się do blondynki z tajemniczym uśmiechem i mówi: „Jest pięknie. Sekretna ścieżka”. Kino Davida Lyncha jest sekretną ścieżką, w której kryje się piękno. Tajemnica – najpiękniejsze słowo świata. W klubie Silencio uchyla się czerwona kotara. Kiedy Rebekah del Rio zaczyna śpiewać, z oczu płyną łzy. „Mullholland Drive” to arcydzieło, na którym poznaje się nawet mainstreamowy świat.

Poznań, rok 2005. Pomieszkuję w kilka osób w studencko-absolwenckim mieszkaniu. Stara kamienica, wszystko trochę się sypie. Krąży legenda, że zmarła tu jakaś stara kobieta. Nazywamy ją babcią i często z tego żartujemy. Pewnego wieczora ktoś przynosi DVD z krótkimi metrażami Lyncha. Najdłuższy z nich nosi tytuł „Babcia”. Śmiech zamiera, gdy w sąsiednim pokoju nagle włącza się komputer, a na ekranie pojawiają się nic nieznaczące litery. Ktoś słyszy potem jakieś głosy, dziwne dźwięki. Wkrótce się wyprowadzam i owijam to miejsce mgłą przeszłości.

Warszawa. Złote lata DVD mają zaraz się skończyć. Ale teraz jeszcze można kupić wszystko i wszędzie, na wyprzedażach, w marketach, księgarniach, w gazetach. Moja kolekcja filmów liczy kilkaset tytułów. Szaleńczo uzupełniam wszystko, co Lynch kiedyś nakręcił, a czego nie widziałem wcześniej: „Głowa do wycierania”, „Blue Velvet”, „Diuna”, „Twin Peaks: Ogniu krocz za mną”.

In heaven everything is fine.

Lato 2007. Centrum św. Jana w Gdańsku. David Lynch mówi do zebranego tłumu przez półtorej godziny.

Ani słowa o filmach, tylko o medytacji. Kiedy wychodzę, ktoś w tłumie wyciąga mi portfel z kieszeni. W sierpniu zobaczę kręcony częściowo w Polsce „Inland Empire” – chropawą, surrealistyczną opowieść, o której nawet fani reżysera wyrażają się z konsternacją.

W 2012 kręcę swój pierwszy film fabularny. Inspirowaną opisywanym w sieci zjawiskiem tzw. dziwnych dźwięków psychodeliczną opowieść o samotnej kobiecie w domu na odludziu. Uczę się opowiadać swoim głosem, ale duch Lyncha unosi się nad tym filmem.

Kilka miesięcy później po kilkudniowej dokumentacji w Internecie ustalam kalifornijski adres reżysera i piszę do niego list. Drogi Davidzie, jestem filmowcem z Polski i wysyłam ci mój film na DVD. Może zechcesz go obejrzeć. Wiem, że to działanie bez szans. W Hollywood takie przesyłki wędrują od razu do śmieci. Bez otwierania.

Kilka tygodni później listonosz przynosi pomarańczowe potwierdzenie z napisem US Postal Service. Na dole widnieje zamaszysty podpis czarnym długopisem: LYNCH.

Październik 2014 roku. W mediach społecznościowych pojawia się nieoczekiwanie zwiastun, który sprawia, że serca zamierają milionom ludzi. It is happening again.

Podróż rozpoczyna się w maju 2017 roku i potrwa do września. Nowym „Twin Peaks” David Lynch dopisuje karty w księdze pisanej przez całe życie.

Wszystko się łączy i staje całością. Olśnienie i zachwyt.

W naszym świecie istnieją przejścia do innych wymiarów, znajdujących się poza czasem i przestrzenią. Na granicy bytują istoty obdarzone wiedzą i mocą większą od ludzi, choć nie są boskie i wszechmocne. To raczej przewodnicy: Mężczyzna z Innego Miejsca, Mystery Man, Olbrzym, Człowiek Bez Ręki. Do tych światów mogą też trafić śmiertelnicy i przebywać w nich zarówno zgodnie ze swoją wolą, jak i wbrew niej. Jest też emanacja jakiejś bardzo pradawnej, mrocznej energii, która niekiedy silniej dochodzi do głosu lub przyjmuje niby-ludzkie postaci. Potrafi ona tworzyć doppelgangerów, z którymi niczym w klasycznej bajce, walczyć muszą dobrzy bohaterowie. Czy ciemność można powstrzymać, czy raczej jest ona nieodłącznym elementem wszechświata? Czy za doprowadzenie świata do ładu zawsze płaci się wysoką cenę?

Jest jakaś pustka i smutek w ostatniej podróży Dale’a i Diane.

Czy to w ogóle oni? Imiona się zmieniają, tożsamości też. Cooper odnajduje żyjącą kobietę, która wygląda jak Laura Palmer, zabiera ją do domu rodziców. Ale tam ich nie ma. Żyją tam inni ludzie, inne nazwiska, inne życiorysy. Dale pyta nagle jak olśniony „Który mamy rok?”. Nic nie jest prawdą. Żyjemy we śnie. Może to alternatywna wersja życiorysu, całkiem inna, może w każdej chwili powstają ich miliony. Może to wszystko się nie wydarzyło, może to sen albo jedna z wielu możliwości, a może wydarzyły się wszystkie?

Kino Davida Lyncha emanuje pięknem. Wyzwala zachwyt, smutek i wzruszenie obrazami, dźwiękiem, nastrojem, uderzając w czułą nutę współczesnego człowieka. W uporczywą tęsknotę za transcendencją i za światem, w którym nic nie jest nieuniknione. Przecież wszystko może zdarzyć się jeszcze raz, inaczej, a może w innym świecie, w innej wersji. A może to tylko sen, zaraz obudzimy się i wszystko będzie zdarzać się jeszcze raz, inaczej lub tak samo? A może zasłona opadnie nam z oczu i zobaczymy, że nasz świat jest tylko iluzją, a prawda jest gdzie indziej?

Opowieść się zamknęła. Sekretna ścieżka niknie w ciemności.

R.I.P. David Lynch (1946-2025)

https://buycoffee.to/travelmagazine
Rafał Reyman

Rafał Reyman

Chciał być malarzem, został reżyserem. Autor filmów "Strange Sounds" i "Nie wracaj do mnie w snach". W Travel Magazine zajmuje się głównie przygotowaniem ilustracji do tekstów.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe