Widz szybko odkrywa, że fabuła filmu jest szczątkowa. Ale równie szybko orientuje się, że tę historię ciągnie jedna postać i to dla niej warto wybrać się do kina
„Wolność po włosku” (oryginalny tytuł, Fuori, można przetłumaczyć jako Na zewnątrz i lepiej oddaje on intencje twórców) jest dość niekonwencjonalnie poprowadzoną historią włoskiej pisarki, Goliardy Sapienzy (Valeria Golino), która wylądowała w więzieniu za kradzież przyjaciółce biżuterii. Czy był to akt finansowej desperacji, czy lewicowego buntu, do końca nie wiadomo.
Pobyt za kratkami okazał się dla niej momentem przełomowym – i to w pozytywnym znaczeniu – a swoje doświadczenia opisała w książkach. Sławę pisarka zyskała jednak, i to jednak głównie we Włoszech, dopiero po śmierci w 1996 roku.
Film Mario Martone’a nie skupia się na rosnącej pozycji literackiej Sapienzy. Dzieje się w momencie jej uwięzienia i w kilka miesiący po wyjściu z zakładu (początki lat 80.). Wówczas Sapienza borykała się jeszcze z wydawcami odrzucającymi jej propozycje i próbowała przetrwać w mieszkaniu, z którego groziła jej eksmisja. Dla pisarki pobyt w więzieniu okazał się formatujący ze względu na poznane tam kobiety. W jakiś zadziwiający sposób intelektualistka zbudowała z nimi nić porozumienia, a z kilkoma ta więź okazała się na tyle silna, że przerodziła się w serię spotkań na wolności.
Wolność po włosku – recenzja
Reżyser, żonglujący swobodnie chronologią, dopuszcza się jednak delikatnej manipulacji. Rozciąga sceny więzienne, nie podając zbyt wielu faktów, przez co widz ma wrażenie, jakby pisarka spędziła za kratami kawał czasu (co zresztą sprzyjałoby zaprzyjaźnieniu się z współosadzonymi). W rzeczywistości Sapienza była uwięziona przez pięć dni. To delikatne szachrajstwo nie jest oczywiście jakimś filmowych grzechem – nie mamy w końcu do czynienia z dokumentem – pokazuje jednak, że Martone traktuje tę historię dość instrumentalnie, prąc do zamierzonego efektu bez oglądania się na fakty czy wiarygodność.
Jest w tym filmie trochę scen zbędnych, a nawet nieznośnych. Podróż przyjaciółek mercedesem cabrio w letnim słońcu to niewiele wnosząca klisza. Sekwencja wspólnej kąpieli kobiet pod prysznicem sprawia wrażenie przerywnika czysto estetycznego, stawiającego widza w mało wygodnej pozycji podglądacza (na obronę reżysera można dodać, że podobna scena znajduje się w książce Sapienzy).
Niedociągnięcia i wpadki bledną jednak, gdy na ekranie pojawia się Roberta, grana przez Matildę de Angelis. To właśnie ta postać, oddana przez aktorkę z idealną precyzją, niesie film, przełamując jego impas. Młodsza więzienna przyjaciółka Goliardy jest autodestrukcyjna, chwilami kapryśna, zabawna, znudzona i nadaje każdej scenie, w której się pojawia dynamiki i przyspieszenia. Można stawiać pytanie, czy temat politycznego zaangażowania Roberty (który zaprowadził ją do więzienia) powinien być zaznaczony aż tak szczątkowo, nie on jednak okazuje się w całej historii najważniejszy. Dużo istotniejsze zdaje się ukazanie życia pełnego porażek, ale też i rozkoszy, opartego na bardzo instynktowych, niemal pierwotnych reakcjach.
Archetyp wolności
Relacja między Goliardą i Robertą nie jest do końca określona. Reżyser pozostawia nam szerokie pole do interpretacji, czy wykracza ona poza układ platoniczny. Z pewnością więź łącząca kobiety jest wyjątkowo silna. Sceny, w których błądzą po mało znanych rzymskich zakątkach, piją dużo alkoholu, popełniają drobne przestępstwa (kradnąc auta na przejażdżki) i rozmawiają bez przerwy o życiu – zderzając poglądy i doświadczenia – są najmocniejszym elementem filmu. Tym bardziej, że Martone zdołał nadać ich relacji szczególnej równowagi, opierającej się na ciągłym przyciąganiu i odpychaniu. Goliarda traktuje buntowniczą Robertę po trochę jako obiekt literackich badań, co irytuje młodszą kobietę, zarzucającą pisarce, że jest nie tyle złodziejką biżuterii, co cudzych historii. Ich wzajemna fascynacja jest jednak na tyle silna, że obie wciąż od nowa powtarzają ten sam pełen rywalizacji taniec.
W tym wymiarze „Wolność po włosku” jest opowieścią o sile, ale też trudnościach prawdziwie głębokich relacji. Ale także o próbach pogodzenia się z własnymi niepowodzeniami, rozczarowaniami i błędnymi decyzjami, po to, by móc wreszcie żyć lekko, swobodnie i na tyle odważnie, aby móc być sobą. Postać Roberty uosabia te dążenia Sapienzy, stając się czymś w rodzaju mglistego fetyszu – postaci, którą każdy i każda z nas chciała by mieć gdzieś w pobliżu, nie tylko wtedy, gdy najdzie nas ochota na przejażdżkę i przydają się umiejętności uruchomienia cudzego auta.
„Wolność po włosku” („Fuori”), reż. Mario Martone, w kinach od 15 kwietnia.

